niedziela, 9 czerwca 2013

III. Rozdział 2

„W życiu nigdy wszystko naraz nie układa się dobrze”
Andrzej Ziemiański

            Następnego dnia Dan obudziły jakieś dziwne odgłosy dochodzące gdzieś z głębi jej pokoju. Nie miała ani siły, ani ochoty, aby zobaczyć, kto to i co robi, wiec zakryła tylko twarz poduszką tak, aby zagłuszyć wszystkie możliwe dźwięki. To jednak dużo jej nie pomogło, nadal słyszała szeleszczenie i głośne kroki. Niekiedy nawet zdarzyło się jej usłyszeć czyjeś, niezrozumiałe dla niej słowa. W końcu po prawie pięciu minutach męczenia się z tymi odgłosami Dan odrzuciła z twarzy poduszkę, podparła się na łokciach, aby zobaczyć, kto to buszuje po jej pokoju i co najlepszego robi. Gdy już jej wzrok przyzwyczaił się do jasności zauważyła Elaine, która stała koło jej szafy i czegoś tam szukała. Dziewczyna miała ochotę rzucić parę niecenzuralnych słówek w kierunku przyjaciółki. Dan była niewyspana, choć w pewien sposób bardzo szczęśliwa. Poprzedniego dnia przesiedziała z Maxem prawie cztery godziny, a gdy tamten już wyszedł, zegarek pokazywał trzecią nad ranem. Dziewczyna od razu zasnęła, a teraz po kilku godzinach snu zbudziła ją grzebiąca w szafie Elaine.
            -Co ty robisz? – zapytała cichym i zaspanym głosem. Miała tylko nadzieję, że to, co tamta robi nie zajmie jej zbyt dużo czasu i w końcu wyjdzie zostawiając Dan sam na sam z łóżkiem i poduszkami.
            Elaine nawet nie odwróciła się w jej stronę. Ba, ona nawet nie wzdrygnęła się słysząc znienacka głos Dan.
            -Szukam ci czegoś do ubrania – powiedziała, jakby to była najbardziej oczywista informacja na całym świecie. – Musisz przecież jakoś wyglądać na śniadaniu.
Dan popatrzyła na nią ze zdziwieniem. Chciała zapytać jakaż to okazja jest, że musi się wystroić, ale uniemożliwiło jej własne i nieoczekiwane ziewnięcie. Gdy w końcu się o to spytała Elaine wyciągnęła już z szafy czarno białą sukienkę, przylegającą w całości do ciała, z kokardą z boku.
-Z żadnego – powiedziała kładąc ubranie na łóżku.
-Na śniadanie to ja mogę iść w piżamie – stwierdziła Dan wzruszając ramionami. Nie miała ochoty teraz nigdzie iść, chciała tylko spać.
Elaine popatrzyła na nią przez chwilę nad czymś się zastanawiając, po czym westchnęła.
-Zabieram cię do nas na śniadanie.
Dan przez chwilę patrzyła na nią, nie bardzo rozumiejąc, o co jej chodziło. Dopiero po chwili lampka w jej głowie zaświeciła się. Nie miała jeść wraz z bogami w ich wielkiej jadalni, miała iść wraz z Elaine do wielkiego budynku, który zamieszkiwali Przeklęci i zjeść wraz z nimi. Ta informacja przez pierwszą chwilę ucieszyła Dan, po chwili jednak zaczęły nachodzić ją wątpliwości.
-Zeus o tym wie? – zapytała mając nadzieje, że zdoła przekonać dziewczynę do zmienienia tej decyzji. Bała się tego.
-Oczywiście, że tak – powiedziała Elaine, a na jej twarzy pojawił się uśmiech, który oznaczał, że wie. – Z samego rana poszłam do niego. Był jeszcze bardziej nieprzytomny niż ty w tej chwili. Zgodził się. Nie wiem tylko, czy zrozumiał do końca, o co go prosiłam, ale mam nagranie, więc nic nie jest w stanie mi zrobić.
Dan wiedziała, że jeden z jej argumentów już nie przejdzie. Trzeba było wymyśleć jakiś inny.
-Kto to wymyślił? – zapytała po chwili. Miała tylko nadzieję, że będzie to osoba, o której myśli.
-Max – powiedziała od razu, a Dan miała ochotę zacząć na nią krzyczeć.
Wiedziała, że nawet, jeżeli poprosiłaby go, aby to wszystko odwołał, to i tak by tego nie zrobił. Max z natury był strasznie wredny, szczególnie dla niej. Nic nie pomogłyby żadne prośby, ani błagania. Pewnie byłoby nawet gorzej, niż jest dotychczas.
-A co z Sebastianem? – zapytała po raz ostatni. Wiedziała, że jeżeli odpowiedź  nie będzie satysfakcjonująca, to nie będzie potrafiła wymyśleć innego argumentu, oprócz próśb skierowanych do Elaine.
-Nic – powiedziała wzruszając ramionami. – Gdy wczoraj wrócił, od razu chciał iść spotkać się z tobą, ale było już późno, więc mu nie pozwoliłam. Szkoda, że nie wiedziałam, że przebalowałaś prawie cała noc z Maxem. Teraz śpi jak małe dziecko i pewnie żadne fanfary by go nie obudziły. Do południa nie masz co liczyć, że go zobaczysz. A po tym, kto wie, może Hermes nie zagoni go do roboty.
Dan miała ochotę krzyczeć. Nie udało się. Sebastian jej nie uratuje. Pozostało jej ostatnie, co mogła zrobić.
-Muszę iść? – zapytała, a Elaine słysząc to wybuchła śmiechem. – Nie bardzo mam na to ochotę.
Gdy tamta w końcu się uspokoiła, spojrzała na nią przepraszająco.
-Gdy teraz się cofniesz, bo się czegoś obawiasz, wątpię, abyś w przyszłości była w stanie to zrobić. Lepiej żebyś poszła pierwszego dnia, przetrwała go, a po tym mogła wychodzić bez żadnego ostrzeżenia, gdzie tylko chcesz, niż przez resztę czasu siedzieć tylko w czterech ścianach.
Dan nie odpowiedziała. Wygrzebała się z łóżka, złapała za sukienkę, którą miała ułożoną na łóżku, po czym ruszyła do łazienki. Tam wykonała poranną toaletę, ubrała się w to, co zabrała ze sobą i rozczesała włosy. Gdy wyszła Elaine już przygotowała jej baleriny. Dan nic nie mówiąc wyszła na korytarz. Tam zdziwiła się bardzo, bo zobaczyła opartego o ścianę Maxa.
-Stałeś tu przez cały czas? – zapytała Elaine zamykając za Dan drzwi.
Dan miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Wychodzi na to, że ten imbecyl przyszedł z Elaine z samego rana i większość tego czasu spędził na korytarzu przed jej pokojem.
-Nie, tylko większość – rzucił nic sobie nie robiąc z min dziewczyn. – Przez drugą połowę przyglądałem się temu oto wazonowi.
Obie podążyły wzrokiem za jego palcem, który był skierowany na czarny, stary wazon. Nikt już nie pytał się o nic więcej. Ruszyli do wyjścia. Gdy wyszli na zewnątrz, Dan z lekka się zdziwiła. Nigdy tak naprawdę nie widziała tego miejsca na zewnątrz, zawsze przebywała tylko w tym jednym budynku. Teraz to wszystko poraziło ja swoją wielkością. Budynki były o wiele większe, niż gdy patrzyła na nie przez okno. Trawa o wiele bardziej zielona, a niebo jeszcze bardziej niebieskie niż dotychczas. Dan rozglądała się dookoła chcąc pochłonąć każdy szczegół tego magicznego miejsca. Odwróciła się w stronę budynku, z którego wyszła. Nie był tak duży jak pozostałe, ale za to najpiękniejszy. Zbudowany był z białego kamienia, którym był zapewne marmur. Po prawej stronie zobaczyła szklany korytarz, a po tym budynek mieszkalny bogów połączył się w salą obrad, która przypominała Dan jej rodzinne strony. Był niczym panteon, tylko, że oszklony i nieprzepuszczający obrazów z wewnątrz na zewnątrz.
Dan idąc chłonęła obrazy, które widziała dookoła. Zakochała się w pięknym ogrodzie, o którym często opowiadała jej Afrodyta, w fontannie stojącej na środku dziedzińca, podobał się jej nawet piaszczysty brzeg morza, który oblewał z każdej strony Olimp. Po drodze dziewczyna mijała też jeden budynek o dość niewielkich rozmiarach. Dowiedziała się od Maxa, że tam mieszkają Odwierni. Dan dość często o nich słyszała, ale nie interesowali ją tak, jak Przeklęci. Odwierni byli ludźmi, którzy urodzili się z jakimś magicznymi zdolnościami, niektórzy nawet z darem nieśmiertelności. Przypadał im ten tytuł dopóki nie sprzeciwili się w jakiś sposób swojej władzy, a po tym zostawali wygnani. Z tego, co wiedziała Dan, większość z nich mieszkała na ziemi w różnych czasach. Ci, którzy jednak nie chcieli, dostawiali swoje miejsce tu na Olimpie. Dan nie wiedziała czemu, ani po co mieliby być tu potrzebni. W sumie to i tak nie za bardzo ją to interesowało.
Na samym końcu przyjrzała się budynkowi, który był największy ze wszystkich. Zbudowany z czerwonej cegły, miał dwa piętra. Max od razu wytłumaczył jej, że na parterze znajduje się jadalnia, kuchnia i inne takie rzeczy. Powiedział jej też, że od środka pierwsze i drugie piętro jest przedzielone murem. Całe prawe skrzydło zajmowali Przeklęci Księżniczki, a lewe Twórczyni. Wytłumaczył jej, że jest to zrobione po to, aby nie dochodziło do żadnych konfliktów. Ci, którzy nie wybrali żadnej ze stron, mieszkali na parterze i cały czas trzymali się w odosobnieniu.
Gdy Dan przekroczyła próg tego budynku poczuła ukłucie strachu. Bała się reakcji Przeklętych na to, że pojawi się w miejscu, które jest dla nich przeznaczone. Bała się tego, jak zareagują na jej obecność. Bała się wielu rzeczy, choć starała się tego nie okazywać. W środku budynek ani trochę nie różnił się od tego, w którym mieszkali bogowie. Był tak samo urządzony. Dan czuła w tym palce Afrodyty.
Gdy weszli do jadalni nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Najpierw jej przybycie zauważyły nieznaczne osoby. Po chwili jednak wiedzieli już o tym wszyscy. Rozmowy nagle ucichły. Wiele par oczu wpatrywało się w nią. Większość z nich miała na twarzy wymalowane zdziwienie. Jednak na niektórych widziała pogardę, złość i nawet niekiedy radość. Elaine popchnęła ją dając od zrozumienia, że ma iść dalej. Dziewczyna przełknęła ślinę, opuściła głowę, ale zgodnie z poleceniem ruszyła dalej. Max zaprowadził ją do pustego stolika, które stało koło wielkiego okna. Przeklęci nie byli już tacy cisi, wszyscy rozmawiali. Jedni szeptem, drudzy głośniej. Dan zdawała sobie sprawę o czym – o niej samej.
Usiadała do reszty zgromadzenia tyłem tak, aby nie musieć oglądać tych wszystkich twarzy. Max i Elaine usiedli naprzeciwko niej. Dan zdziwiła się, nikt nie roznosił żadnego jedzenia, nie widziała też żadnego bufetu, ani niczego w tym rodzaju. Na stole też nic nie stało, prócz białych talerzy i kubków. Nie minęła chwila, gdy zobaczyła na swoim dwie kanapki, na których miała narysowane uśmiechnięte buzie. Ze zdziwieniem spojrzała na Elaine i Maxsa. Na ich talerzach też pojawiły się kanapki, tylko, że każda była inna.
Elaine widząc zdziwienie dziewczyny uśmiechnęła się leciutko.
-Nie wiem, na czym to polega – powiedziała, aby rozwiać jej wątpliwości. – Zeus stwierdził, że bez sensu jest zatrudniać jakąś kucharkę, skoro i tak każdy będzie marudzić. Tak wiec jedzenie pojawia się na talerzach w magiczny sposób - zawsze to, na co masz akurat ochotę.
Dan pojrzała na jej kanapki nieufnie. One jednak nadal patrzyły się na nią swoimi oczami. Wzięła jedną z nich i zaczęła jeść. Wsłuchiwała się w rozmowę swoich towarzyszy, nic z niej nie rozumiejąc.
Gdy skończyła jeść pierwszą i sięgnęła po tą drugą poczuła za swoimi plecami czyjąś obecność. Ci, którzy siedzieli z nią przy stoliku przestali rozmawiać. Elaine wpatrywała się w kogoś, kto stał za placami Dan, a Max w swoje kanapki, jakby czegoś nam szukał. Dziewczyna odwróciła się lekko, aby przyjrzeć się tej osobie. Zobaczyła wysoką dziewczynę, która zabijała ją wzrokiem.
-Zajęłaś mi miejsce – wysyczała, a wzrok miała taki, że Dan cieszyła się, że nie może zabijać.
Przyjrzała się jej bliżej. Miała brązowe, lekko kręcone włosy i miodowe oczy. Jej twarz miała ostre rysy, przez co Dan zrozumiała, że nie powinna z nią zadzierać. Mimo groźnego wyglądu była bardzo ładna. Pierwszą rzeczą, która świadczyła o tym, że dziewczyna jest Przeklętą, były skrzela, które znajdowały się na jej szyi. Na palcach u rąk było widać cienką błonę, która błyszczała, gdy padało na nią światło.
Gdy Dan miała zamiar wstać, aby ustąpić tamtej miejsca, głos odzyskała Elaine.
-Delia, daruj już sobie. Jak Dan raz usiądzie na twoim miejscu, nic nikomu się nie stanie.
Dziewczyna popatrzyła na nią groźne, ale już po chwili usiadła obok Dan. Ta natomiast poczuła, jak strużka ziemnego potu spływa po jej karku. Wiedziała, że już jej podpadła, a to nie wróżyło niczego dobrego. W ekspresowym tempie pochłonęła swoją kanapkę, po czym spojrzała błagalnym wzrokiem w kierunku Maxa. On jednak zdawał się nie zauważać tego, za co Dan chciała go zabić. Obawiała się tego, co może robić Delia.
Miała rację, nie minęła nawet minuta, gdy dziewczyna znów zaczęła mówić.
-Elaine powiedz mi, czemu przyprowadziłaś tego człowieka tutaj. – Palcem pokazała na Dan. – Nie wydaje mi się, aby była dla mnie odpowiednim towarzystwem.
Dan miała wielką ochotę jej odpowiedzieć, ale uciszył ją wzrok Elaine, który mówił, jedno – ma siedzieć cicho, bo może się to źle skończyć. Zacisnęła, więc tylko ręce w pięści.
-Co to w ogóle jest? – zapytała Delia łapiąc za kosmyk jej włosów. – Toć to ja mam już ładniejsze pod pachami, niż te, które ty masz na głowie. I jeszcze, co to za kolor. Wiesz, że kiedyś, choć z twojej marnej perspektywy w przyszłości, rudy był przypisany dla dziwek? – Delia nachyliła się nad jej uchem. – Powiedz mi, a ty nią jesteś?
Elaine zareagowała błyskawicznie. Wstała ze swojego miejsca gromiąc Delie wzrokiem.
-Wynoś się od naszego stolika! – wysyczała w jej stronę. Tamta spojrzała na nią hardo.
-A co mi zrobisz, jak tego nie zrobię? – zapytała, a na jej ustach rozbłysnął wredny uśmiech.
-Ty doskonale wiesz co.
Dan zdziwił fakt, że to podziałało. Delia wstała ze swojego miejsca i szybkim krokiem opuściła jadalnię. Dziewczyna wpatrywała się jeszcze przez chwilę w miejsce, w którym tamta zniknęła.
-Przepraszam cię za nią – powiedziała Elaine siadając. – Ona jest trudna.
-Zauważyłam – mruknęła Dan. – Czemu ona tu z wami siedzi?
Elaine pokiwała głową.
-Jest jedną z pierwszej siódemki, tak jak ja, Sebastian czy Adrian. Po za tym stoi po stronie Księżniczki razem z nami, czyli nie możemy jej niczego zabronić.
Dan patrzyła na nią zdziwiona. Tego się po niej nie spodziewała. Wcześniej wmawiała sobie, że tylko Przeklęci po stronie Twórczyni będą wredni dla niej. A tu proszę, wyszło odwrotnie.
-Choć tak naprawdę z tym jej staniem, to nie jest tak dosłownie – powiedział Max prawie szeptem. – Mówi głośno, że popiera Księżniczkę, ale po niej można się wszystkiego spodziewać. Sama Twórczyni ma coś, czym może ją szantażować. – Po chwili dodał: - Wydaje mi się, że powinnaś trzymać się od niej jak najdalej.
Dan pokiwała głową. Taki układ to się jej podobał.
Siedziała tam jeszcze niecałe pięć minut. Po tym wraz z Elaine wyszła na zewnątrz. Max zostawił je mówiąc, że niedługo do nich dołączy. Szły przez dziedziniec w ciszy. Dan poczuła kolejne ukłucie niepokoju, gdy zobaczyła zbilżające się w ich stronę dwie sylwetki. Spojrzała na Elaine, ale jej twarz była nieprzenikniona. Im byli bliżej, tym Dan potrafiła stwierdzić więcej szczegółów. Wiedziała, że w ich stronę idzie chłopak i dziewczyna.  Jej towarzyszka złapała ją za łokieć i przyspieszyła. Gdy mieli już koło nich przejść Dan odbiła się od niewidzialnej bariery, która pojawiła się przed nią. Spojrzała z przerażeniem na Elaine.
-Czego chcesz Alice? – zapytała nadal trzymając rękę na jej łokciu.
Dan przyjrzała się dziewczynie, do której były skierowane słowa. Miała długie, czarne i proste włosy. Grzywka opadała jej na oczy, które miały szarozielony odcień. Nie była Przeklętą, nie miała żadnych znaków, które by o tym świadczyły.
-Chciałam się tylko przywitać – powiedziała przymilnym tonem.
Elaine niechętnie ją puściła.
Czarnowłosa uśmiechnęła się do niej. Dan nie zobaczyła w tym uśmiechu niczego, co mogłoby świadczyć, że dziewczyna ma złe zamiary.
-Jestem Alice Rivers – powiedziała wyciągając do niej rękę. Dan ścisnęła ją. – Ty jesteś pewnie Dan, słynna córka Zeusa. A to – pokazała na chłopaka stojącego obok niej – Remi Blanchard.
Dan przez chwilę wpatrywała się w nią nie wiedząc, co ma zrobić.
-Kim jesteście? – rzuciła pierwsze pytanie, które tylko wpadło jej do głowy.
Alice zaśmiała się. Remi jednak nie zrobił nic. Nadal stał w miejscu z szeroko oczami oczami wpatrującymi się w Dan. Jego twarz była niczym książka, można było wyczytać w niej wszystkie jego emocje. Zdziwienie, radość i strach. To były te, które dominowały.
-Jestem czarownicą – powiedziała, jak gdyby nigdy nic Alice.
Najpierw Dan zrozumiała, że to ona musiała stworzyć mur, który się przed nią pojawił. Po tym jednak dotarł do niej jeden dziwny fakt. Choć Odwierni byli czarownikami, to żadne z nich tak o sobie nie mówiło. Woleli to drugie określenie. Alice jednak go nie użyła.
-Nie jesteś Odwierną? – zapytała obawiając się odpowiedzi.
-Nie – odpowiedziała jej wzruszając ramionami. – Nigdy nie dostałam tego tytułu, a to wszystko przez to, że Tori jest moją matką.
Dan spojrzała na nią z szeroko otwartymi oczami.
-Kim jest Tori? – zapytała próbując sobie przypomnieć, czy ktoś kiedykolwiek wspomniał przy niej to imię.
Alice spojrzała na nią zdzwiona.
-Nie wiesz? – Dan potwierdziła. – No to widać, że nie jesteś zbyt dobrze poinformowana. Tori to Twórczyni.
Dan zdziwiła się tym faktem. Alice nie wydawała się zła, była dla niej całkiem miła.
-Nie jesteś Odwierną, bo twoja matka stworzyła wszystkich Przeklętych? – zapytała, aby dowiedzieć się, czy dobrze zrozumiała.
-Nie wszystkich, nie wszystkich. Jednego nie. – Pokazała na Remiego. – Tego ciołka, który stoi i wpatruje się w ciebie, jakby zobaczył swoją zmarłą siostrę, stworzyłam ja. A co do reszty,  to się niestety zgodzę.
Dan przez chwilę było jej żal. Została obarczona tym wszystkim, co zrobiła jej matka. W tym też momencie Elaine pociągnęła ją w swoją stronę. Dan zdążyła tylko krzyknąć w ich stronę pożegnanie, a po tym ruszyła wraz z Elaine w stronę, w którą zmierzały.

            Jakiś czas później Dan siedziała w swoim pokoju, z rozłożoną na kolanach książką oprawioną w twardą, czerwoną oprawkę. Tę książkę dostała chyba na swoje trzynaste urodziny od Adriana, ale nigdy nie miała ochoty na jej przeczytanie. Teraz jednak, przez to, co powiedziała Alice od razu po przybyciu do pokoju złapała za nią i zagłębiła się w lekturze.
            Od zawsze fascynowały ją opowieści o Przeklętych. Adrian podarował jej więc spisane na papierze wszystkie ich historie, które kiedykolwiek jej opowiedział. Powiedział, że to będzie pamiątka po nim, gdy już się przeniosą do innych czasów. Dan nie chciała do siebie przyjąć tego, że oni w każdej chwili mogą po prostu zniknąć. Dlatego też wtedy schowała ją najgłębiej jak się tylko dało. Teraz wyciągnęła ją i żałowała, że wcześniej już się za nią nie wzięła. Co prawda całość była napisana w języku angielskim, ale to nie był żaden problem dla Dan. Gdy przybywała na Olimp mogła porozumiewać się we wszystkich możliwych językach. Gorzej było, gdy wracała znów do swoich czasów, nie pamiętała żadnego słowa w językach, w których mówiła tu.
            Czytając tę książkę dowiedziała się wielu rzeczy, o których żadne z Przeklętych nigdy wcześniej jej nie mówiło. Dowiedziała się, jak ma na imię Twórczyni, kim była Księżniczka zanim została Przeklętą. Żałowała tylko tego, że nie podali jej imienia. Zapisała sobie w głowie, że będzie musiała się o to niedługo zapytać.
            Czytanie Dan przerwało głośne pukanie do drzwi. Dziewczyna podniosła oczy, popatrzyła na drzwi, które w tym momencie były jej największym wrogiem, po czym znów utkwiła wzrok w książce.
            -Elaine, rano to wchodzisz do pokoju bez pukania, a teraz to co? Ręką próbujesz je wyważyć? – krzyknęła w stronę drzwi, gdy ponownie usłyszała pukanie.
            To musiała być Elaine, nikogo innego się nie spodziewała. Gdy usłyszała skrzypienie drzwi, uśmiechnęła się pod nosem. Czyli to jednak ona. Po chwili jednak doszła do wniosku, że coś jej nie pasuje. Elaine wchodząc zawsze robiła dużo hałasu, albo krzyczała na nią od progu, a gdy była szczęśliwa nuciła jakieś piosenki. Teraz jednak Dan nie usłyszała niczego charakterystycznego dla jej przyjaciółki. Postanowiła, więc podnieś głowę, aby zobaczyć, czy to jednak Elaine, czy może jakiś nieproszony gość.
            Gdy spojrzała na przybysza, od razu zorientowała się, że to na pewno nie jest jej przyjaciółka. Patrzyła przez chwilę na tę osobę, jakby nie mogła uwierzyć w to, że jest to naprawdę ta osoba, którą widzi. Po tym rzuciła trzymaną wcześniej książkę na łóżku, zerwała się z niego i niczym wypuszczona z procy rzuciła się na szyję osobie, która ją odwiedziła. Z wielką przyjemnością wtuliła się w nią, wdychając jej znajomy zapach.
            -Tęskniłam za tobą – powiedziała po dość długiej chwili.
            Usłyszała cichy śmiech tuż koło swojego ucha.
            -Przecież widzieliśmy się zaledwie tydzień temu – odpowiedział jej w końcu puszczając ją. Dan odsunęła się od niego z niechęcią.
            -Tydzień to za długo – powiedziała uśmiechając się szeroko.
            Przed nią, we własnej osobie stał Sebastian. Stojąc naprzeciwko niego zastanawiała się, w którym to momencie swojego życia zakochała się w nim tak, że tydzień był dla niej wiecznością. Od najmłodszych lat pamiętała przydługawe, jasnobrązowe włosy, zielone oczy, które zawsze patrzyły na nią z miłością. Wiedziała, że był Przeklętym, który stanął po stronie Księżniczki. Wiedziała, że jest jednym z pierwszej siódemki. Nigdy jednak nie dowiedziała się, w jaki sposób został przemieniony. Kiedyś, gdy zaczynała ten temat, on zawsze robił coś, że tamta zapominała o tym, co chciała się zapytać. Teraz już nawet nie miała siły i ochoty zaczynać tego tematu.
            Wraz z Sebastianem rozłożyła się na łóżku.
            -Co tam wczoraj porabiałeś? – zapytała przypominając sobie, że teraz on robił za zastępcę Hermesa.
            Sebastian wzruszyła ramionami.
            -Byłem tu i ówdzie. Poroznosiłem kilka ważnych listów i przesyłek. W sumie to nudy. – Po chwili spojrzał na nią podejrzanym wzrokiem. -  A ty skąd o tym wiesz?
            Dan uśmiechnęła się do niego triumfalnie.
            -Byłam wczoraj na obradach i widziałam tą całą maskaradę na własne oczy.
            Spojrzał na nią, a w jego oczach zaczęły tańczyć iskierki.
            -Słyszałem, że wymusiłaś na Zeusie miesięczny pobyt tutaj. – Dan pokiwała głową zadowolona z siebie. – To fajnie, będę miał cię dla siebie na dłużej.
            Prawda była taka, że ta dwójka mogła spotykać się tylko, gdy Dan była na Olimpie. Kiedyś Sebastian wymusił na jakiejś czarownicy mieszającej tu, aby go wysłała do czasów, w których żyła Dan. Do teraz pory pamiętała minę jej babki, gdy po środku ich salonu tak po prostu się pojawił. Do tego wszystkiego miał na sobie normalne ciuchy. Nie kwapił się nawet, aby ubrać coś z jej czasów. Po tym pojawił się kolejny problem. Ona mieszkała w Atenach, czyli mówiła go grecku, on za to ani trochę nie znał tego języka. Dość szybko wyszło na jaw to, co zrobił. Zeus wściekł się wtedy na niego nie na żarty, po tym wysłał go na przymusową naukę u Hermesa. Tamten od razu to wykorzystał obciążając swojego ucznia większością swoich obowiązków.
            Sebastian niespodziewanie przysunął się do niej. Obiął jej twarz jedną ręką, po czym przyciągnął do siebie i pocałował. Dan przez chwilę zdziwiona nie zrobiła nic. Szybko jednak się opamiętała i zaczęła oddawać mu pocałunki. Jego usta smakowały słodko, niczym jeden z jej ulubionych deserów. Pocałunki, które z początku były delikatne i słodkie, już po chwili stały się natarczywe i przepełnione namiętnością. Dan przez ilość doznań, które temu towarzyszyły nie wiedziała nawet, w którym to momencie zdjęła Sebastianowi koszulę, w której tu przyszedł.
            Jednak tą piękną chwilę przerwał dziwny dźwięk. Głośne i natarczywe pikanie, które wydobywało się z kieszeni chłopaka. Tamten z prędkością, niczym piorun odsunął się od Dan i sięgnął do kieszeni wyjmując stamtąd urządzenie, które z tego, co pamiętała Dan nazywało się telefonem. Sebastian patrzył przez chwilę na jego ekran, po czym zaklął siarczyście. Wstał z łóżka Dan i sięgnął po swoją koszulę, która znajdowała się na ziemi.
            -Przepraszam cię księżniczko – powiedział zapinając guziki. – Muszę wysłać jakąś pilną paczkę dla Zeusa. Wiesz doskonale, że on jest strasznie niecierpliwy.
            Dan strasznie nie lubiła, gdy nazywał ją swoją księżniczką. Uważała, że przecież księżniczkę ma tylko jedną, wiec jej już nie powinien tak nazywać. Jak widać jej prośby nie wpłynęły na niego w żaden sposób.
            Nie zdenerwowała się zbytnio słysząc o humorach Zeusa. O tym akurat mogła przekonać się na własnej skórze. Na pożegnanie pocałował ją jeszcze szybko, po czym wyszedł zamykając za sobą drzwi.

            W San Francisko, na terenie USA była niezmiernie piękna pogoda, choć był środek października. Słońce grzało niczym w lecie. Ludzie albo nie wychodzili w tym czasie z domów, albo spotykali się w niewielkich grupkach, najlepiej przy dużych plażach.
            Właśnie w takim miejscu siedział w tej chwili Shane. Wpatrywał się w swoją zimną puszkę coli, jakby oczekiwał, że za chwilę zmieni kolor, bądź pojawią się na niej jakieś ciekawe napisy. Nic takiego się jednak nie stało, wiec ze zrezygnowaniem spojrzał na dziewczynę siedzącą naprzeciwko niego. Elaine w dużych okularach przeciwsłonecznych wpatrywała się w coś, co znajdowało się po prawej stronie. Nie zwracała najmniejszej uwagi na swojego towarzysza, który odkąd wyruszali z Olimpu zmarkotniał. Domyśliła się, że pewnie w czymś mu przerwała, na przykład w obściskiwaniu się z Dan, ale najmniej ją to w tym momencie interesowało. Mieli tu pewną sprawę do załatwienia.
            W pewnym momencie do ich stolika podeszła młoda dziewczyna przynosząc im gofry, które zamówili jakiś czas temu. Elaine spojrzała na nią zdziwiona, powinna zawołać ich numerki, a nie przynosić im ich zamówienie do stolika. Po chwili jednak zorientowała się, czemu dziewczyna to zrobiła. Wpatrywała się w Shanea cielęcym wzrokiem. On jednak nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi, nadal wpatrując się w swoją puszkę. Po chwili ze zrezygnowaniem odeszła od ich stolika.
            -Człowieku, przestań się w tak wpatrywać w tą puszkę, bo samym wzrokiem zrobisz w niej dziurę – powiedziała podsuwając w jego stronę talerzyk z gofrem. – Jedz.
            Shane popatrzył na niego niczym na swojego największego wroga, po czym znów zaczął bawić się swoją puszką. Elaine westchnęła głośno, a następnie sama zajęła się swoim, pełnym kremu i owoców.
            -Ludzie, co wy tacy smutni siedzicie? Życie jest przecież piękne!
            Elaine ze zdziwieniem podniosła głowę do góry, po czym uśmiechnęła się szeroko. Koło ich stolika pojawił się Adrian. Nie minęła chwila, gdy rozsiadł się na wolnym siedzeniu. Popatrzył tęsknie na gofra stojącego przed Shanem.
            -A dla mnie nie zamówiliście? – zapytał.
            Shane spojrzał na niego niczym na największego wariata świata.
            -Czyżby tutejsze słońce ci zaszkodziło? – odpowiedział mu pytaniem na pytanie.
            Mierzyli się przez chwilę wzrokiem. Adrian jednak szybko odpuścił. Wyczuł chyba, że jego przyjaciel nie ma najmilszej ochoty na żadne żarty.
            -Domino nie przyszła z tobą? – zapytała Elaine, aby odciągnąć go od kaprysów Shanea.
            -Oczywiście, że przyszła – powiedział to i wskazał na niewielki plac zabaw, który mieścił się zaraz koło ich kawiarni. – Siedzi tam. Nie chciała tu przyjść, bo wiesz doskonale – spojrzał kątem oka na Shanea – jakie są ich relacje.
            Elaine pokiwała głową, po czym spojrzała na chłopaka. Tamten w ogóle nie zorientował się, że mówili coś na jego temat. Adrian odchrząknął głośno, aby zwrócić na siebie jego uwagę.
            -I co tam w wielkim świecie? – zapytał, a oboje spojrzeli na niego, jak na wariata. – No na Olimpie – powiedział lekko zirytowany, że nie zorientowali się, o co mu chodzi. – Nadal każesz sobie mówić na siebie Sebastian, zamiast Shane?
            Chłopak udał jednak, że w ogóle nie dosłyszał tej sarkastycznej końcówki.
            -Dan przez najbliższy miesiąc będzie obywatelką Olimpu – powiedział nie owijając w bawełnę.
            Adrian zakrztusił się colą, którą chwilę temu zwinął z przed nosa Shanea i zaczął pić nie pytając jego właściciela o pozwolenie. Po tym popatrzył na swoich towarzyszy z niedowierzeniem. Przez następną chwilę próbował coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie wydobyły się z jego ust. Gdy w końcu zdołał z siebie coś wyksztusić, był to tylko jeden wyraz i do tego dość niecenzuralny. Oparł się gwałtownie o siedzenie i przez moment wpatrywał się w niebo.
            -Jak ona to zrobiła? Przywiązała Zeusa do krzesła i pogroziła paralizatorem, który jej kiedyś dałem?
            W normalnym wypadku Shane wybuchnąłby śmiechem, próbując wyobrazić sobie tę scenę, ale nie dziś. Nie miał na to humoru.
            -Nie, zapewne uśmiechnęła się przymilnie i powiedziała kilka miłych słówek – odpowiedział sarkastycznie.
            Elaine spojrzała na niego groźnie, po czym zaczęła opowiadać to, co już wiedziała. Gdy skończyła nikt więcej nie poruszył tego tematu. Zeus niedługo przekona się, że nie powinien ulegać swojej córce.
            -Jak tam sprawa z Domino? – zapytała Elaine, aby rozluźnić trochę atmosferę.
            Adrian uśmiechnął się szeroko, jakby w ogóle nie było żadnej rozmowy wcześniej.
            -A dobrze, dobrze. W każdej chwili mogę spodziewać się wizyty tej wariatki, a po tym to tylko sprawa podpisania kilku papierków i Domino będzie moja.
            Elaine ucieszyła się słysząc te wieści. Wiedziała doskonale, ile czasu i wysiłku musiał poświecić, aby dojść do swojego celu, a było nim adoptowanie tej młodej dziewczyny.
            -Zawołaj ją tu – powiedział niespodziewanie Shane. Wszyscy spojrzeli na niego, jakby co najmniej stanął na stole i zatańczył Harlem Shaka. – Niech przyjdzie i zje tego gofra, bo ja nie mogę już na niego patrzeć.
            Adrian popatrzył ze zdziwieniem, a po chwili zawołał dziesięcioletnią dziewczynkę do stolika.
            -A co, odezwał się w tobie instynkt rodzicielski? – zapytał, gdy dziewczynka szła w ich stronę z lekko zmieszaną miną.

            Shane zgromił go wzrokiem, a Adrian już więcej nic nie powiedział. Ciekawiło go tylko, co sprawiło, że jego przyjaciel miał taki parszywy humor.
***
Przepraszam za tą zwłokę. rozdział był już napisany ponad dwa tygodnie temu. nie byłam jednak wstanie go dodać, gdyż czekałam aż sprawdzi mi go moja beta. oczywiście się tego nie doczekałam, więc znów musiałam namówić moją mamusie, aby poświeciła temu czemuś trochę czasu. 
Przez problemy, o których mówić nie mam ochoty bety aktualnie nie posiadam. tak więc mam pytanie: czy może ktoś z wa,s miłe duszyczki, chciałby zostać moją betą? chętnych proszę o pisanie o tym w komentarzach. po tym się dogadamy;)
Co ja jeszcze tam od was chciałam.... hmmm nie mogłam się powstrzymać, aby nie wcisnąć do tej księgi Remiego *.* lubię go choć zrobił to co zrobił!
No dobra ja już przestanę was zanudzać xd
pozdrawiam
PS Już prawie wakacje! Czujecie to?!

11 komentarzy:

  1. Nie wiem, jak Ty to robisz, że Twoje rozdziały są zawsze tak długie, dla mnie przekroczenie trzech tysięcy słów jest niemal niemożliwe, a Twoje notki są jeszcze dłuższe. Nic, tylko zazdrościć weny, pomysłów i chęci :>
    Najbardziej podobał mi się fragment ze śniadaniem w siedzibie Przeklętych. Nie dziwię się, że Dan próbowała się jakoś od tego wymigać, ale Elaine też miała rację z tym, że lepiej zrobić coś teraz niż później to odwlekać, obawiając się tego.
    Zachowanie Delii można skomentować jednym słowem - podłość! Bardzo pretensjonalnie potraktowała Dan i jeszcze to czepianie się jej koloru włosów... Takie postacie potrafią człowieka wyprowadzić z równowagi, ale oczywiście potrafią także wnieść wiele do opowiadania.
    Jest i Remi! <3 Już chyba wspominałam, że uwielbiam jego postać (nawet bardziej niż Sebastiana ;p), więc bardzo się cieszę, że go wcisnęłaś, chociaż mimo wszystko wolałabym, gdyby więcej mówił :> No ale można mu wybaczyć jego zachowanie z tego rozdziału, w końcu musiał przeżyć niemały szok po zobaczeniu zmarłej siostry.
    Ale mi zrobiłaś ochotę na gofry *.* A nie dość, że mieszkam nad morzem, to jeszcze mam gofrownicę w domu... Oj, ale godzina z pewnością nie sprzyja objadaniu się.
    Co do bety - mam nadzieję, że znajdziesz na to stanowisko kogoś odpowiedniego. Ja niestety nie miałabym na to czasu, a poza tym jestem dość ślepą osobą, jeśli chodzi o literówki.
    Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy i pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż mordka mi się cieszy gdy widzę takie długie komentarze;D
      Powiem ci, ze kiedyś to ja nie potrafiłam napisać niczego dłuższego od czterech stron worda. po tym, nie wiem jak to się stało, zaczęłam pisać rozdziały tak długie jak powyżej, a krótsze to mi już w ogóle nie wychodzą.
      Delia to Delia, jak widać nie bardzo lubi naszą Księżniczkę. ma ku temu powodu, nie powiem jednak jakie.
      Ja na gofry mam ochotę zawsze i wszędzie, nawet tak późno xd
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Taaak...ja to chyba najbardziej poczułam nadchodzące lato...siedząc przed kompem i pudłem chusteczek ( nieee tylko nie przeziębienie :-( ). No ale oczywiście kicham, prycham, lecz gorączki ni ma i idź w takim stanie do szkoły. No ale są też dobre strony,np. mogę podżerać czereśnie hihihi.
    Co do rozdziału... ależ ty tajemnicza. Ciekawa jestem, czy ktoś jeszcze ( oprócz mnie :-P) zorientuje się, kim tak naprawdę jest Domino. Ale jak nam wszystkim wiadomo wraz z tajemniczością w parze idzie też wredota. Delia, Alis, Remi i może jeszcze Natasha wparuje ze swym dzieckiem robiąc przy tym suprais Sebastianowi, znaczy się Shanowi. No może wreszcie obudzi to jego instynkt rodzicielski.
    Na tym skończę swą wypowiedź. Życzę ci wszystkiego dobrego (a szczególnie w odrabianiu matmy :-P).
    Z poważaniem your little sister :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To po prostu jest szczęście xd masz chociaż czas aby poczytać moje opowiadania xd
      weś ty się zamknij lepiej, bo wydasz całe moje opowiadanie i nie będzie tajemnic. Pamiętaj ja wiem gdzie ty mieszkasz ;p
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Oczywiście, że mam Cię w obserwowanych :) Po prostu w ogóle logowałam się na bloga i nie wchodziłam :d Niedługo wakację, ale przez ostatni miesiąc wkuwałam, by wszystkie testy pozaliczać, poprawy :o Masakra z moją nauką :o Dziękuje, że zadałaś sobie trud by mi napisać powiadomienie w komentarzu :) We wtorek już nam oceny wystawią długopisem, więc będę wchodziła :)
    Co do rozdziału to naprawdę był długi *.* I taki przyjemny :3
    Delia przypomina mi jedną z div szkolnych, która sądzi, że jest najważniejsza i wszyscy się jej obawiają. Nie lubię jej, można wywnioskować, że nikt jej nie polubi, ale może pokaże nam swoje dobre strony :) Elaine jest cudowna *.* Zawsze wstawi się za Dan i nią zaopiekuje :3 Ale i tak najbardziej cudowne to są jadalnie *.* Chcesz i masz :D Gdybym ja żyła w takim świecie :> To bym się toczyła zapewnie xD Jest i Remi :>> Szkoda, że taki milczek z niego :o Ale chyba nie sposób się komuś takiemu oprzeć :D
    Ale Sebastiana lubię chyba ciut bardziej :> Szkoda, że nie ma zbytnio czasu dla Dan :d No, ale taka kara dla zakochanych xD
    Adrian na końcówce i od razu na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Koleś umie rozśmieszyć :D
    Co do Bety, to ja raczej nie będę chętna :) Ledwo mam czas, by napisać u siebie jakiś rozdział i raz na miesiąc go dodać :o A większość czasu to mi facebook zabiera i oglądanie Anime *.* Takie uzależnienia :(( Ale mam nadzieję, że kogoś znajdziesz :33 Pozdrawiam :3 Ach masz rację, wakacje tuż tuż, pora się cieszyć :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem twój ból, ma miałam tak w zeszłym roku. non stop trzeba było coś poprawiać zaliczać itp. teraz na szczęście mam spokój więc i dużo wolnego czasu.
      Delie właśnie tak chciałam przedstawić, a czy ktoś ją polubi czy nie to już rozmowa pod innym rozdziałem. jeszcze nie raz schowa i pokaże swoje pazurki xd
      wiesz mi jadalnia w opowiadaniu jest taka jaką ja sama chce. mam na coś ochotę i to dostaje. po prostu cudo *.* ale niestety po tym bym się turlała do szkoły xd
      co do Remiego, w tej Księdze będzie go niestety mało, bo nie chce go wpychać na siłę. ale jeżeli dotrwasz do następnej to obiecuje, ze będzie go o wiele więcej i będzie się odzywać xd
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Hahaahah Jeremi nareszcie się odezwie :D Wszyscy czekamy na tą chwilę :>> Spokojnie, dotrwam, bo teraz będę miała wolne i będę się obijać, więc będę bardziej aktywna :D
    Ps. Jak masz tak dużo wolnego czasu to zapraszam ;p Raz na miesiąc w końcu udało mi się coś dodać xD http://the-loop-of-love.blogspot.com/ :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze;3 a twoje przeczytam. Nawet ostatnio się do tego zabieralam ale złapał mnie leń i na chęciach się skończyło xd

      Usuń
  5. Renko, niestety...
    Choćbym chciała, nie dam rady być betą, gdyż mój laptop odmówił współpracy a nie mam gdzie zapisać plików z Twoją pracą...
    Przepraszam. :((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no cóż, idę szukać dalej ;d mam nadzieje, że laptop niedługo wróci do formy!

      Usuń

wykonała Anaya