środa, 10 lipca 2013

III. Rozdział 5

„Nie ma przegranych, dopóki piłka w grze”
Jakub Ćwiek

            Ryk alarmu sprawił, że od tego hałasu Dan rozbolały uszy. Dźwięk, który rozbrzmiewał był tak głośny, że dziewczyna przez chwilę nie mogła ogarnąć swoich myśli. Nie słyszała też Domino, która ze strachem wymalowanym na twarzy szarpała ją za ramię. Gdy pierwsze myśli zaczęły trzymać się kupy Dan za wszelką cenę próbowała sobie przypomnieć, co w związku z tym alarmem powinna zrobić. Wiedziała, że ktoś, kiedyś na pewno jej o tym powiedział, jednak teraz nie bardzo mogła sobie tego przypomnieć. Poza tym inna myśl non stop wypierała tą o ucieczce. A mianowicie, jaki idiota wpadł na pomysł, aby zaatakować Olimp? Przecież każdy głupi wiedział, że bogowie olimpijscy są tak silni, że bez problemu obronią swoje terytorium i jeszcze wyjdą z tego bez żadnych większych obrażeń. Po chwili uświadomiła sobie, kto to mógł zrobić. Przeklęci Tori. Po tym jednak zrozumiała, że to nie możliwe. Żadne z nich nie miało kontaktu z czarownicą, co oznaczało, że nie dostają od niej jakichkolwiek rozkazów, co równało się temu, iż sami nic nie byli w stanie zrobić. Po tych rozmyśleniach Dan wracała do punktu wyjścia, – kto to zrobił?
            I wtedy nagle alarm ucichł. Tak po prostu zniknął, choć Dan przez chwilę nadal go słyszała. Zmarszczyła brwi wpatrując się w okno. Nie widziała jednak z niego zbyt dużo, gdyż wychodził na otwarte morze, które oblewało Olimp. Zaczęła nasłuchiwać też jakiś innych dzięków, ale w uszach nadal jej dzwoniło, więc nie była pewna, czy to, co słyszy to jej urojenia, czy może prawda. Doszła od wniosku, że skoro alarm ucichł, to oznacza, że albo był fałszywy, albo, że ktoś przez przypadek go włączył. Każda z tych opcji była lepsza od ataku. Sama Dan nie bardzo pamiętała, co powinna zrobić. Była z nią jeszcze przestraszona Domino, która w tej chwili w niczym nie była pomocna.
            Niestety po chwili alarm znów zaczął wyśpiewywać swoje serenady. Domino pisnęła i schowała się pod koc. Dan wiedziała, że skoro znów go złączyli to znaczy, że na prawdę się coś dzieje. Zdjęła z dziewczynki koc i gestem ręki pokazała jej drzwi. Choć Domino wyglądała jak wystraszony kurczaczek, to kiwnęła głową i wstała z łóżka. Okazało się jednak, że tak prosto to nie będzie. To, co zrobił jej Zeus podczas spotkania musiało być bardzo wyczerpujące, gdyż dziewczyna nie była nawet wstanie ustać na swoich nogach. Dan położyła jej rękę na swoim ramieniu i tak kroczek po kroczku zaczęły iść w stronę drzwi. Gdy były już prawie przed nimi, ktoś gwałtownie je otworzył. Dan stanęła oko w oko z Afrodytą. Ta miała równie przestraszony wyraz twarzy, co Domino, choć dzielnie trzymała się na nogach. Na widok dziewczyn otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
            -Co wy tu jeszcze robicie? Przecież powinniście już dawno zejść do tuneli.
            I wtedy właśnie pamięć Dan odblokowała się, przypomniała sobie, gdzie powinna się udać. Zeus, gdy była młodsza opowiedział jej o tych tunelach, które rozciągały się pod całym Olimpem łącząc ze sobą wszystkie budynki. Wszędzie były ukryte drzwi, które jej wtedy pokazał. Stwierdził jednak, że na pewno nigdy jej się to nie przyda, więc nie ma potrzeby ich zapamiętać.
            Przez chwilę zastanawiała się, co powinna powiedzieć Afrodycie, doszła jednak do wniosku, że to bez sensu, gdyż tamta i tak pewnie by tego nie usłyszała. Dan na migi pokazała jej Domino. Dziewczyna kiwnęła głową i położyła jej drugą rękę na swoim ramieniu. Tak obładowane ruszyły w stronę pierwszego lepszego wejścia do tuneli. W pewnym momencie alarm po raz kolejny ucichła, ale to i tak nie zmniejszyło strachu Dan. Teraz dokładnie pamiętała rozmowę, którą odbyła dawno temu z Zeusem. Mówił jej, że jeżeli coś się stanie, to alarm kilkakrotnie zostanie włączony i wyłączony, a wszyscy, którzy nie znają się na walce mają od razu udać się do podziemi.
            Gdy tak szły Dan miała wrażenie, że przy każdym kroku Domino robi się co raz cięższa. Dziewczyna starała się raz na jakiś czas na nią zerkać, ale nawet wtedy wiedziała, że za dobrze to z nią nie jest. Musiała stracić naprawdę dużo energii, bo była cała blada, a z jej twarzy i szyi ciekły stróżki potu. Niestety też przez nią musiały zwalniać, gdyż Domino nie była w stanie już dalej iść. To bardzo niepokoiło Dan. Miała tylko nadzieję, że ta za chwilę im nie zemdleje, bo dopiero wtedy będą miały prawdziwy problem. Dziewczyna zauważyła też, że nagle znalazły się w nieznanej jej części budynku bogów. Ściany miały tu jasno zielony odcień, a okna pojawiały się naprawdę rzadko. Nigdy wcześniej nie widziała tej części, więc wątpiła, czy akurat tu znajdą wejście do tuneli. Zeus podał jej rozmieszczenie wszystkich wejść, ale one wszystkie znajdowały się po innej stronie budynku.
            -Afrodyto, czy ty jesteś pewna, że idziemy w dobrą stronę?
            Dziewczyna jednak milczała. Brnęła przed siebie jakby była pewna tego, że idzie tam, gdzie powinna. Dan westchnęła więc i nie zadawała więcej pytań. W pewnym momencie dziewczyna nagle przystanęła. Nim Dan zdążyła cokolwiek powiedzieć lub zrobić zepchnęła ze swojego ramienia rękę Domino. Ta niestety była bardzo słaba i tylko siłą woli utrzymując swoje ciało w przytomności, straciła równowagę. Domino upadła na posadzkę z głuchym odgłosem. Po tym już się nie podniosła.
            Dan wpatrywała się to w nią, to w Afrodyte, która patrzyła na nie obojętnym wzrokiem.
            -Co ty zrobiłaś? Czy ty już do reszty…
            Dan zdążyła tylko zrobić jeden krok w stronę poszkodowanej i powiedzieć pół zdania, gdy naglę straciła panowanie nad własnym ciałem. Nogi przestały być posłuszne, a usta za żadne skarby nie chciały się otworzyć. Afrodyta nawet na nią nie patrząc machnęła ręką, a ciało Dan uniosło się i uderzyło w najbliższą ścianę, a po tym opadło na ziemię. Dziewczyna przez chwilę leżała na niej, a przed jej oczami zaczęły pojawiać się czarne kółka. Jej głowa także odczuła skutki uderzenia. Dan jednak zepchnęła je w najdalsze krańce swojej świadomości i uniosła się patrząc na Afrodytę nie bardzo rozumiejąc jej zachowanie. Czemu tak po prostu rzuciła Domino o ziemie, a ją o ścianę? Przecież żadna z nich nic jej nie zrobiła. Usiadła na kolanach oddychając głośno.
            Afrodyta natomiast stała naprzeciwko niej, a z jej ust nie schodził pogardliwy uśmiech. Gdy zobaczyła, że Dan podniosła się na klęczki, podeszła w do nieprzytomnej Domino i kopnęła ją.
            -Widzisz? Gówniara jest nieprzytomna, a więc zostałaś tylko ty i ja. Jak mi z tego powodu miło.
            Dan poczuła, że po raz kolejny traci panowanie nad swoim ciałem, a ono znów wbrew jej woli unosi się i uderza w ścianę. Gdy opadała na ziemię, poczuła jak ciepła ciecz spływa po jej twarzy. Musiała uderzyć w jakiś gwóźdź, bo jej czoło było przecięte. Afrodyta podeszła do niej i złapała ją za ramię stawiając na równe nogi. Dan od razu poczuła zawroty głowy i gdyby nie uścisk kobiety, już dawno znalazłaby się z powrotem na podłodze.
            -Zostaw mnie – wychrypiała. – Ja ci nic nie zrobiłam.
            Afrodyta wybuchła śmiechem, który odbił się od gołych ścian i wrócił jako echo. Po tym po raz kolejny spojrzała na Dan tylko, że tym razem z powagą wymalowaną na twarzy.
            -Nie chce cię dobijać maleńka, ale ja dopiero się rozgrzewam. – Podły uśmiech rozjaśnił jej twarz. – W sumie, to masz rację, tak na prawdę to nic mi nie zrobiłaś. Chociaż, gdyby się uprzeć, to pierwszą podstawowa rzeczą, którą zrobiłaś źle to to, że w ogóle istniejesz.
            Afrodyta puściła jej ramię, a Dan od razu upadała na ziemię. Postarała się jednak usiąść, a po tym przycisnęła rękę do rany. Kobieta natomiast stanęła do niej odwrócona plecami i wpatrywała się przez chwile w nieprzytomną Domino.
            -Wkurzasz mnie tym – zaczęła Afrodyta odwracając się gwałtownie w jej stronę, – że wszyscy uważają cię za nie wiadomo jak ważną osobę, a tak naprawdę jesteś nikim. Głupią dziewuchą, której się poszczęściło, bo ma za ojca Zeusa. Jesteś jedynym człowiekiem, którego wpuszczają na teren Olimpu. A to dlaczego? Bo twój tatuś tutaj rządzi? Nie wiem czemu, ale ta bajeczka nigdy do mnie nie przemówiła. Nikt jednak nie chciał mi powiedzieć prawdy o tobie. Wszystkie najważniejsze rozmowy odbywały się zawsze za moimi plecami, nigdy podczas obrad. A wiesz, czemu nigdy nikt mnie tam nie zapraszał? Bo Zeus uważał mnie tylko za pustą dziewkę, która interesuje się tylko wyglądem, ciuchami i facetami, których może ściągnąć sobie do łóżka! – Jej głos nagle nie był już taki spokojny. Zaczęła krzyczeć. – Przez te tysiące lat, które z nimi tu siedzę oni nadal mają mnie za śmiecia, któremu też się poszczęściło. A ty, tak po prostu wkradłaś się w łaski Zeusa i na kiwnięcie palca dostajesz wszystko! Jesteś jeszcze większym dnem ode mnie, a gdybyś chciała to mogłabyś dowiedzieć się wszystkiego!
            Afrodyta nagle ucichła i patrzyła nieprzeniknionym wzrokiem w stronę korytarza. Po tym znów jej wzrok padł na Dan.
            -W tym całym bałaganie tylko jednak osoba mnie zrozumiała. Wie, czego chce i się o mnie troszczy. Nie to, co ta cała banda, która uważa się za bogów. Dla nich to ja jestem tylko osobą, która w razie czego może po coś pójść, kogoś zawołać, coś przynieść. A ona uważa mnie za kogoś równego sobie, kogoś, komu może zaufać, kogoś, komu może powierzyć swoje plany. To ona mnie wybrała, abym jej pomogła doprowadzić do końca jej plan, a ja z wielką chęcią się do niej przyłączyłam.
            Dan patrzyła na nią nie bardzo wiedząc, o czym myśleć. Nigdy nie uważała Afrodyty za kogoś nic nieznaczącego. Zeus często pytał się jej o zdanie, bynajmniej tak zaobserwowała ona. Nigdy też nie przypuszczała, że ona może do niej żywić urazę o takie rzeczy. Zresztą większość z nich była nieprawdą. Zeus wcale nie odpowiadał jej na wszystkie pytania. Kiedyś zapytała się go, jak ma na imię Księżniczka Przeklętych, bo chciałaby kiedyś poznać ją w swoich czasach. Zeus wówczas naprawdę się na nią zezłościł, choć mała Dan nie wiedziała czemu. Powiedział, że nie ma prawa nigdy więcej o to pytać, bo nikt prócz jego i kilku ważnych dla niego ludzi nie pozna tej tajemnicy.
            -O kim ty mówisz? – zapytała, choć w głowie nadal jej dudniło.
            Nie wiedziała czemu, ale domyślała się o kim ona mówiła.
            Na twarzy Afrodyty pojawił się lekki uśmiech, który nie był zbyt miły.
            -Zapewne twoi godni pożałowania Przeklęci opowiedzieli ci o niej, o Tori. Mówi ci coś to imię? To ona kiedyś zaprosiła mnie do siebie i zaproponowała współpracę w jej planie. Na początku nie chciałam się zgodzić, wtedy doskonale już wiedziałam jak wszyscy mnie traktują. Dopiero po jakimś czasie, dzięki niej przejrzałam na oczy i zobaczyłam wszystko takie, jakie było na prawdę. Za to właśnie jej dziękuję. – Jej uśmiech pogłębił się. – To, co dzieje się dziś, to część planu. Jej Przeklęci mieli narobić trochę zamieszania. Ja natomiast miałam dopaść ciebie i zakończyć twój marny żywot. Jej też bardzo podpadłaś, choć do końca nie wiem, czemu. To jednak nie ma najmilejszego znaczenia, bo z wielką przyjemnością i bez tego cię zabiję.
            Dan poczuła paraliżujący ją strach. Nigdy wcześniej nie obawiała się Afrodyty, ale teraz po tym, co usłyszała zrozumiała, że nawet ona potrafi być bardzo mściwa. W tym wszystkim jednak nie rozumiała jednej rzeczy – jak niby podpadła Tori, Twórczyni, skoro nigdy nie widziała tej kobiety na oczy?
            Nagle w ręce Afrodyty pojawił się ogień. On tylko pogłębił jej strach. Od zawsze bała się ognia i głębokiej wody. Nigdy żadne z nich nic jej nie zrobiło, ale czuła przed tymi dwoma żywiołami strach.
            Kobieta zauważyła jej zmianę w nastroju, bo zaśmiała się głośno.
            -Widzę, że ptaszynka boi się ognia. Czyżby kiedyś cię skrzywdził?
            W jej głosie było tyle kpiny, że Dan poczuła, jak policzki zaczynają ją piec od rumieńca, który się tam pojawił.
            W tym momencie stało się coś, czego ona do końca nie ogarnęła. Afrodyta nagle upadła na ziemię, a płomienie w jej ręku zgasły. W pomieszczeniu nagle zaroiło się od ludzi, choć tak na prawdę wcale ich tak dużo nie było. Ktoś złapał ją za ramię i uniósł do góry. Gdy zorientował się, że dziewczyna nie jest w stanie iść o własnych siłach, wziął ją na ręce i czym prędzej zaczął biec w stronę pustego korytarza. Dan słyszała za sobą krzyki i odgłosy walki. Gdy znaleźli się już na tyle daleko od miejsca, w który zostawiła Afrodytę spojrzała na swojego wybawcę mając nadzieje, że to nie jest kolejny niby przyjaciel. Jednak, gdy jej wzrok napotkał znajomą twarz Maxa, poczuła ulgę. On jej nic nie zrobi.
            -Jak nas znaleźliście? – zapytała, gdy chłopak zaczął już iść normalnym krokiem.
            -Szczerze, to tylko przez przypadek. W życiu nie spodziewałem się, że ta wariatka zaciągnie cię w tą część budynku.
            -Co się stało? Czemu włączyli alarm?
            Max przez chwilę się nie odzywał, przez co Dan zaczęła się bać, że nie zechce jej nic powiedzieć.
            -Któryś z Przeklętych podłożył ogień pod budynek obrad. Na szczęście dla wszystkich właśnie odbywała się tam jakaś ważna narada. – Ucichł na chwilę. – Szkoda, że cię tam nie było. Z płonącego budynku, jako pierwszy wyskoczył Hermes. Wyglądał naprawdę przezabawnie. Biegał niczym zdrowy człowiek, choć na nogach miał prowizoryczny gips. Do tego wszystkiego pchał ten swój przeklęty wózek, jakby bał się go gdziekolwiek zostawić. Najwidoczniej ratowanie życia było ważniejsze, od jakiegoś tam urlopu.
            Dan uśmiechnęła się próbując sobie to wyobrazić, choć czuła się urażona. Max zbył ją śmieszną opowieścią, aby nie musieć opowiadać jej prawdy. Szkoda, że nie wiedziała tego Afrodyta, przekonałaby się, że nikt tak naprawdę nie mówił Dan niczego ważnego.
            Po jakiejś chwili Dan usłyszała za sobą kroki. Max też je usłyszał, bo nagle przystanął i zaczął nasłuchiwać. Okazało się jednak, że nie ma o co się martwić, bo koło nich pojawiła się Delia. Właśnie to było dla Dan największym szokiem. Delia, która tak jej nie lubiła przyszła jej z pomocą. Dopiero po chwili spojrzała za nią. Okazało się, że dziewczyna trzymając za włosy nieprzytomną Afrodytę ciągnęła ją po ziemi za sobą.
            -Gdzie Adrian? – zapytał Max, gdy ruszyli.
            -Zniknął od razu, gdy skończyłam z tą lalunią. Zabrał gdzieś ze sobą tą całą Domino.
            Szli przez chwilę w całkowitej ciszy.
            -Czemu przyszłaś mnie ratować? – zapytała w końcu.
            Delia spojrzała na nią niczym na wariatkę.
            -A miałam może tego nie robić? Chciałaś zobaczyć, jak będziesz wyglądać, jako pieczeń? – Ucichła nagle, gdy Max posłała jej groźne spojrzenie. – Jestem w końcu Przeklętą Księżniczki nie? Mam obowiązek ratować naiwne, rude dziewczynki z łapsk jakiejś pindy, która układa się z Tori.
            -Dziękuję – powiedziała Dan, gdy w końcu wyszli na zewnątrz.
            Nie wiedziała, czy tamta usłyszała jej słowa, gdyż przyspieszyła ciągnąc Afrodytę po nierównym terenie. Poprosiła wtedy Maxa, aby postawił ją na ziemi. Chciała przejść ten odcinek sama. Nie wiedziała, co pragnęła udowodnić sobie i innym, ale skoro się uparła, to nic, ani nikt jej w tym nie przeszkodzi. Skorzystała jednak z pomocy ramienia Maxa, bo gdyby nie on, to zapewne już dawno leżałaby na ziemi. Niedaleko nich widziała grupkę osób, która robiła więcej hałasu, niż niejedna orkiestra. Do Dan dotarło, że to już koniec jej dzisiejszego koszmaru. Szybko jednak przekonała się, że nie powinna chwalić dnia przed zachodem słońca.
            Najpierw zobaczyła niewielkie poruszenie ręki Afrodyty, choć wtedy wmawiała sobie, że to, co widzi to tylko omamy. Po tym jej głowa również poruszyła się lekko, a zanim jej cała reszta. Już chciała powiedzieć Maxowi, że tamta się obudziła, lecz nie zdążyła. Afrodyta w mgnieniu oka wystawiła rękę w stronę Dan, z której wystrzelił jasny ognisty płomień. Dziewczyna stanęła sparaliżowana, nie mogąc nawet pomyśleć o tym, aby uciekać. W pewnym momencie ktoś popchnął ją na bok, przez co wywróciła się na ziemię i przeturlała kawałek dalej. Gdy podniosła głowę obaczyła scenę rodem z horroru. Całą sylwetkę Maxa okalały niczym jego własny strój, płomienie ognia. Słyszała jak krzyk. Dziewczyna nie mogła na to patrzeć, zatkała sobie uszy rękoma i schowała głowę między kolana. To jednak nic nie dawało. Nadal słyszała jego głos, nadal czuła gorąco ognia. Po chwili ktoś podniósł ją z ziemi i zaniósł w inne miejsce, tam gdzie nie czuła żaru. Ten ktoś szeptał do niej różne słowa, ale ona i tak nie potrafiła ich zrozumieć. Nie wiedziała tylko czemu, czyżby nagle straciła możliwość rozumienia wszystkich języków, czy może była tak otumaniona strachem. Głos jednak bez problemu poznała. Na początku wydawało jej się, że to Sebastian, szybko jednak rozwiała swą wątpliwość, gdyż głos na pewno nie należał do niego. Był to głos Remiego.
Minęło na prawdę dużo czasu, kiedy Dan postanawiała otworzyć oczy. Nie słyszała już głosu Maxa, nigdzie go też nie widziała. Powtarzała sobie w myślach, że on jest Przeklętym i nic nie może go zabić. Teraz, jak nigdy indziej miała nadzieję, że chociaż w tej kwestii jej nie okłamali.
Nagle dobiegł ją głos Zeusa.
-Czyżby, mój Hermesie, twoje nogi nagle przestały być złamane?
Dan tylko po to, aby nie myśleć o tym, co się stało spojrzała w ich stronę. Hermes stał o własnych silach. Jednak, gdy usłyszał pytanie Zeusa zrobił zbolałą minę.
-Aj, aj aj, jak mnie boli. – Powoli usiadł na swoim wózku. – Wiesz Zeusie, adrenalina i te sprawy.
Zeus spojrzał na niego miną pełną pożałowania.
-Chociaż teraz możesz przestać się wydurniać.
Hermes popatrzył na niego przez chwilę, po czym westchnął. Zaczął zdejmować ze sowich nóg gips tak, jakby to były tylko skarpetki. Po tym stanął boso na ziemi. Podszedł od razu do Afrodyty, która leżała na ziemi unieruchomiona przez Aresa. Gestem ręki kazał mu ją podnieść, potem sam stanął obok Zeusa.
Afrodyta stanęła przed nimi, trzymana rzecz jasna przez Aresa, z furią w oczach. Wyrywała się i próbowała uciec, ale to było na nic.
-Oj dziecko, dziecko. Czyżbyś już naprawdę postradała rozum? Układać się z kimś tak diabelnym jak Tori? Naprawdę chciałaś zostać wykorzystana przez nią, jako jej pionek?
Afrodyta spojrzała na niego zabijającym wzrokiem.
-Ty nic nie wiesz. Ona nie jest taka, jak ci się wydaje! Jest sto razy lepsza od ciebie!
Zeus zrobił minę, jakby te słowa go zabolały.
-Szkoda dziecko, że tak uważasz. To nie ja, a twoja Tori wysłała cię na pewną śmierć.
Dopiero wtedy do Afrodyty dotarło to, co za chwilę ma się wydarzyć. Zrobiła się blada na twarzy.
-Ona mnie pomści – powiedziała cicho, jakby nie była tego pewna.
Zeus przewrócił oczami.
-Gadaj zdrów.
Ktoś z tyłu podał Hermesowi miecz. Ten przez chwilę mu się przyglądał, po czym jego ostry koniec zwrócił w stronę Afrodyty.
-Skarbie, jak wylądujesz już w zaświatach, to wyślij mi pocztówkę. Chcę zobaczyć, jakie macie tam widoki.
Afrodyta chciała jeszcze coś powiedzieć, ale nie zdążyła. Miecz przeszył ją w pół. Dan zamknęła oczy. To jednak nie uchroniło jej przed śmiechem Zeusa.
-Już nie muszę szykować dla Domino tronu w sali obrad. Tron zwolnił się sam.
Jego słowa rozniosły się po okolicy, niczym echo.

Gdy Delia w końcu późnym wieczorem weszła do swojego pokoju, była wprost wykończona tym wszystkim, co działo się tego dnia. Może i Dan denerwowała ją tą swoją stanowczością i dziwnym przysposobieniem do życia, ale nigdy nie życzyła jej źle, nawet, jeżeli z ich zachowania można było wywnioskować coś innego. W końcu była ich Księżniczką, a ona bezgranicznie wierzyła w to, że w końcu ich wszystkich uratuje. Do tej pory widziała jej przerażoną, pokryta krwią i łzami twarz, gdy przy niej Zeus bezceremonialnie zabił Afrodytę. Nawet ona sądziła, że to, co zrobił było głupie. Dziewczyna zapewne nigdy nie widziała zabijania kurczaków, a co dopiero ludzi. To, co wydarzyło się dziś, na pewno odciśnie na niej duże piętno i na zawsze pozostanie w jej pamięci. Delia nawet zastanawiała się, czy Dan zechce kiedykolwiek wrócić tu na Olimp po tym, co się stało. Uważała jednak, że to było najlepsze rozwiązanie. Pewnie lata zajęłyby Tori, bądź jej Przeklętym, omamienie jakiejś kolejnej czarownicy, aby mogła pomóc wysłać jej Przeklętych na ziemię. A zresztą po tym przedstawieniu, które odstawił teraz Zeus wątpiła, aby ktokolwiek na to przystał. A Dan miałaby w końcu spokojnie życie. Mogłaby wyjść za mąż, niestety nie za mężczyznę, którego kochała, mogłaby mieć gromadkę dzieci, a po tym wnuków, mogłaby umrzeć ze starości, a nie uśmiercona przez kogoś. Delia właśnie takiego życia życzyła jej najbardziej.
Zdjęła buty z nóg rzucając je gdzieś, w kąt po tym ruszyła do łazienki. Odkąd pamiętała te pokoje naprawdę ją śmieszyły. Było tu wszystko – telewizor, laptop, internet, łazienka, już nie mówiąc o dużej ilości miejsca. Do tej pory zastanawiała się, po co Odwierni tam namęczyli się, aby stworzyć dla nich dom z takimi pokojami. Nigdy to nie było dla niej zrozumiałe. W łazience przemyła sobie twarz wodą, a po tym przyjrzała się sobie w lustrze. Nienawidziła tego, co zrobiła z nią Tori po jej przemianie. Nienawidziła patrzyć na te skrzela, które poruszały się w tych samych momentach, w których nos bądź usta pobierały potrzebne powietrze. Nienawidziła ich. Przez nie wiele ludzi porównywało ją do ryby. Delia spowiła swoją szyję iluzją, aby poczuć się choć trochę lepiej. To jednak za dużo nie dało. Nadal wiedziała, że tam są. Czuła je. Westchnęła głośno, po czym wróciła do pokoju. A tam czekała na nią prawdziwa niespodzianka.
Na jej łóżku siedział, jak gdyby nigdy nic, Cam. Bawił się kostką Rubika, która leżała na parapecie. Podniósł głowę dokładnie w momencie, w którym do pomieszczenia weszła Delia. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem.
-Co ty tu do cholery robisz? Ktoś cię zapraszał? – wysyczała Delia zabierając mu z ręki kostkę i odkładając ją na swoje miejsce.
Cam posłał jej dziwny uśmiech, który mógł oznaczać wszystko. Cieszyło ją jedno, nie odpowiedział tak jak to miała w zwyczaju Rayna, że przyszedł powspominać stare czasy. W tym przypadku to nie mieliby, co wspominać. Ona nigdy nie lubiła Cama i z wzajemnością. Co najwyżej mogliby powspominać swoją nienawiść i nienawistne spojrzenia, gdy na siebie patrzyli.
-Wynoś się stąd, zanim zawołam Shana, a on ci coś zrobi!
Cam skrzywił się słysząc imię, ale nie przestraszył się.
-O to, to ja się nie martwię. Nie ma go aktualnie w tym budynku. Z tego, co pamiętam to czuwa nad Daneą, która i tak nie chce go widzieć. Zresztą ja bym na twoim miejscu tego nie robił. Pamiętaj, że Tori nadal ma Tommiego i w każdej chwili może mu coś zrobić.
Na twarzy Deli nagle pojawiło się przerażenie.
-Nie próbuj nawet dotykać tą swoją zapchloną ręką Tommiego. On ma żyć! Ona mi to przecież obiecała.
Cam zaśmiał się szaleńczym śmiechem.
-Owszem moja siostra ci to obiecała, ale pamiętaj, oczekiwała od ciebie jakiejś zapłaty za to. Powiedzmy na przykład zabicia tej przeklętej Dan.
Delia pobladła jeszcze bardziej.
-Chyba śnisz! W życiu tego nie zrobię. Ja jej służę! Nie jestem taka jak ty, nie przeskakuję od jednej do drugiej tylko po to, aby się jak najlepiej ustawić! Ja nie jestem tobą!
Cam wstał ze swojego miejsca posyłając jej półuśmiech.
-Radziłbym ci, abyś jeszcze to przemyślała. No chyba, że chcesz się raz na zawsze pożegnać z życiem Tommiego.

Po tych słowach wyszedł, zostawiając dziewczynę z jej własnym przerażeniem i myślami.
***
No więc jestem! cieszycie się? xd Tak jak wcześniej wspominałam miałam niewielkie problemy z internetem i dopiero kilka dni temu mi go podłączyli. tak jak zawsze czekało tam na mnie pełno nieprzeczytanych rozdziałów  tak więc musicie uzbroić się w cierpliwość i poczekać aż wszystko nadrobię. acha i nie będę na razie niczego komentowała bo nie mam na to zbytnio czasu. gdy już nadrobię wszystko wrócę do komentarzy xd
Pozdrawiam

5 komentarzy:

  1. Ten alarm obudziłby umarłego. Nie dziwne, że Dan rozbolały uszy...

    Rozdział jest ciekawy, nie ma co. Czytało się przyjemnie. Zastanawia mnie wiele rzeczy, ale wiem, że zapewne w niedługim czasie moje pytania znajda odpowiedzi.

    "-Wynoś się stąd, zanim zawołam Shana, a on ci coś zrobi!" - szantaż zawsze spoko xDDD

    W ogóle to Afrodyta rozwala system. Na początku myślałam, że to będzie taka lalunia, a tu jest zupełnie inna. Łał... :)

    Pozdrawiam.
    http://nowa-prawda.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak takie alarmy są straszne. Ja mam obok domu straż pożarną i gdy zaczyna wyć to jest katastrofa. Uwielbiam jak nic nikt nie rozumie xd to moja specjalność.! Wtedy chociaż wiem ze jestem wstanie kogoś zaskoczyć. Szantaż zawsze spoko xd szczególnie gdy coś bardzo się chce albo nie chce.
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Ech, dobrze, że alarm nie okazał się czymś o wiele gorszym, chociaż napaść Afrodyty na Dan, podczas gdy przeklęci podłożyli ogień pod budynek obrad, też nie można nazwać niczym dobrym - no ale lepsze to, niż np. najazd na Olimp przeklętych Tori, co mogłoby się skończyć znacznie tragiczniej dla wielu osób, nie tylko dla Dan.
    Miałam nadzieję, że przyjdzie jej ktoś z pomocą i się nie rozczarowałam. Cóż, Afrodyta dostała za swoje, tylko szkoda, że miało to miejsce na oczach Dan, która przez to może mieć niezłą traumę. W ogóle rozwalił mnie tekst o wysłaniu pocztówki z zaświatów. Hermes jest jak zwykle niezawodny pod względem swojego poczucia humoru ;>
    Delia... cóż widać, że nie życzy Dan niczego złego, ale kiedy w grę wchodzi Tommy, być może faktycznie posunie się do współpracy z Tori i tym razem to ona zabije księżniczkę. Ciekawe, co tym razem wymyśliłaś.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie masz racje zawsze mogło być gorzej choć to co się wydarzyło do miłych nie należało.
      O to się nie martw zazwyczaj (chociaż może wcale nie tak często xd) ktoś będzie przychodzić i ją ratować. Trauma oczywiście pozostanie, przekonasz się o ty w następnym rozdziale.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Jestem gotowa na zostanie betą. Obejrzył mój blog, czy podoba Ci się mój sposób pisania: http://kawalekzycianarkomanki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

wykonała Anaya