niedziela, 17 listopada 2013

V. Rozdział 1

            Danea Tudor bardzo powoli otworzyła zaspane oczy, stało się to w momencie, w którym promienie słoneczne dotarły do jej twarzy. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła był biały, zdobiony sufit. Bez żadnej gracji, za co zapewne zostałaby skarcona przez Anne, odwróciła się na drugi bok, wtulając twarz w puchową, miękką poduszkę. Łóżko było chyba jednym miejscem, w którym nie musiała zwracać uwagi na swoje życie, na to, jak się zachowuje i jak wygląda. Tu mogła poczuć się naprawdę wolna. Wiedziała jednak, że w końcu będzie musiała wstać i zmierzyć się z tą trudną rzeczywistością, w której macocha chce jej zguby, a cały dwór czeka na jakieś potknięcie.
            -Dzień dobry Księżniczko – usłyszała cichy, lecz przepełniony miłością kobiecy głos z głębi pokoju.
            Danea znała ją prawie od dzieciństwa. To ona bardzo często budziła ją, gdy była mała, opowiadała jej bajki na dobranoc, gdy jej matka nie mogła, to ona znała prawie wszystkie jej sekrety. Była dla niej niczym babcia, choć w żadnym stopniu nie były ze sobą spokrewnione.
            -Dzień dobry Destiny – odpowiedziała odgarniając z twarzy pukle rudych włosów i odrzucając lekko na bok kołdrę. – Szykuje się coś ciekawego tego dnia?
            Destiny była kobietą w podeszłym wieku, co jeszcze bardziej upodabniało ją do babci. Miała usianą zmarszczkami skórę, siwe włosy, w których gdzieniegdzie prześwitywały blond pasma i oczy przepełnione ciepłem, choć dla niektórych mogły wydawać się dziwne, bo miały żółty odcień.
            Kobieta spojrzała na nią, a Danea przez ułamek sekundy zauważyła smutek. Szybko jednak on zniknął, zakryty uśmiechem skierowanym do Księżniczki.
            -Wydaje mi się, że może dziś padać.
            Nic więcej nie powiedziała, a Danea nie ciągnęła jej za język. Destiny często lubiła mówić zagadkami, które samemu trzeba było rozwiązać. Choć w tym przypadku dziewczyna myślała, że to naprawdę chodzi o pogodę. Londyn, w którym mieszkała był bardzo często nawiedzany przez chmury deszczowe, które całymi dniami potrafiły płakać. Niekiedy, podczas tych gorszych dni, Danea żałowała, że w ogóle wyjechały z matką z Grecji. Tam zawsze było ciepło, nawet, jeżeli padało. Dziewczyna jednak szybko z tego zrezygnowała. Tak na prawdę w ogóle nie pamiętała Grecji, wyjechała stamtąd mając trzy miesiące. Wiedziała też, że gdyby tam została, nie miałaby nic.
            Destiny już więcej nic nie powiedziała. Ukłoniła się na tyle, na ile pozwalał jej kręgosłup, po czym wyszła zamykając cicho drzwi. Dopiero wtedy Danea zdecydowała się wstać z łóżka. Na niewielkim stoliku znalazła misę napełnioną wodą. Używając jej przemyła sobie twarz, po czym ruszyła w stronę większego stołu, na którym czekało na nią obfite i ciepłe śniadanie.
            W takich momentach dziewczyna dziękowała w duchu swojej matce za to, co dla niej poświeciła. Kobieta poznała jej ojca, Henryka VIII Tudora, króla Anglii podczas jednej z jego wypraw do Grecji. Wszyscy wiedzieli, że bardzo lubił towarzystwo kobiet, nie mówiąc już, że doskonale potrafił je oczarować. Właśnie mniej więcej to samo stało się z jej matką, która była młoda i głupia. Król jednak szybko opuścił ten kraj, zostawiając jej matkę ze złamanym sercem. Równo rok później znów wrócił wraz ze całą swoją świtą. Ponownie odwiedził dom kobiety. Zdziwił się jednak, gdy okazało się, że już nie jest sama. Mieszkało z nią trzymiesięczne dziecko, Danea. Król, ku zdziwieniu wszystkich ludzi, zaproponował kobiecie, że zabierze ją na dwór, da jej tam posadę, a dziewczynce nada swoje nazwisko. Jej matka zawsze tłumaczyła jej, że to przez to, że zakochał się w słodkim dziecku, którym była Danea. Destiny natomiast zawsze uważała, że to wszystko przez to, że jego ówczesna żona Katarzyna Aragońska nie mogła mu urodzić żywego dziecka. Każde, które rodziła było albo martwe, albo umierało po kilku miesiącach. Kobieta zgodziła się, choć doskonale wiedziała, na jakie życie się decyduje. Po powrocie na dwór, mała Danea została uznana przed całym dworem za dziecko Henryka, dostała nazwisko Tudor. Nie posiadała jednak pozwolenia na przejęcie tronu, co bardzo ją cieszyło. Przez wiele lat przyglądała się swojej przyrodniej siostrze Marii, która była zaledwie rok od niej starsza, jak nie mogła znaleźć wytchnienia, cały czas musiała zwracać uwagę na swoją postawę, musiała wiedzieć wszystko. Niekiedy nawet musiała przesiadywać podczas obrad, które były bardzo nudne. Nie zazdrościła jej tego.
            Ku zdziwieniu wszystkich, Danea bardzo blisko zaprzyjaźniła się z Marią, ale również i  jej matką. Ówczesna królowa starała się traktować ją na równi z własną córką, czego właśnie wymagał od niej Henryk. Teraz jednak nie było już na dworze ani jednej, ani drugiej. Miejsce Katarzyny zajęła Anna, która otwarcie gardziła Daneą, pokazując na każdym kroku, że jej miejsce nie jest w pałacu, oraz Elżbieta, kolejna trzyletnia przyrodnia siostra dziewczyny.
            Z wiru wspomnień z przeszłości wyrwały Księżniczkę otwierane drzwi. Do środka po raz kolejny wślizgnęła się Destiny niosąc dzban.
            -Soku malinowego, Księżniczko? – zapytała i nie czekając na odpowiedź nalała jej pełną szklankę.
            Za to właśnie Danea uwielbiała Destiny. Kobieta wiedziała o niej wszystko i bez problemu mogłaby nie pytając się jej o zdanie, wykonać wszystko perfekcyjnie.
            Danea do tej pory pamiętała moment, w którym kobieta stała się jej osobistą pomocnicą. Było to jeszcze za panowania Katarzyny, choć wszyscy na dworze wiedzieli, że król chce unieważnić małżeństwo i wziąść sobie nową żonę. Henryk podczas jednej z rozmów z córką oznajmił jej, że chce zwolnić Destiny, ponieważ jest już zbyt stara, aby wykonywać wszystkie rozkazy. Powiedział, że dzięki temu resztę swojego życia będzie mogła być z mężem i wnukami. Danea jednak wiedziała swoje. Destiny owszem miała dzieci, jednak nie utrzymywała z nimi w ogóle kontaktu. Jej mąż, tak jak i ona, pracował na dworze króla, ale miał się o wiele lepiej niż jego żona. Kobieta miała wtedy zaledwie sześćdziesiąt lat, choć z wyglądu przypominała osobę o wiele starszą. Danea od razu wstawiła się za nią i postanowiła, że przyjmie ją, jako własną służącą, która będzie robiła tylko to, o co poprosi ją Księżniczka i tylko przed nią będzie odpowiadać. Henryk zgodził się, gdyż wiedział, że nie ma niczego do stracenia.
            Danea nigdy nie żałowała swojej decyzji, szczególnie dlatego, że rok później jej matka, która opiekowała się nią od dzieciństwa, zmarła. Dworscy lekarze mówili, że powodem była nieznana im choroba. Ci, co mieli jednak trochę więcej oleju w głowie mogli domyśleć się prawdy.
            Danea po zjedzeniu sycącego śniadania ubrała się. Po tym miał zacząć się kolejny, monotonny dzień z dworskimi intrygami w tle. Pierwszą rzeczą, którą miała zrobić tego dnia, to udać się do pokoju jej znienawidzonej nauczycielki francuskiego. Dziewczyna do tej pory nie rozumiała, po co ma się uczyć tego języka. Nie planowała nigdy wyjeżdżać do Francji. To jednak nie był zbyt skuteczny argument, bo od najmłodszych lat musiała męczyć się z tą kobietą. Po dwóch straconych godzinach Danea miała udać się do pracowni Madam Wentworth, która zajmowała się szyciem sukien. Księżniczka uwielbiała jej stroje i charakter, dlatego nigdy nie denerwowała się, gdy do niej chodziła, choć doskonale wiedziała, co oznaczała prośba ojca o uszycie nowej, krzykliwej sukni. Chodziła do tej kobiety z uśmiechem na twarzy, zapominając o wszystkich problemach.
            W połowie drogi usłyszała nawoływanie własnej osoby. Nie zatrzymała się jednak, ponieważ doskonale wiedziała, kto to taki. Była to jedna z nielicznych osób, którym wręcz nie pozwalała się tytułować. Ów osobnik jednak bardzo często się zapominał i przed jej imię wstawiał przymiotnik Księżniczka.
            Dziewczyna jeszcze kilka razy usłyszała nieupragniony przydomek. Gdy już myślała, że nigdy nie odczeka się poprawy, dobiegł ją głośny krzyk, który bardzo ją rozbawił.
            -Do jasnej cholery Danea, zatrzymaj się!
            Dopiero wtedy dziewczyna przystanęła i odwróciła się do drugiej osoby w tym pałacu, której mogła zaufać. Chłopak, o trochę przydługawych blond włosach, biegł w jej stronę trzymając pod ramieniem dwa ogromne rulony. Zatrzymał się przed swoją Księżniczką i dysząc ciężko poparzył na nią karcąco.
            -Mogłaś się zatrzymać, a nie przyspieszać – powiedział z pretensją.
            Danea natomiast posłała mu sodki uśmiech.
            -A ty mogłeś od samego początku nazwać mnie po imieniu, a nie biec za mną niczym pies, Adrianie.
            Chłopak, który stał przed nią był podobnie jak Destiny, jej osobistym pomocnikiem i służącym. On jednak zajmował się załatwianiem dla niej spraw i innych podobnych rzeczy. O niego również musiała walczyć, choć o ile dobrze pamiętała, była to bardziej histeria jedenastoletniej dziewczyny.
            Danea znała Adriana od najmłodszych lat. Często przyglądała się jego pracy, dokuczała mu, gdy nie miała co robić, a długie korytarze przestały już być ciekawe. Po pewnym czasie tak przyzwyczaiła się do jego obecności, że uważała, że nie wytrzyma, jeżeli nie będzie jego koło niej cały czas. Powiedziała ojcu, że chce go na własność. Henryk wtedy wybuchnął śmiechem i odesłał ją do pokoju. Mała Danea postanowiła użyć szantażu. Zostawiła matce kartkę, że ma się o nią nie martwić. Po czym uciekła z pałacu. Wprosiła się do Adriana i na dwa dni zamieszkała z nim pod jednym dachem. Dopiero po pięciu kolejnych latach dowiedziała się, że tak na prawdę cały dwór wiedział gdzie jest, pozwolił jej jednak ciągnąc tą głupia zabawę. Po dwóch dniach, Adrian pod pretekstem zabawy w ganianego zawiązał jej jakąś szmatką oczy i zabrał do pałacu. Gdy jedenastoletnia Księżniczka dowiedziała się, że została wydana w ręce wroga, uczepiła się kurczowo nogi Adriana i ogłosiła ojcu, że nigdy się od niego nie odczepi dopóki on nie będzie jej. Po tym wybuchła tak panicznym płaczem, że wszyscy po prostu myśleli, że młoda prędzej udławi się własną śliną i łzami, niż czegokolwiek dokona. Dlatego też Henryk zgodził się, choć sam również postawił warunek. Danea miała nigdy więcej nie uciekać z pałacu i zacząć uczyć się francuskiego ze znienawidzoną kobietą.
            Dziewczyna do tej pory oblewała się rumieńcem w momencie, w którym ktoś tylko wspomniał o tym wydarzeniu.
            Teraz, po dziesięciu latach, gdy Danea miała już dwadzieścia lat uważała, że choć pomysł był głupi, skutki miał naprawdę dobre. Nigdy nie spotkała osoby, która miała tak gadane jak Adrian. Potrafił załatwić w jej sprawie wszystko, potrafił udobruchać jej ojca, gdy dziewczyna wywijała jakieś dziwne numery. Potrafiła nawet ostudzić zapały Anny, która wręcz nienawidziła Danei. Miała to wszytko dzięki głupiej histerii.
              -Co takiego się dzieje? – zapytała po chwili, gdy Adrian zajmował się zabijaniem jej wzrokiem.
            -Król prosi cię, abyś poszła do sali tronowej. Oczekuje cię na audiencji.
            Danea spojrzała na niego zdziwiona. Nigdy wcześniej nie została zaproszona na żadne spotkanie z poddanymi. Obowiązkiem królowej było towarzyszenie królowi, nie jego córce. Dziewczyna przez chwilę zaczęła zastanawiać, się, czy może to wszytko przez to, że Anna jest obłożnie chora i umierająca. Szybko jednak odtrąciła od siebie takie myśli. Gdyby coś takiego miało miejsce już od dawna by o tym wiedziała.
            -Co to za audiencja? I kiedy ma się odbyć?
            Adrian spojrzał na nią smutnym spojrzeniem
            -Dokładnie za pięć minut i dotyczy dzieci ser Williama Warhama.
            Danea miała ochotę głośno przekląć. Wiedziała, że jednak jej nie wypada, więc przełknęła ów słowa i spojrzała błaganie na Adriana.
            -A musze na to iść? Mam teraz spotkanie z Madam Wentworth w sprawie tej sukni, którą zażyczył sobie ojciec.
            Adrian pokiwał głową przepraszająco.
            -Niestety król dobitnie ogłosił mi, że musisz pojawić się na niej. Też nie rozumem, czemu, bo to Anna Boloyn powinna tam być, a nie ty. Jeżeli chcesz, to mogę jakoś przekonać Madam, aby poczekała na ciebie godzinkę.
            Gdy Danea usłyszała ostatnie zdanie, uśmiechnęła się szeroko. Nie zważając na to, że stali na środku korytarza przytuliła Adriana do siebie.
            -Dziękuję ci! Jesteś lepszy w tych swoich intrygach od Anny!
            Chłopak ukłonił się jej niezgrabnie i z figlarnym uśmiechem ruszył w stronę, w którą zmierzała Danea. Ona natomiast również zmieniła swój kierunek idąc w stronę sali tronowej. Tam, tak jak zawsze przed pomieszczeniem, stała dwójka uzbrojonych żołnierzy. Jeden z nich uśmiechnął się do Księżniczki otwierając jej drzwi. W środku panował istny chaos. Jacyś służący kręcili się dookoła, drzwi po drugiej stronie sali były lekko otwarte i co chwilę ktoś przez nie zerkał. Król Henryk stał z boku z paziem i coś dobitnie mu tłumaczył. Młody chłopak zapisywał coś na skrawku papieru czerwieniąc się niemiłosiernie. Jednak, gdy król zobaczył zbliżającą się w ich stronę Danee, zostawił pazia z lekko otwartą buzią i ruszył w stronę córki. W takich momentach jak ta, gdy było mu potrzebne wsparcie, ona była najlepszym oparciem. Kiedyś, na samym początku żałował, że wciągnął tej małej, słodkiej dziewczyny w wir polityki i władzy. Po czasie jednak wyrosła z niej piękna panienka, która była na tyle twarda, że bez problemu zatyka usta tym wszystkim plotkarzom i spiskowcom. Było to tak naprawdę jedyne dziecko, z którym związał się emocjonalnie i za nic w świecie by nie oddał. Maria, córka pierwszej żony była zawsze zbyt płaczliwa i niepoważna, nigdy nie rozumiała wagi sytuacji, Elżbieta jest natomiast zbyt mała, aby cokolwiek zrozumieć. Danea, choć nigdy nie miała nawet szans, aby zasiąść na tronie, byłaby najlepszą kandydatką. Teraz to rozumiał i nienawidził się za decyzje, do której namówiła go jego pierwsza żona, o zabraniu jej prawa do tronu.
            Danea przystanęła kilka kroków od ojca i ukłoniła się. Zrobiła to tak dokładnie, aby na następnych zajęciach z etykiety Anna Boleyn nie miała się, czego uczepić. I chodź Księżniczka nie patrzyła w jej stronę, wiedziała doskonale, że kobieta przygląda jej się z niebezpiecznymi błyskami w oczach. Henryk natomiast patrzył na córkę z rozbawieniem, po czym złapał jej niewielką, delikatną dłoń i ucałował ją. Następnie wziął ją pod ramię i zaprowadził w wyznaczone jej miejsce.
            Danea była w prawdziwym szoku, gdy ojciec prowadził ją w stronę trzeciego tronu ustawionego na podeście. Środkowy był największy i to na nim miał zasiąść król. Dwa pozostałe były o wiele mniejsze, ale równie dostojne, co ten duży. Na jednym z nich, po prawej stronie, siedziała królewska małżonka, Anna Boleyn. Kobieta o dość młodym wyglądzie posłała królowi słodki uśmiech, którego on nie odwzajemnił. Nie minęła chwila, gdy jej tęczówki zwróciły się w stronę Danei, zabijając ją wzrokiem. Wszyscy doskonale wiedzieli, że Anna nienawidziła z całego serca Danei i jej matki. Dlatego też nikogo zbytnio nie zdziwiło, gdy niecały tydzień po jej zaślubinach z Henrykiem, znaleźli matkę dziewczyny zasztyletowaną w jej własnym pokoju. Po tym młoda małżonka przekupiła dworskich medyków, aby ci rozpowiedzieli wszystkim, że była to nieznana dla nich choroba, na którą nie było lekarstwa. Siedemnastoletnia wtedy Danea nie dała sobie jednak mydlić oczu, szczególnie po tym, gdy dzień po zabójstwie jej matki królowa przyszła do jej komnaty i ogłosiła, że prędzej, czy później i jej się pozbędzie. Nie była jednak wstanie tego zrobić, ponieważ od razu podejrzenia spadłyby na nią. Choć teraz to już zapewne było jej wszystko jedno. Cały dwór wiedział, że popadła w niełaskę. Urodziła tylko jedno dziecko, które na dodatek nie było chłopcem, a reszta, która znajdowała się w jej łonie umierała przed narodzinami. Po zamku chodziły również plotki, że król już znalazł sobie nową kandydatkę na żonę, teraz tylko szukał sposobu, aby odebrać Annie koronę i unieważnić ich małżeństwo. Dlatego także nikogo nie zdziwił pomysł, aby na audiencje przyprowadzić córkę, która nie miała nawet prawa do korony.
            W momencie, w którym Danea zajęła już swoje miejsce, a król usiadł pomiędzy kobietami, skinął ręką na młodego pazia. Wówczas drzwi po drugiej stronie pomieszczenia otworzyły się na oścież, a grupa ludzi, która stała po tamtej stronie weszła do środka. Ustawili się w ciasnym kręgu, kilka metrów od podestu. Danea przypatrując się im domyślała się, że prawie wszyscy byli w podobnym wieku, bardzo zbliżonym do jej. Bynajmniej z wyglądu.
            Gdy ów grupa stała już spokojnie, młody paź zrobił krok do przodu, zaplatając ręce ciasno za plecami.
            -Król Henryk VIII Tudor, władca Anglii, jego córka Danea i żona Anna.
            Księżniczka mimo woli uśmiechnęła się lekko. Teraz już wiedziała, czemu paź był taki nerwowy i czemu Henryk omawiał z nim coś takim szeptem. Po pierwsze wedle tego, co było powiedziane przy przedstawianiu, Anna była tylko żoną Henryka, a nie królową Anglii. A poza tym to imię Danei było wypowiedziane przed jej własnym, co dawało błędne zrozumienie, że to królewski bękart był ważniejszy od królowej. Dlatego też niezbyt zdziwiła się, gdy kobieta złapał się kurczowo tronu, że jej kostki zbielały, po czym bardzo powoli odwróciła wzrok w stronę Danei, przekazując jej tylko jeden komunikat. „Będziesz martwa”. Tak jak kilka poprzednich razy dziewczyna nie przejęła się kolejnymi groźbami z jej strony. Wszyscy wiedzieli, że ich nie spełni.
            -Wasza wysokość, przed tobą stoją dzieci ser Williama Warhama. Wszyscy wiemy, że był on wspaniałym człowiekiem, który przedwcześnie odszedł zostawiając siódemkę dzieci na pastwę losu. Wedle ostatniej jego woli mają oni odziedziczyć jego dwór. Jest jednak jeden problem, z którym przyszli tu z tobą omówić, Wasza Miłość – odezwał się po raz kolejny paź, który cały blady i zlany potem zerkał w stronę Anny.
            Wtedy z pomiędzy tej zwartej grupy wyszła wysoka blondynka. Danea widziała jak młody paź nagle przestał przejmować się tym, co zrobi mu Anna i bez skrępowania zaczął wpatrywać się w trochę za duże, jak na gust Księżniczki, wcięcie na biuście dziewczyny. Jej włosy były niezgrabnie spięte z tyłu głowy, co i tak nie odejmowało jej urody. W jej oczach było jednak coś dziwnego. Danea przez chwilę przypatrywała się im, po czym jej skupiony wzrok omiótł resztę jej rodzeństwa. Po krótkiej chwili, gdy znów wróciła do niej wzrokiem, na jej twarzy widniał lekki, niebezpieczny uśmiech, który zauważyła tylko wysoka blondynka. Nie zwróciła jednak uwagi na zachowanie Księżniczki i ukłoniła się nisko.
            -Jak ci na imię dziecko? – zapytał król, raz po raz zerkając w to samo miejsce, co paź, doprowadzając w ten sposób do szaleństwa Anne.
            -Rayna, panie – zaczęła dziewczyna robiąc krok do przodu. – Przez większość czasu mieszkaliśmy z matką i jej rodziną na wsi. Jednak, gdy matka umarła na panującą epidemie, wraz z większością służących, ojciec poprosił nas, abyśmy przybyli tu i zamieszkali razem z nim. Niestety, tak jak wasza wysokość wie, ojciec zginął zaledwie dzień po nadaniu listu. Gdy dotarliśmy tu na miejsce, poznaliśmy straszną prawdę, wiedzieliśmy, że jedyną pomoc możemy znaleźć u ciebie Najjaśniejszy Panie. Wiem, że dwór był zapisany nam, problem niestety jest innego kalibru. Nie mamy pieniędzy, aby wyżyć, nie mówiąc już o zapłacie tym wszystkim ludziom, którzy przybyli z nami. Dlatego przybyliśmy do ciebie, aby prosić cię o łaskę i ratunek.
            Danea mogła stwierdzić, że ów Rayna była naprawdę dobrą mówczynią i potrafiła po przez komplementy pozyskać sobie ludzi.
            -A czego byście chcieli dziecko? Pieniędzy? – zapytał Henryk z rozbawieniem na twarzy.
            Choć król lubił ładne kobiety i komplementy, to słowa dziewczyny i tak nie różniły się niczym od słów tych wszystkich ludzi, który już przewijali się przez tą sale.
            -Nie panie, chcielibyśmy sami zarobić sobie na własne życie. Chcieliśmy tylko prosić cię o pracę na twoim dworze.
            Słowa Rayny zaskoczyły króla tak, że przez chwilę tylko wpatrywał się w nią nie mrugając. Danea również była pod wrażeniem tego, co powiedziała dziewczyna. Mimo woli spojrzała na resztę jej rodzeństwa analizując, które z nich będzie nadawało się do ciężkiej pracy, którą zapewne zaserwuje im król. W sześcioosobowej grupie, która tu przybyła była tylko dwójka chłopaków. Jeden z nich był wysoki niczym kij, bo przewyższał całą grupę, ale również był strasznie chudy. Danea patrząc mu w twarz nie była w stanie określić ile ma lat, ale wydawał się najstarszy z tej całej grupy. Wiedziała również, że jest to osoba, której należy unikać. Wiedziała to przez jego drapieżne spojrzenie, którym przez cały czas wpatrywał się w Księżniczkę, gdy tylko ta odwracała od niego wzrok. Drugi chłopak, który był w tej grupie miał już o wiele łagodniejszą i godną zaufania twarz. Danea mogła bez żadnego „ale” powiedzieć, że był przystojny. Jasno brązowe włosy, które opadały na czoło i zielone lekko iskrzące się tęczówki. Był niższy od blondyna, również chudy jak on, choć umięśniony. W raz z nimi, prócz Rayny, były jeszcze trzy dziewczyny. Jedna z nich na pewno nie nadawała się do pracy. Była strasznie drobna i blada, co tylko dodawało jej tajemniczości, tak jak czarne, długie włosy. Kolejna z nich też była drobna, ale nie wyglądała na tak kruchą, jak ta czarna. Również miała ciemne włosy, tylko, że na jej twarzy widniał uśmiech, którym obdarowywała każdego, kto tylko na nią spojrzał.  Uśmiechnęła się również do Danei i o dziwo nie był to uśmiech pełen pogardy, którym często obdarowywała ją Anna. Ten był miły i przyjazny. Trzecia dziewczyna miała ostre rysy twarzy i na pewno nie można było nazwać ich przyjaznymi. Gromiła wzrokiem każdego, kto tylko jej się napatoczył. Danea wiedziała jednak, że dziewczyna bała się, ponieważ jedną rękę zaciskała się w pięść, a drugą nawijała sobie brązowe włosy na palce.
            Gdy wzrok Danei znów wrócił do Rayny dotarło do niej, że żadne z nich nie jest do siebie podobne, co tylko podważało fakt, że niby byli rodzeństwem.
            -Pozwolisz mi się zapytać o zdanie? – zapytał Henry, choć tak naprawdę nie czekał na pozwolenie.
            Rayna cofnęła się znów do tyłu i stanęła obok chłopaka o jasnobrązowych włosach i coś do niego szepnęła.
            W tym samym czasie Henryk popatrzył z politowaniem na Anne, która uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Zapewne myślała, że to jej się poradzi i to ją poprosi o pomoc. Nic bardziej mylnego. Król zgromił ją tylko wzrokiem, po czym odwrócił się do Danei w taki sposób, aby całą swoją sylwetką zakryć postać Anny.
            -Mogę cię prosić o pomoc najukochańsza córko? – zapytał puszczając do niej oczko.
            Danea tak jak i większość ludzi na Sali, po prostu zatkało. Nigdy nie spodziewała się, że nadejdzie taki dzień, że zostanie postawiona ponad Annę Boleyn i będzie mogła patrzeć jak znienawidzona królowa traci władzę. Dziewczyna pokiwała lekko głową będąc nadal w szoku.
            -I co o nich myślisz? – zapytał król, zerkając na grupę, która ze zaciekawieniem wpatrywała się w scenę przed nimi.
            -Wydaje mi się, że możemy im pomóc. W końcu są pierwszymi osobami, o których ja wiem, które przyszły prosić o prace, nawet, jeżeli wiedzą, że nie będzie należała do łatwych, a nie tylko o pieniądze. Wydaje mi się, że powinniśmy im pomóc.
            -Wydaje ci się, czy jesteś tego pewna? – zapytał. – Bo jest między tymi słowami różnica. A z pozycją, którą posiadasz nie może ci się tylko wydawać, ty musisz być tego pewna. Musisz wiedzieć, czy jest to warte twojego poświęcenia i czy przyniesie ci to jakieś korzyści. Zastanów się na tym.
            Danea po raz kolejny spojrzała na ów grupę i zaczęła analizować słowa ojca pod kontem swojej decyzji. Wiedziała teraz, że to tylko od niej zależy, czy zostaną przyjęci, czy wyrzuceni z kwitkiem. Dziewczyna trochę nie chciała wierzyć w historię, którą usłyszała, ale nie miała dowodów, że była nieprawdziwa. Gdyby ich przyjęła, mogłaby poznać prawdziwą przyczynę ich przybycia. Mogłaby zyskać nowych sprzymierzeńców, którzy w razie potrzeby by jej pomogli. Z drugiej jednak strony mogli okazać się spiskowcami, za co ona zapewne później oberwie. Była jednak pod wrażeniem tego, że nie chcieli iść najprostszą drogą, że chcieli zawalczyć o swoje.
            -Jestem tego pewna – wyszeptała po chwili, mając nadzieję, że podejmuje dobrą decyzję.
            Gdy spojrzała na ojca, widziała w jego oczach dumę. Wtedy, jak na zawołanie do jej głowy przyszedł bardzo chytry plan, dzięki któremu będzie mogła trzymać ich wszystkich w ryzach.
            -Jakie prace im przydzielisz i jak będziesz ich kontrolować? – dopytywał się Henryk.
            -Przyjmę jedno z nich, jako mojego osobistego służącego. I tak chciałam cię dziś o to prosić, bo Destiny nie jest już po prostu w stanie wykonywać niektórych prac, a to tylko jest plusem. Będę bardzo delikatnie dawała mu do zrozumienia, że jeżeli on coś przewini, to pogrąży również swoje rodzeństwo. Reszta dostanie prace wedle tego, co umie, ale tak, aby w tym miejscu była osoba, której ufam.
            Henryk pokiwał głowa z aprobatą.
            -A czemu mówiłaś cały czas „mu”? Którego z nich chcesz na służbę?
            Na ustach Danei pojawił się niewielki uśmiech.
            -Tego z jasnobrązowymi włosami, stojącego koło Rayny. Blondynowi, jak i brązowej i Raynie nie ufam, a tamte dwie są zbyt kruche, żeby przejąć większość obowiązków Destiny.
            Kiwnął po raz kolejny głową.
            -Masz jeszcze jakieś zastrzeżenia? – zapytał. Danea zaprzeczyła. – Więc chyba przyszła pora, abyś sama to ogłosiła.
            W gardle dziewczyny na chwilę pojawiła się ogromna gula. Zniknęła jednak w momencie, w którym zobaczyła pełne dumy spojrzenie ojca. Na razie go nie zawiodła, więc nie mogła zrobić tego również teraz. Pokiwała głową.
            Wtedy Henryk znów kiwną ręką w stronę pazia. Ten uciszył zgromadzenie, choć w sumie nie było czego uciszać, bo wszyscy z przejęciem patrzyli się na to, co dzieje się na podeście.
            Danea przełykając ślinę spojrzała Raynie prosto w oczy.
            -Za pozwoleniem króla pragnę przywitać was w tym zamku, w którym będziecie mogli spełniać należne wam posady. – Danea widziała jak Rayna wypuszcza powietrze z ust, a ciemnowłosa, uśmiechnięta dziewczyna przytula się do boku czarnej. – W ciągu najbliższych kilku dni powinniście otrzymać wszystkie wytyczne i miejsca, w których będziecie pracować. Wówczas wasza piątka zacznie podlegać woli króla i osób przełożonych i będzie miała obowiązek spełniać wszystkie rozkazy.
            Po tym Rayna nagle uniosła rękę, przerywając Danei.
            -Ale jest nas sześcioro, a księżniczka wspomniała tylko o piątce.
            -Gdybyś mi nie przerwała, zapewne dowiedziałabyś się dlaczego – odpowiedziała jej z poważną miną, na co Rayna wycofała się. – Wracając do tematu. Jedno z was już w tym momencie dostanie posadę i nie będzie w żaden sposób odpowiadał przed królem, tylko przede mną. Będzie wykonywał moje rozkazy. – Wtedy Danea spojrzała na chłopaka, który otworzył szerzej oczy widząc jej uśmiech. – Jak masz na imię?
            -Shane - odpowiedział lekko skołowanym głosem, jakby nigdy nie spodziewał się, że coś takiego mu się przytrafi.
            -Gratuluję Shane. W tym momencie, aż do odwołania zostajesz moim osobistym pomocnikiem i służącym.
            Dziewczyna umilkła, a król dał znać paziowi, aby zakończył to wszytko. Po tym wstał, od niechcenia złapał Anne za rękę i poprowadził ją w stronę wyjścia. Cała grupa ukłoniła się nisko, gdy schodzili i znikali za zamykanymi drzwiami. Dopiero wtedy Danea pozwoliła sobie na jakikolwiek ruch. Również wstała ze swojego miejsca, choć jej nogi były niczym z waty. Paź, jakby widząc to, podszedł do niej i delikatnie ujął jej rękę i przeprowadził przez podest. Jej także się ukłonili, choć nie byli już w tym tak dokładni jak w przypadku króla.
            -Shane – zawołała, a chłopak wzdrygnął się gwałtownie. – Zapraszam za mną. Mamy kilka spraw do omówienia – powiedziała z pewnością w głosie, choć w środku cała się trzęsła. Po tych słowach odwróciła się znów do pazia i uśmiechając się do niego lekko odrzekła. – Dziękuję Maxsie. Nie zapomnę wspomnieć o tym królowi.
            Chłopak uśmiechał się do niej szeroko, ukłonił niezdarnie i ruszył w stronę drugich drzwi, gdzie zmierzała reszta rodzeństwa Shanea. Ten natomiast stał obok niej wpatrując się w jej twarz, oczekując wyjaśnień. Danea jednak na razie nie miała ochoty mu niczego tłumaczyć. Gestem ręki pokazała mu, że ma iść za nią, po czym ruszyła w stronę drzwi, za którymi chwilę temu zniknął król z królową.
            Szli przez długi korytarz w ogóle się nie odzywając. Księżniczka czuła na swoich plecach palące spojrzenie, jednak nie miała zamiaru się zatrzymać. Chciała sprawdzić jedną rzecz.
            -Masz na imię Danea, prawda? – dobiegł ją po chwili głos Shanea. – Z tego, co słyszałem, jesteś bękartem króla, prawda? To aż dziwne, że pozwolił ci dziś decydować, ale…
            Wtedy dziewczyna gwałtownie odwróciła się. Chłopak przystanął i zaczął lustrować ją zielonymi tęczówkami.
            -Może i jestem bękartem, ale nawet z tego powodu nie masz prawa zapominać o moim tytule. Dla ciebie jestem Księżniczką Daneą i nie inaczej. I nie życzę sobie również, abyś w żaden sposób komentował tego, kim jestem, bo wtedy przez przypadek wspomnę  królowi, że twoje rodzeństwo, tak na prawdę nim nie jest.
            Shane przez chwilę spojrzał na nią przerażony, a Danea miała ochotę przeklinać się za swoją gwałtowność. Chciała mu to zakomunikować delikatnie.
            -Co ty… przepraszam, Księżniczka mówi? Przecież oni…
            Dziewczyna od razu machnęła mu ręką przed oczami.
            -Myślisz, że jestem ślepa i nie widzę. To nie jest twoje rodzeństwo…
            Zapewne powiedziałaby coś jeszcze, gdyby nie to, że z głębi korytarza wyłoniła się znana jej postać.
            -O tu jesteś Danea. Zobaczyłem króla, więc domyśliłem się, że spotkanie już zakończone. Później opowiesz mi, co ciekawego się tam działo. Teraz zmykaj do Madam Wentworth , zanim rozmyśli się, aby na ciebie czekać.
            Po tym Adrian nagle zatrzymał się gwałtownie i z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w kogoś, kto znajdował się za nią. W momencie, w którym Danea zrozumiała, kto tam jest, Shane wypuścił z sykiem powietrze i delikatnie odsunął ją na bok. Adrian zareagował od razu. Ruszył w jego stronę szybkim krokiem.
            -Zostaw ją Rivers! Zabieraj od niej te swoje parszywe, zaplamione krwią łapska! Wiedz, że tym razem ci nie daruję!
            Danea z lekkim przerażeniem wpatrywała się w to, jak Adrian podchodzi do Shanea i łapie go za kołnierz. Tamten tylko przez chwilę stał nieruchomo, po czym z całą siłą odepchnął go od siebie.
            -Przecież, do cholery, już ci mówiłem, że nie miałem z tym nic wspólnego! Ty jednak nadal swoje! Teraz również uciekniesz, zamiast spojrzeć prawdzie w oczy? Jak tchórz? Choć teraz już wiemy, gdzie cię odnaleźć. Chowasz się pod spódnicą tej laluni!
            Adrian z nienawiścią spojrzał na niego.
            -Nie kłam, bo doskonale wiem, że musiałeś o tym wiedzieć. Jesteś jej bratem, a ona wszystko planuje, więc nie mydl mi tu oczu, bo już sobie na to nie pozwolę. Wynoś się stąd zanim wezwę tu straż, a oni nie będą tacy delikatni!
            Shane uśmiechnął się do niego kpiąco.
            -A próbuj! Zobaczymy, kto wtedy wygra.
            Danea wiedziała, że Adrianowi za chwilę puszczą nerwy. A do tego nie mogła dopuścić.
            -Możecie się zamknąć?! – krzyknęła najgłośniej na ile było ją stać. Obydwaj spojrzeli na nią ze zdziwieniem, jakby w ogóle zapomnieli o jej obecności. – W tym momencie najmniej interesują mnie wasze dawne problemy Przeklętych, z którymi nie jesteście w stanie sobie poradzić! Teraz jesteście na dworze mojego ojca, a ja odpowiadam za waszą dwójkę. I nie Adrianie ,nie będziemy tego imbecyla wyrzucać za drzwi, bo od dziś pełni taką samą rolę, jak ty. A co do ciebie Shane, zapamiętaj, że od twojego zachowania przez najbliższych kilka dni będzie zależało, jakie prace dostanie twoje, niby rodzeństwo. Chyba nie byłoby ci zbyt miło, gdyby przez twoją głupotę ta mała, drobna czarownica dostała jakieś siłowe zadanie, z którym sobie nie poradzi? Albo ta miła Przeklęta, która jest taka ładna, gdy ma na sobie nałożoną iluzję, a gdy jej nie ma okazuje się, że ma tylko włosy po jednej stronie głowy, a po drugiej czarne pręgi. Chyba nie ucieszyłbyś się, gdyby dostała pracę w oborze świńskiej. Dlatego proszę was obydwu, ogarnijcie się, bo możecie stracić to, o co tak walczycie.
            Dopiero po zakończeniu swojego monologu Danea spojrzała na ich twarze, aby zobaczyć co na nich wywołała. Nie zdziwiła się, gdy Adrian opuścił głowę, a jego twarz zrobiła się poważna, choć jego oczy i tak mówiły same za siebie. Tęcza, którą były jego oczy miała jasne, prawie jaskrawe kolory, które oznaczały rozbawienie i radość. A na twarzy Shanea natomiast zauważyła szok. Zapewne nigdy nie spodziewał się, że ta głupia Księżniczka, za która pewnie ją miał, może wiedzieć, kim on i jego towarzysz są. Właśnie taki efekt chciała uzyskać.
            -Dodając do tematu twojej posady, Shane – zaczęła już o wiele spokojniej. – Jutro skoro świt masz pojawić się w pałacu, a przy strażnikach powołać się na Destiny. Ona po tym przekaże ci zadania na twój ranek. Jeżeli wyrobisz się z nimi przed tym, jak się obudzę, to masz poczekać, a po tym dostaniesz kolejne. Mam nadzieję, że wszystko jasne. – Kiwnął głową, choć Danea zastanawiała się, czy wszystko do niego dotarło. – Dobrze. Adrianie, choć ze mną, muszę z tobą pilnie porozmawiać. A zresztą nie możemy już dłużej pozwolić czekać naszej cudownej krawcowej.
            Po tym odwróciła się tyłem do Shanea, zostawiając go samego w pustym korytarzu.

            Shane, nadal zawładnięty pewnego rodzaju szokiem, wyszedł na ogromny plac przed zamkiem. Tak jak się spodziewał, czekało na niego jego, niby rodzeństwo. Od samego początku czuł, że ten pomysł jest po prostu głupi, bo po pierwsze żadne z nich, tak na prawdę, nie było podobne do siebie, nie mówiąc już o tym, że byli z wyglądu w podobnym wieku. No właśnie tylko z wyglądu.
            Gdy stanął pomiędzy Przeklętymi Rayna uśmiechnęła się słodko.
            -Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha, kochany – powiedziała tonem wręcz ociekającym słodyczą, po czym przytuliła się do jego boku.
            W normalnych warunkach Shane odtrąciłby ją. Teraz jednak już naprawdę nie wiedział, co powinien zrobić. O ile pamięć go nie myliła, nigdy nie przepadał za Rayną. Od taka przyjaciółka siostry, która ugania się za młodszymi od siebie chłopakami. W momencie, w którym ta blondynka, o której w ogóle nikt by nie powiedział, że w dniu przemiany miała prawie trzydzieści lat, stała się Przeklętą znienawidził ją jeszcze bardziej. Nie sam fakt go denerwował, a to, w jaki sposób do tego ją zmusiła. Tori po przemianie Shanea obiecała sobie, że nikogo więcej nie uratuje nawet, jeżeli będzie miało to znaczyć, że będzie traciła bliskich. Rayna jednak uważała, że nie może tak po prostu zaprzepaścił przyszłości przyjaciółki, jako złej czarownicy. Zmusiła ją, aby najpierw przemieniła Adriana wbrew jego woli, a po tym jeszcze ją. Reszta poszła już lawinowo. I nim Shane się spostrzegł Przeklętych było tyle, że kobieta bez żadnego problemu mogłaby stworzyć stuosobową armię. Zapewne by to zrobiła, gdyby nie to, że niektórzy zaczęli się od niej odwracać i uciekać jak najdalej. Właśnie, dlatego znaleźli się w tym miejscu i dzięki  przekrętom zaczęli udawać dzieci ser Williama Warhama. Tori uważała, że to właśnie na dworze Henryka odnajdą ratunek na tą jej rozpadającą się armię. Shane nigdy nie przestawał wątpić w siostrę, choć teraz nie bardzo chciało mu się wierzyć w jej słowa.
            Wracając do tematu Rayny, prawie od zawsze była przyjaciółką Tori, i zawsze lubowała się w młodszych od siebie chłopakach. Na jedną ze swoich ofiar obrała sobie właśnie Shana. Na samym początku Tori starła się jej to uniemożliwić, po tym jednak przestała się tym przejmować. A on natomiast był młody i głupi. Uważał, że cały świat stoi przed nim otworem, skoro będzie żył wiecznie. Właśnie wtedy, pod wpływem chwili wplątał się w krótki romans z Rayną. Teraz tego cholernie żałował. Blondynka może i miała piękne ciało i sama była prześliczna, ale w jej wnętrzu siedziała parszywa, jadowita żmija. Chciała mieć nad wszystkim kontrolę i właśnie dlatego wybrała sobie Shana, jako swoją ofiarę. On jednak nie pozwolił sobą pomiatać, dlatego teraz za każdym razem, gdy się do niego przystawiała, odpychał ją niemiłymi słówkami, bądź zachowaniem. Wiedział jednak, że to nic nie pomoże, a Rayna nadal będzie się starać. Dziś jednak nie miał na to siły.
            -Nie ducha, a Adriana – powiedział po chwili namysłu.
            Na początku zastanawiał się, czy to dobry pomysł, aby powiedzieć wszystkim, że Adrian Rochester, młodszy brat Rayny przebywa w tym zamku. Choć tyle był mu winien, skoro kiedyś byli przyjaciółkami. No właśnie, kiedyś. Teraz chłopak nienawidził go za coś, o czym Shane nawet nie wiedział i gdyby nie Elaine, zapewne w ogóle by się nie dowiedział. Szybko jednak doszedł do wniosku, że i tak w końcu by się dowiedzieli, więc nie było co przedłużać. W ten sposób był też pewien, że Rayna na kilka godzin zostawi go w spokoju.
            Tak jak się spodziewał, blondynka od razu odkleiła się od jego boku, patrząc wielkimi, przerażonymi oczami w jego stronę. Jedno z nich niebezpiecznie szybko zaczęło zmieniać swoje barwy.
            -Adrian? Ten Adrian? Mój mały braciszek? – Gdy Shane potwierdził, oddaliła się w stronę bramy. – Idę tam, muszę z nim porozmawiać!
            W porę jednak złapała ją Delia i pociągnęła do przodu.
            -Na pajacuj, wracamy do domu!
             Rayna nie stawiała oporu i bez problemu pozwoliła sobą kierować. Nadal jednak odwracała się w stronę bramy, jakby spodziewała się, że zobaczy tam swojego brata.
            -A co Delio, boisz się, że Tori zje ci Tommiego? Albo go zgwałci? – krzyknął w jej stronę Cam, wybierając wręcz doskonałą chwilę, aby pokazać wszystkim swój poziom inteligencji.
            W tym też momencie Rayna ocknęła się z transu.
            -Zamknij mordę pacanie! Z takich rzeczy się nie żartuje!
            Shane musiał przyznać Raynie jedno, mogła być wredną, nieczułą suką, robiącą wszystko tylko dla siebie, jednak rodzina i najbliżsi przyjaciele byli dla niej wręcz świętością. Gdyby ktoś obraził Adriana, bądź Tori, zapewne skończyłby z połamanym nosem. Dlatego też za każdym razem, gdy Cam żartował sobie z sytuacji Deli i Tommiego, to właśnie Rayna go uciszała, a po tym pocieszała obydwoje. Bo dla niej właśnie rodzina była najważniejsza.
            Szkoda tylko, że zapomniałaś o tym, że Adrian jest twoim bratem, gdy wywinęłaś mu takie świństwo – przeszło mu przez głowę.
            Delia zaczerwieniła się, puściła Rayne i ruszyła kilka kroków od nich. Po chwili Elaine dołączyła do niej. Shane zawsze się jej dziwił. Widział doskonale, że ciężko jej jest w towarzystwie Tori, dziwiło go, dlaczego nigdy nie chciała uciec. Ona w takich momentach zawsze uśmiechała się i mówiła, że nie może zostawić przyjaciół na pastwę losu.
            -I jak tam ta ruda dupcia? – zapytał Cam, gdy Rayna już trochę się od nich oddaliła. Nie chciał po raz kolejny oberwać od niej ochrzanu. Komu, jak komu, ale jej lepiej było nie podpadać. – Dobra była?
            Shane popatrzył na niego. Niekiedy zastanawiał się, czy Bogu po prostu się coś pomieszało dając mu takiego brata jak on. Przecież inteligencja Cama prosiła, aż o pomstę do nieba. Tak jak Rayna miał prawie trzydzieści lat, jednak móżdżek gołębia. I właśnie w tym momencie udowodnił wszystkim tą teorię.
            Chłopak przez chwilę wpatrywał się w niego z zaskoczeniem, a po tym nagle spoważniał.
            -O czym ty pieprzysz? – zapytał mając nadzieję, że ten tłumok zrozumie przesłanie.
            Shane musiał go tolerować, tego właśnie wymagała od niego Tori. Jej nie chciał się sprzeciwić, dlatego starał się to robić. Niekiedy jednak było to trudne.
            Na jego twarzy pojawił się sprośny uśmiech.
            -No właśnie o tym mówię! Bo raczej wątpię, że potrzebny jej chłopak do wycierania podłóg. Od tego zapewne miała całą masę służby. Ciebie raczej potrzebuje do innych, ciekawszych zajęć. Powiedz więc chociaż, czy jest dobra.
            Shane popatrzył na niego z politowaniem.
            -Idź ty lepiej, poszukaj swojego mózgu, albo coś, co w nim ubyło. Nie zadawaj więcej takich pytań i nie obrażaj Danei.
            Cam przez chwilę mrugał oczami z niedowierzeniem. Po tym jednak znów się uśmiechnął.
            -To już jesteście na ty? Szybka jest… - w momencie, w którym Shane miał po prostu ochotę mu przywalić, Cam odskoczył na bok. – Nie denerwuj się już, tylko żartowałem. Wydaje mi się jednak, że to przychodzi z krwią. Jaki ojciec, taka córka.
            Cam nie odezwał się już więcej, zrobił kilka szybkich kroków, aby zrównać się z Rayną i ją trochę pomęczyć. A Shane mimo woli spojrzał w stronę Alice idącej obok niego. Był pewien, że słyszała każde słowo tej rozmowy i na pewno ją również to zabolało. W końcu sama również była, podobnie jak Danea, bękartem Henryka. O niej jednak król się nie dowiedział i nigdy nie dowie. Już Tori o to zadba.
            -Nie przejmuj się tym cymbałem on nie wie, co mówi – szepnął do niej, kładąc jej rękę na ramieniu.
            Nie wiedział czemu, ale uwielbiał Alice. Była strasznie nieśmiała, co odróżniało ją od jej matki. Po niej odziedziczyła tylko kolor włosów i moce. To właśnie najbardziej cieszyło Shana. Nie chciał, aby i ona poszła w ślady matki i starała się przywracać ludzi do życia. Shane już wiedział, że to nie przynosi niczego dobrego.
            Alice obdarowała go tylko smutnym uśmiechem.
            -Jaka ona jest? No wiesz, moja siostra, Danea? – zapytała po chwili.
            Shane uśmiechnął się na same wspomnienie dziewczyny. Była śliczna, tego był pewien. Czuł jednak, że tego nie chce usłyszeć Alice. Miała też trudny charakter, do którego będzie musiał się przyzwyczaić, jeżeli będzie chciał u niej pracować. Miał jednak wrażenie, że pod tym wrednym i srogim spojrzeniem kryje się zupełnie inna osoba, a to tylko taki pancerz ochronny.
            -Jest specyficzna – powiedział po chwili, aby nie wspominać jak go potraktowała. Nie wspomniał też o tym, że ona wie o nich. Nie miał też zamiaru tego robić. Chciał odkryć tą tajemnicę sam. – Chcesz abym powiedział jej o tobie?
            Alice opuściła wzrok rumieniąc się.
            -Chciałabym mieć siostrę – wyszeptała. – Szczególnie taką jak ona.
            Shane był wręcz pewien, że w ciągu najbliższych kilku dni wspomni o niej Danei. Nie wiedział jednak, jak na to zareaguje.
            Nim się spostrzegł, znaleźli się koło wielkiej posiadłości, którą przejęli. Owszem faktem jest to, że odziedziczyły ją dzieci ser Warhama. Ten fakt jednak załatwiła już Tori, a posiadłość od teraz należała do niej. Tak jak spodziewał się Shane, znaleźli ją w ogromnym salonie się siedzącą w jednym z ogromnych foteli. Obok niej siedział Tommy i coś energicznie jej opowiadał. Jednak, gdy zobaczył, że jego siostra wróciła, przestał interesować się czarownicą i rzucił się w ramiona siostry. Miał dziesięć lat i ponad wszystko kochał Delie. Byli wręcz nierozłączni. Dziewczyna zrobiłaby dla niego wszystko i to było widać na pierwszy rzut oka. To właśnie wykorzystywała Tori. Podlizywała mu się i przekupywała prezentami, aby tylko młody nie zechciał zostawić „cioci” Tori. Delia, chodź wiedziała, że to, co robi czarownica jest złe, to i tak nie była w stanie sprzeciwić się braciszkowi, który patrzył na nią tymi brązowymi oczkami.
            Tommy sam w sobie był słodki, nawet ze znakami przemiany. Krótkie brązowe włosy, drobna sylwetka. Od momentu przemiany wyglądał nadal tak samo, psychicznie było to samo. Nadal zachowywał się jak dziesięcioletni chłopiec. Dlatego nikt nigdy go nie wypuszczał na zewnątrz. Mody w ogóle nie potrafił używać iluzji, przez co nie mógł zatuszować swojej drugiej pary rąk, która pojawiła się po przemianie.
            -Jak tam spotkanie z królem? Wysłuchał was? – zapytała wstając ze swojego miejsca.
            Rayna uśmiechnęła się promiennie.
            -Lepiej niż się spodziewałam. Shane już ma robotę. Ale to chyba tylko przez tą swoją ładna buźkę.
            Tori spojrzała na niego rozbawiona.
            -Czyżby mój słodki braciszek spodobał się samej Annie Boleyn?
            Shane zrobił naburmuszoną minę. Już chciał skomentować tą wypowiedź, ale Rayna go ubiegła.
            -Plotki ludzi są prawdziwe. Anna Boleyn popadła w niełaskę. Była na audiencji, ale to nie jej pytał się o zdanie. Wszystko uzgadniał z tą rudowłosą Księżniczką, Daneą.
            Na twarzy Tori pojawił się szeroki uśmiech.
            -No proszę… - wyszeptała.
            Może chciała dodać coś jeszcze, lecz zagłuszył ja krzyk Tommiego.
            -Delia jestem głodny. Chodźmy coś zjeść!
            Dziewczyna uśmiechnęła się do niego.
            -Dla ciebie wszystko, młody. – Po czym złapała go za rękę i zaprowadziła do kuchni.
            Właśnie w tym momencie Shane uświadomił sobie, jaką Delia była szczęściarą. Miała kogoś, kogo kochała i kogoś, za kogo chciała oddać wszystko, nawet życie. On takiej osoby nie posiadał.

            W tym momencie, kiedy wypowiedział niemą prośbę o taką osobę, nie rozumiał jakim będzie to dla niego szczęściem, ale i jaką zgubą.

***

Chyba najdłuższy rozdział jaki tu wstawiała. szczerze, jakoś nie wiem, co o nim mam myśleć. ciesze się, że w końcu jestem w tej księdze. rozdział jednak.... miała nadzieje, że będzie krótszy... niestety każdy rozdział najprawdopodobniej będzie tak wyglądać, bo za dużo muszę wam przekazać xd sami go oceńcie.
Pozdrawiam;)

13 komentarzy:

  1. Rozdział naprawdę wspaniały i wciągający. Czekam na następny z niecierpliwością. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to słyszeć;) dziękuję!

      Usuń
  2. Zaklepuję sobie miejsce stałej czytelniczki! Lubię takie klimaty, czekam z niedosytem na kolejne (:

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj, Reno ;)
    mam do ciebie ogromną prośbę. chciałabym nadrobić sobie zaległości, ale mam mały problem. nie działa mi przejście z tej notki, do starszych, a nie mogę znaleźć żadnego odnośnika do spisu treści, czy czegoś w tym rodzaju.
    dałoby się coś z tym zrobić?
    xo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jesteś kolejną osobą, która się mnie o to pyta. niestety nie wiem jak to naprawić, ale z prawej strony jest takie wysuwane coś gdzie jest spis wszystkich rozdziałów;)

      Usuń
    2. Nie jestem pewna, ale to chyba wina tego ślicznego szablonu. ;___; ale dziękuję. od jutra zabiorę się za nadrabianie. spodziewaj się ode mnie długiego komentarza gdzieś... nie wiem, w przyszły weekend xD

      Usuń
    3. już się nie mogę doczekać xdd

      Usuń
  4. Uwielbiam takie klimaty. Generalnie jestem ogromną fanką fantastyki. Żeby skomentować opowiadanie musze się cofnąć do początku, bo inaczej nic z tego nie zrozumiem, ale to co już przeczytałam bardzo mi się podoba. Masz piękny styl pisania i co ważniejsze nie przesadzasz z opisami.
    Pięknie napisana przepowiednia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ci;) mam nadzieje, że dotrwasz do końca i przeczytasz te wszystkie rozdziały^^

      Usuń
  5. Reno wiem, że późno, ale trudno!^^ Po prostu twoje rozdziały zwalają mnie z nóg! No, ale do konkretów przejdźmy! No to Anna popadła w niełaskę tak? Hehe nie wiem czemu ale się cieszę! Dzieci ser williama? Przyjęci do pracy hmm... Fajnie! Ale bardzo chce Ci powiedzieć, że nie mogę się doczekać aż Danea dowie się o Alice!!! Jak zawsze ciepło pozdrawiam i życzę weny!!!
    Watashi
    PS Wiem, wiem krótko... Pa:D

    OdpowiedzUsuń
  6. W pierwszych rozdziałach sugerowałaś, o ile wprost nie napisałaś, że Shane był kochankiem Tori. Popraw.

    OdpowiedzUsuń

wykonała Anaya