niedziela, 1 czerwca 2014

VI. Rozdział 4

            Następnego dnia, gdy Danea schodziła tymi samymi schodami w dół, nie czuła już tych samych emocji, co poprzedniego dnia. Wtedy bała się tego, co może się wydarzyć, teraz była pełna nadziei na zmiany. Nigdy nie sądziła, że osobą, która da jej to, będzie ktoś taki jak Rayna. Zawsze wydawało jej się, że ta kobieta odbierze jej całą radość, a nie na powrót ją zwróci.
            Elaine, mimo że nadal nie zgadzała się z całym pomysłem, musiała przyznać rację Alice. Mogli więcej nie mieć takiej szansy. Danea na początku była zdziwiona słysząc takie słowa z ust czarownicy, ale później do niej dotarło, że zależy jej na odnalezieniu Shanea tak samo jak Księżniczce. W końcu to on był jej opiekunem przez większą część dzieciństwa i to on prowadził ją przez życie do póki się nie zbuntował. Elaine mimo wszystko nie chciała przyjąć warunków, które zaproponowała jej Danea. Powiedziała, że nie pozwoli nikomu iść szukać tych drzwi, nie licząc jej samej. Coś podobnego zaproponowała jej Alice, ale nikt się nie spodziewał, że ona przyjmie to tak na poważnie. Danea nie miała w tej sprawie niczego do powiedzenia. Albo pozwoliłaby jej iść, albo mogłaby się pożegnać z taką możliwością dla kogokolwiek. Elaine, gdy tylko chciała, potrafiła być bardzo uparta.
            Po kilkunastu minutach, podczas których Elaine rozmawiała po cichu z Adrianem, zapewne dając mu wskazówki dotyczące pilnowania Księżniczki, Alice rzuciła na nią jedno ze swoich unikalnych zaklęć, dzięki któremu dziewczyna nie była widoczna, ani wyczuwalna dla nikogo, nawet dla nich samych. Na całe szczęście Danea zdążyła już dostosować się do sytuacji. Oddała jej jedno oko i ucho, aby uczestniczyć z nią w tym całym zdarzeniu. Widziała jak Elaine podchodzi do końca korytarza i jak zaczyna szukać poluzowanej cegły. Gdy udało jej się tego dokonać, a fragment ściany cofnął się lekko do tyłu i zaczął przesuwać się w bok, dziewczyna z niedowierzeniem wpatrywała się w ciemny tunel przed nią. Najwidoczniej do samego końca nie wierzyła w istnienie tego przejścia.
            Gdy w końcu ochłonęła, za pomocą iluzji stworzyła kilkanaście ognistych kul, które oświetliły jej drogę. Podróż ciemnymi i brudnymi tunelami nie trwała tak długo, jak mogłoby się wydawać Danei.
 Mimo, że na pierwszy rzut oka wyspa wydawała się wielka, trasa od jednego końca do drugiego była krótsza od trasy, którą musiała przebyć Maja do miasta. Dopiero wtedy obydwie poczuły, że prawdziwe niebezpieczeństwo mogło się dopiero pojawić. Elaine jednak wiedziała, że jest obserwowana i nie pozwoliła sobie na chwilę słabości. Szybko odnalazła cegłę, która po naciśnięciu otwierała ukryte drzwi. Pomieszczenie po drugiej stronie było ciemne i prawe puste, nie licząc dużych wiklinowych koszy poukładanych pod ścianami. Elaine z racji tego, iż była ciekawska, podeszła do jednego z nich i odsłoniła białą narzutę. To, co tam zobaczyła przerosło jej najśmielsze oczekiwania. W koszu starannie poukładane leżały sztylety stworzone przez Tori. Dziewczyna przez chwilę przyglądała się im z ciekawością, po czym ponownie zasłoniła koszyk i ruszyła w stronę drzwi, dzięki którym mogłaby rozejrzeć się po siedzibie wroga. Od razu, gdy uchyliła je dobiegł ją gwar rozmów, które musiały odbywać się niedaleko. Nie spotkała jednak nikogo, kto mógłby jej przeszkodzić w dalszych poszukiwaniach. Ruszyła wzdłuż długiego korytarza mając nadzieję, że odnajdzie miejsce, gdzie jest trzymany Shane. Nie trwało to zbyt długo. Cele zaczęły pojawiać się po jej prawej stronie. Najbardziej przeraziło Danee to, w jej własnym lochach było tylko dwóch więźniów. Tu było ich tak dużo, że w niektórych celach nie było już miejsca na nic innego.
            Dziewczyna nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, gdzie znalazły się te osoby, które nigdy nie wybrały żadnej ze stron, albo uważały, że obydwie są złe. Teraz już wiedziała, że ci wszyscy Przeklęci zostali schwytani i zamknięci w osobistych lochach Tori. Danea, gdyby tylko mogła, uwolniłaby ich wszystkich, aby nie musieć patrzeć na ich cierpienie. Na całe jej szczęście Elaine nie podejmowała pochopnych decyzji, dlatego ruszyła dalej poszukując jednej osoby. Shanea znalazła dopiero na samym końcu, w jednej z ostatnich cel. W porównaniu do innych był zamknięty sam, mając za towarzysza tylko migającą lampę. Widząc go w takim stanie, Danea poczuła straszy ucisk w sercu. Leżał na boku, plecami do krat, mimo tego widać było jak bardzo był wychudzony i wyczerpany.
            Tym razem Elaine również, zgodnie z umową, nie zareagowała. Rozejrzała się dookoła szukając kamer, czy innych podobnych rzeczy, mimo że doskonale wiedziała, iż w tym miejscu nie będzie takich udogodnień. Po tym ruszyła tą samą trasą z powrotem, zatrzymując się tylko przez chwilę obok strażników, którzy pilnowali więźniów. Gdy była znów w ciemnym pomieszczeniu, wyjęła z każdego z tych koszyków po jednym sztylecie, aby Tori niczego nie zauważyła.
            Gdy wróciła ze swojej pierwszej wyprawy na drugą stronę, nie mówiła już niczego o kłamstwach Rayny, albo o zasadzce. W końcu sama uwierzyła i zapragnęła zrobić to, co planowali od dawna. Tym faktem zaskoczyła wszystkich, ale nikt nie chciał o tym wspomnieć bojąc się, że zmieni zdanie i nie będzie już chciała ratować Shanea.
Sama od razu wybrała się na naradę z Adrianem i to oni wszystko ustalili planując całą akcję na następny dzień.
            Gdy ta magiczna chwila nadeszła, Danea pełna radości schodziła po znienawidzonych przez siebie schodach. Nadal największym zakłócaniem było dla niej to, że Elaine nie wycofała się ze swojej obietnicy i że pozwoliła jej iść na tę misję. Przez to była ubrana w czarny strój, mimo iż Alice miała na nich wszystkich rzucić to samo zaklęcie, co poprzedniego dnia.
            Jak się okazało przyszła ostatnia. Poza nią na tę wyprawę szła oczywiście Elaine, Adrian, Remi i Alice. Chłopacy i czarownica mieli narobić szumu w innej części siedziby Tori tak, aby zaciągnąć tam strażników, a dwie pozostałe dziewczyny miał uwolnić Shanea i innych Przeklętych, którzy byli tam zamknięci.
            - Kto by pomyślał, że właśnie ty przyjdziesz tu ostatnia – rzucił Remi uśmiechając się na jej widok.
            Danea zmarszczyła nos robiąc dziwną minę, która doprowadziła wszystkich do śmiechu. Może z zewnątrz nie było widać, że się przejmuje, ale w środku cała drżała. Bała się tego, że będąc tak blisko celu mogła go stracić z oczu. Z jednej strony chciała z nimi iść, aby osobiście uwolnić Shanea, ale z drugiej chciała zostać tu, najlepiej zasnąć i obudzić się dopiero, gdy będzie już po wszystkim.
            Dziewczyna nie komentując zachowania przyjaciół stanęła obok Remiego, który chyba rozumiejąc wewnętrzne rozdarcie siostry, objął ją opiekuńczo ramieniem.
            - Mam nadzieję, że wszyscy pamiętają swoje zadanie.
            Wszyscy kiwnęli głowami uśmiechając się od nosem na słowa Elaine. Po tym Alice złapała ją za ramię rzucając swoje zaklęcie. Zrobiła to również każdemu obecnemu. Po tej czynności ruszyli w stronę ściany, gdzie znajdowały się drzwi. Adrian idąc przodem stworzył kilkanaście jaśniejących kul, które oświetliły im drogę.
            Droga, którą przebyli, wydawała się być dla Danei wieczna. Nie mogła skupić na niczym myśli, a gdy już się jej udawało, widziała porażkę swojej grupy podczas tej misji. Nie chciała tego, dlatego jej myśli szybko rozbiegały się w innym, nieznanym kierunku. W normlanym przypadku, droga powinna minąć w bardzo szybkim tempie, jej jednak ona zaczęła się dłużyć. Nie mogła uwierzyć, gdy dotarli na miejsce, a Adrian otworzył przejście prowadzące do siedziby Tori.
            Żadne z nich nie odezwało się do siebie, tylko spojrzeli po sobie, jakby przypominając o zadaniach, które każdy miał. Elaine ostrożnie otworzyła drzwi prowadzące do długiego korytarza, gdzie znajdowały się lochy. Gdy była pewna, że nikogo nie ma w pobliżu, otworzyła je szerzej, wypuszczając całą ich grupę. Przez krótką chwilę szli razem, starając się nie wydawać żadnych dźwięków. Alice nie była pewna, czy będą one słyszalne dla innych.
            Gdy dotarli do pierwszego rozwidlenia, rozdzielili się. Alice wraz z Adrianem i Remim przeszli obok strażników grających w karty i ruszyli dalej do ogromnej ściany, na której wisiała broń. Adrian, jednym szybkim ruchem zrzucił kilka z nich na ziemię, robiąc przy okazji ogromny hałas. Strażnicy wzdrygnęli się z przerażeniem, po czym zaczęli rozglądać się dookoła szukając źródła hałasu. W tym momencie do akcji przystąpiła Alice. Za pomocą swojej magii sprawiła, że Remi był znów widzialny. Strażnicy najwidoczniej do razu poznali chłopaka, bo zerwali się ze swoich miejsc i zaczęli biec w jego stronę. Jej brat, jako pierwszy zerwał się do ucieczki, a za nim dopiero pozostała dwójka, która była nadal niewidzialna. W taki sposób mieli odwracać uwagę. Adrian miał demolować, Remi robić za przynętę, a Alice miała dopilnować, aby strażnicy pobiegli za nimi, gdziekolwiek ci się udadzą i przy okazji nie pozwolić złapać Remiego.
            Gdy cała trójka zniknęła za najbliższym zakrętem, Danea i Elaine ruszyły wzdłuż korytarza, przyspieszając kroku. Nie wiedziały ile czasu zajmie strażnikom zrozumienie, że tamci mieli odwrócić ich uwagę. Chciały też zrobić to jak najszybciej, aby przez przypadek wieści o tym, co się tu dzieje, nie dotarły do Tori.
            Elaine ruszyła do przodu, aby po raz kolejny odnaleźć celę Shanea. Danea natomiast zaglądała do każdej innej, chcąc uwolnić Przeklętych, którzy zostali tam umieszczeni. Przeżyła jednak wielki szok widzą, że wszystkie były puste. Wczoraj, gdy widziała to miejsce oczami Elaine, większość z nich była pełna. Teraz nie znalazła tu żadnej żywej duszy. Gdy już powoli zaczęła tracić nadzieję, że zdoła uwolnić kogokolwiek, w jednej z cel zobaczyła skuloną straszą kobietę.
            Alice zanim ruszyli nauczyła ją, jak za pomocną niewielkie ilości magii, która płynęła w jej żyłach, zdjąć zaklęcie niewidzialności, albo ponownie je nałożyć. Jak się okazało nie trzeba było zbytnio się do niego przykładać, dlatego nawet ona, choć w wielkim trudem, była wstanie je wykonać.
            W tym właśnie momencie zdjęła zaklęcie, aby nie wystraszyć kobiety. Wiedziała doskonale, że jest ona jedną z tych, która nienawidzi i Księżniczki, i Twórczyni, dlatego wolała nie wzbudzać w niej do razu negatywnych emocji.
            - Przepraszam – zawołała cichym głosem w jej stronę, gdy już była widzialna dla innych. Kobieta podniosła na nią zaskoczony wzrok. – Czy może mi pani powiedzieć…
            Nie było jej dane dokończyć. Ta najwidoczniej szybko otrząsnęła się z szoku i rozumiała, kto przed nią stoi. Niczym petarda rzuciła się w stronę prętów. Danea pod wpływem impulsu cofnęła się. Po chwili zrozumiała, że jej instynkt dobrze podpowiadał, ponieważ kobieta miała minę, że gdyby tylko była wstanie, rozszarpałaby ją na miejscu.
            - To wszystko przez ciebie! – zawyła, gdy zrozumiała, że Danea nie jest taka głupia, aby podejść. – Ona ich wszystkich zabrała! Powiedziała, że ich zabije! A to wszytko przez ciebie! Po co ich porwałaś? No, po co? Przez ciebie teraz inni cierpią! Wszyscy w końcu będą martwi. Doskonale wiem, że wszyscy przez ciebie zginiemy! Powinnaś umrzeć zanim i na nas ześlesz taki los!
            Danea słysząc ten ton głosu i słowa pełne nienawiść cofnęła się, jakby tymi rzeczami kobieta miała ją zabić. Potrzebowała również chwili, aby zrozumieć, że kobieta przez cały czas mówi o Camie i Raynie. Że gdyby nie to, że ona ich porwała, nic złego by się nie stało. Gdy w końcu sobie to uświadomiła, zaczęła mieć do siebie pretensję, że zgodziła się zatrzymać ich w pałacu. Przez chwilę miała nawet ochotę powiedzieć kobiecie, że to nie ona jest temu wszytemu winna, ponieważ Rayna sama chciała do nich przyjść, zabierając przy okazji Cama. Od tej decyzji odciągnęła ją Elaine, która pojawiła się obok niej, patrząc na kobietę nieufnie. Przeklęta nadal musiała być niewidzialna dla jej wzorku, ponieważ jej oczy wpatrzone były w sylwetkę Księżniczki.
            - Choć – nakazała jej Elaine, nie zważając na to, że kobieta mogła ją usłyszeć.
            Danea widząc, że jest to najlepsze, co mogłaby zrobić, ponownie nałożyła na siebie zaklęcie niewidzialności i ruszyła w stronę, którą pokazała jej Elaine. Obie minęły jeszcze kilka pustych cel, po czym zatrzymały się przy tej, która je interesowała. Serce Danei od razu przyspieszyło. Shane, tak jak poprzedniego dnia, leżał na łóżku, tym jednak razem twarzą zwróconą w ich stronę, przez co były pewne, że żyje.
            Danea nie czekając na pozwolenie Elaine zdjęła i z siebie, i z niej zaklęcie niewidzialności, po czym podbiegła do metalowych prętów.
            - Shane – zawołała.
            Chłopak od razu przeniósł swój wzrok w jej stronę. Przez chwilę wpatrywał się w nią, jakby do końca nie wiedział, kogo widzi przed sobą. Po tym, prawie tak samo szybko jak tamta kobieta, zerwał się ze swojego posłania i podszedł do krat, które ich dzieliły.
Danea przez chwilę miała dziwne wrażenie, że Shane zachowa się podobnie do tamtej kobiety. Od razu wyrzuciła ze swojej głowy te myśli, gdy zobaczyła wyraz jego twarzy. Niedowierzenie, ale i radość.
            Wyciągnął rękę w jej stronę, jakby bał się, że nie będzie prawdziwa. Jednak, gdy opuszki jego placów dotknęły policzka Danei zrozumiał, że ona jest prawdziwa.
            - Moja Danea – wyszeptał, gdy cała jego dłoń znalazła się na jej twarzy.
            Dziewczyna nic nie odpowiedziała, bo bała się, że się rozpłacze. Uśmiechnęła się tylko lekko, aby pokazać mu, że również się cieszy. Przyjrzała się dokładnie jego twarzy i ze strachem zauważyła, że dopiero teraz z bliska było widać, co tak naprawdę się z nim działo. Na szyi oraz na ręce było widać pełno strupów, które musiały pochodzić od głębszych ran. Obok lewego oka widniał żółty już siniak, a brew ponad nim była rozcięta. Na twarzy widniał kilkudniowy zarost, ale nawet mimo tego było widać kilka drobnych ran na policzkach.
            Danea była pewna, że odnalazłaby jeszcze kilka innych, gdyby nie głośne chrząknięcie Elaine.
            - Przepraszam was papużki nierozłączki, że muszę wam przerwać tą niezwykle słodką chwilę, ale powinniśmy zniszczyć te kraty i uciekać stąd, puki Tori nie zrozumiała, że to my stoimy za tym wszystkim.
            Shane kiwnął głowa i zabrał rękę odsuwając się w głąb celi. Danea natomiast zastanawiała się, w jaki sposób jej przyjaciółka chce zniszczyć te kraty. Elaine nie zwracała uwagi na jej pytający wzrok, tylko wyjęła z za pasa coś, co na początku wyglądało jak zwykły kij. Po chwili, tak jak w przypadku wsuwki Rayny, przekształcił się on w sztylet. Dopiero wtedy Danea przypomniała sobie, jak zaraz po tym, gdy Elaine wróciła na zamek i omówiła wszystko z Adrianem, zamknęła się wraz z Maxem w jednym z pomieszczeń i starała się zrozumieć tę broń.
            Przeklęta podeszła do krat, po czym przejechała po jednej z nich końcówką sztyletu. Przez kilka chwil nic się nie działo, ale po tym nagle pręt zaczął się topić, zostawiając po sobie tylko czarną plamę na podłodze. Danea zaskoczona tym wszystkim, wpatrywała się jak Elaine robi podobną czynność przy kilku następnych prętach. Gdy dziura, którą stworzyła była już na tyle duża, że każdy człowiek swobodnie mógłby się przez nią przedostać, uśmiechnęła się do niej z wyższością.
            - Wystarczy zwykłe dziękuję – zaśmiała się, widząc minę Danei.
            Ta jednak nie zdążyła jej odpowiedzieć, bo stało się coś, czego obydwie nie przewidziały. Wszystko stało się tak szybko, że Księżniczka nie zdążyła nawet zareagować. Wielka brązowa kula wpadła do celi powalając Shanea na ziemię. Po tym odwróciła się w ich stronę szczerząc kły, które były pokryte krwią. Nie była to żadna kula, tylko wilk, który po chwili zmienił się w człowieka. Henryk uśmiechnął się z nutą sarkazmu, a jego twarz była pobrudzona krwią.
            - Jak miło w końcu widzieć moją córeczkę – powiedział, ocierając wierzchem dłoni krew z twarzy.
            - Co mu zrobiłeś? – zapytała z paniką w głosie Danea, bojąc się najgorszego.
            Henry widzące jej minę zaśmiał się cicho.
            - Nic, z czego by się nie wylizał oczywiście, jeśli zdoła uciec z tej celi. Jeśli jednak tu zostanie, to nie wydaje mi się, aby Tori była dla niego łaskawa.
            Danea nadal była w wielkim szoku, przez co nie wiedziała, co ma zrobić.  Elaine jednak nadal myślała trzeźwo, dlatego od razu ustawiła się przed Księżniczką, gotowa bronić ją własną piersią. Były król Anglii widząc to zachowanie znów zaczął się śmiać, po czym, ni stąd, ni zowąd ruszył w stronę Przeklętej. Jednym uderzeniem dłoni odrzucił Elaine, która upadała z głuchym hukiem na ziemię. Henryk nie patyczkując się więcej ruszył w stronę Danei, która w końcu odzyskała głos i krzyknęła, wkładając w to całą swoją siłę, mając nadzieje, że reszta jej grupy ją usłyszy. Jak się okazało, nie było nawet ku temu potrzeby. Henryk zatrzymał się gwałtownie i skamieniał. Po tym jego oczy wywróciły się do góry, a on upadł pozbawiony przytomności.
            Danea z szeroko otwartymi oczami zaczęła wpatrywać się w ojca leżącego na ziemi.
            - Jak ty to zrobiłaś? – zapytała zaskoczona Elaine, podnosząc się z ziemi.
            Księżniczka nie wiedziała, o co jej chodzi, dlatego nie odpowiedziała, tylko przypatrywała się jak jej przyjaciółka podchodzi do mężczyzny i mierzy mu puls.
            - Żyje, ale jest nieprzytomny. Jak?
            Danea wzruszyła ramionami nie rozumiejąc, o czym ona mówi. Nie zrobiła przecież niczego prócz panicznego krzyku, który i tak by jej nie uratował.
            - W momencie, gdy krzyknęłaś poczułam, że nie mogę poruszać własnym ciałem, a czułam się jakby ktoś rozrywał mnie od środka. Gdy przestałaś wrzeszczeć, wszystko minęło.
            Danea podniosła brew do góry, nadal nie wierząc w to, że jej krzyk mógł zrobić coś takiego. Elaine najwidoczniej też dała sobie z tym spokój, ponieważ weszła do celi i ukucnęła koło Shanea.
            - Ten wariat ugryzł go w ramie, ale nie wydaje mi się, aby rana była głęboka. Choć pomóż mi go podnieść.
            Dziewczyna podeszła do niej i wykonała to, o co była proszona. Już miały ruszyć w stronę powrotną, gdy Danea usłyszała szelest dochodzący z celi, która znajdowała się za tą, przy której stali. Kazała Elaine iść dalej i obiecała, że zaraz ruszy za nią. Wzięła od niej również sztylet, mimo że nie wiedziała jak działa. Po tym ruszyła w tamtą stronę. Tak jak się spodziewała, cela nie była pusta. Na ziemi siedziało dziecko kiwając się to w jedną, to w drugą stronę. Mimo że Danea nigdy nie spotkała tego chłopczyka, doskonale wiedziała, że jest to Tommy, brat Deli. W końcu chyba tylko on, jako znak przemiany otrzymał drugą parę rąk, która znajdowała się zaraz pod tą właściwą. Dziewczyna złapała za sztylet i zrobiła dokładnie to samo, co chwilę tu Elaine. Również w tym przypadku kraty po prostu się rozpuściły.
            Danea ukucnęła na ziemi, aby nie wystraszyć chłopaka. Po tym zawołała go po imieniu. Tak jak się spodziewała, jego głowa szybko uniosła się ku górze. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego.
            - Hej młody. Jestem przyjaciółką twojej siostry. Choć zabiorę cię do twojego nowego domu.
            Tommy wstał, dopiero wtedy Danea zauważyła, że jest z nim coś nie tak. Jego twarz przybrała obłąkany wyraz, po czym chłopak rzucił się na Księżniczkę. Tym razem nie było żadnej bariery, która mogłaby ją ochronić, tak jak w przypadku kobiety, dlatego jego niewielkie rączki szybko znalazły się w jej włosach, szarpiąc za nie.
            Dziewczyna starła się odciągnąć go od swojego ciała, ale młody był o wiele silniejszy niż ona. Chciała krzyczeć, aby ten sposób powiadomić Elaine o tym, co się dzieje, ale bała się, że znów stanie się to, co z Henrykiem, mimo że nadal nie wierzyła, że to ona sama. Nie wiedziała czemu, ale złapała się swojej jedynej desce ratunku, czyli iluzji. Stworzyła pierwsze, co przyszło jej do głowy, czyli wielką polanę w środku lasu, prawie w całości pokrytą dmuchawcami, czyli miejsce, gdzie swoje ostatnie chwile spędziła Maja. Nie rozumiała, czemu do jej głowy wszystko akurat coś takiego, ale miała nadzieję, że w jakiś sposób to pomoże.
            Po kilku chwilach Tommy, który znajdował się na jej plecach, przestał się ruszać. Jego ręce puściły jej włosy, a ciężar zniknął z pleców. Chłopiec usiadł naprzeciwko niej, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. Jego wyraz twarzy nie był już obłąkany. Wyglądał jak typowy dziesięciolatek, który nie wie, co się dzieje w około niego.
            - Kim jesteś? – zapytał, patrząc na nią z przechyloną głową.
            - Jestem przyjaciółką twojej siostry – odpowiedziała mu cichym głosem, nadal zaskoczona tą całą sytuacją.
            Na dźwięk tych słów mały uśmiechnął się szeroko.
            - Znasz Delie? Gdzie ona jest? Mogłabyś mnie do niej zaprowadzić?
            Dziewczyna chcąc nie chcąc zgodziła się to zrobić. Bała się trochę tego, że chłopiec znów może się za nią rzucić, dlatego podtrzymywała na nim iluzję lasu, mając nadzieję, że to powstrzyma jego zabójcze zapędy.
            Henryk nadal leżał na ziemi tam, gdzie go zostawili. Kobieta siedziała oparta o pręty, mamrocząc coś pod nosem. Strażnicy nadal nie wrócili, co oznaczało, że dalej szukają Remiego. Dziewczyna nie czekając na nikogo, ruszyła tunelem w drogę powrotną. Prawie całą trasę zastanawiała się, jak to w ogóle możliwe, że jej iluzja powstrzymuje Tommiego. Zastanawiała się nad tym aż do momentu, w którym chłopiec się nie odezwał.
            - Czemu jesteśmy w tym dziwnym tunelu?
            Dopiero wtedy zorientowała się, że przez to, iż za bardzo skupiła się na rozmyślaniu, nie utrzymała iluzji. Tommy jednak zachowywał się normalnie, dlatego nie chciała jej wznawiać. Szybko opowiedziała mu jakaś bajeczkę, nie chcąc mówić mu o tym, co robił wcześniej. Wolała, aby zrobiła to Delia.
            Gdy weszli na teren zamku pierwszą osobą, która ich przywitała był Max. Chłopak uśmiechnął się do Danei widząc ją całą i zdrową, mimo że miała stojące na wszystkie strony włosy. Dopiero po tym nieufnie spojrzał w stronę Tommiego, najwidoczniej uświadamiając sobie, że jest to ten sam chłopiec, który go zabił.
            - Elaine i Shane już wrócili – powiedział. – Twój kochaś jest cały poobijany, ale nic mu nie będzie.
            Dziewczyna uśmiechnęła się słyszące te słowa.
            - Jak wróci reszta, to mnie powiadom. Ja muszę odstawić młodego do Deli.
            Max kiwnął tylko głową nic nie mówiąc.
            Po drodze Danea starała się najdelikatniej wytłumaczyć Tommiemu, że jego siostra nie spodziewa się go, dlatego nie może od razu rzucać się jej na szyję. Chłopiec pokiwał głową ze zrumieniłem mówiąc, że nie chce wystraszyć siostry. Gdy znaleźli się pod drzwiami
jej komnaty, schował się, aby Księżniczka najpierw wytłumaczyła Deli, co się stało, a po tym pokazała chłopaka.
            Zapukała. Po chwili usłyszała ciche pozwolenie. Biorąc głęboki wdech otworzyła drzwi, ale nie weszła do środka. Delia spojrzała na nią zaskoczona, po czym podeszła kilka kroków w jej stronę.
            - Coś się stało? Misja się nie powiodła? – zapytała z przestrachem. – Nie wiem, czy wiesz, ale wyglądasz strasznie.
            Danea uśmiechnęła się na te ostatnie słowa.
            - Pamiętasz, jak kiedyś obiecałam ci, że nie pozwolę, aby Tori rozdzieliła ciebie i Tommiego? Wtedy zawiodłam i nie udało mi się tego dokonać. Musisz jednak wiedzieć, że ja zawsze spełniam swoje obietnice.
            Po tych słowach kiwnęła ręką w stronę młodego, który lekko speszony stanął koło Księżniczki. Oczy Deli zrobiły się wielkie niczym spodki. Minęło naprawdę sporo czasu, gdy w jej oczach ukazały się łzy, a po tym zaczęła ciec powoli po jej policzkach. Widząc to Tommy rzucił się w jej stronę, chyba po to, aby przestała płakać. Dziewczyna od razu pochwyciła go w swoje ramiona i zaczęła mocno tulić.
            Samej Danei łezka zakręciła się w oku. Nie trwało to jednak długo, ponieważ zobaczyła Maxa zmierzającego w jej stronę.

            - Wrócili – powiedział z uśmiechem na twarzy. – A poza tym to Shane chce się z tobą zobaczyć.

1 komentarz:

  1. Reno ciekawie, ciekawie ;)
    Jej! Shane uratowany!!!
    Ogromnych pokładów weny ci życzę i cię pozdrawiam!
    Watashi
    PS przepraszam, że tak krótko, ale poprzednie komentarz kasowały mi się i nie mam siły pisać ich po raz kolejny...

    OdpowiedzUsuń

wykonała Anaya