niedziela, 5 maja 2013

II. Rozdział 7


„Nie zaczynaj czegoś, czego nie możesz skończyć”
Justin Somper

            Śmiech, który rozległ się w ogrodzie przysporzył Nadie gęsiej skórki. Niczym oparzona ogniem odskoczyła od Raphaela. Spojrzała na niego przepraszającym wzrokiem, po czym popatrzyła na osobę, która wydała ów dźwięk. Odetchnęła jednak z ulgą, gdyż u szczytu stromych schodów zobaczyła Alice.
            -Co ty tutaj robisz? – zawołała. Chciała ruszyć w jej stronę, ale Raphael złapał ją za rękę, nie pozwalając iść dalej. – Myślałyśmy z Josephin, że już tu nie przyjdziesz.
            Na jej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Lecz nie był to uśmiech zbyt przyjazny. Dziewczyna ruszyła powoli po schodach. Zatrzymała się w połowie i spojrzała na Nadie.
            -Za żadne skarby świata nie przegapiłabym tego – powiedziała.
            Nie wiedziała, czemu Raphael jeszcze mocniej złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie tak, że opierała się placami o jego tors.
            -Skąd ją znasz? – zapytał, a w jego głosie było słychać lekki strach.
            -Jak to skąd? Przecież to kuzynka Josephine – odpowiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na całym świecie. Zdziwiło ją jednak to, że on o tym nie wiedział. Przecież ostatnimi czasy spędzał u nich w domu po kilkanaście godzin, a Josephine i Alice były u niej dość często. Możliwe jest w ogóle to, że nigdy się z nią nie spotkał?
            -To nie jest kuzynka Josephine – powiedział stanowczo takim głosem, że na skórze Nadie pojawiła się gęsia skórka.
            Jednym szybkim ruchem odkleiła się od Raphaela i stanęła z nim twarzą w twarz.
            -Nie gadaj głupot!!! To jest kuzynka Josephie! – powiedziała już lekko zła. – Przecież już od dwóch lat z nią mieszka i…
            Niedane jej było jednak skończyć tego, co mówiła. Alice znów się zaśmiała, jakby rozmowa, którą usłyszała na dole była jedną z najśmieszniejszych w jej życiu. Oby dwoje znów spojrzeli w jej stronę zapominając na chwilę o swojej wymianie zdań. Raphael, korzystając z okazji, złapał Nadie znów za rękę.
            -On ma rację – powiedziała rzeczowo. – Nie jestem jej kuzynką.
            Nadie otworzyła szeroko oczy i buzię. Ta informacja nie chciała dotrzeć do jej głowy. Jak to, Alice nie jest kuzynką Josephine? To, dlaczego u nich mieszkała? Czy oni o tym wiedzieli?
            -To, kim ty naprawdę jesteś? – Raphael za jej plecami syknął na nią, aby się nie odzywała, ale to i tak nie przeszkodziło jej przed zadaniem tego nurtującego ją pytania.
            Alice przez chwilę patrzyła na nią z niedowierzeniem, jakby nigdy nie spodziewała się usłyszeć tego pytania. Po chwili jednak na jej twarzy znów zagościł uśmiech.
            -Naprawdę nazywam się Alice Rivers, choć tak naprawdę nazwisko mojego ojca brzmi inaczej, ale i tak nigdy się nim nie posługiwałam. Urodziłam się w 1745 roku w niewielkiej wiosce na terenie Anglii. Przez całe swoje życie mieszkałam wśród Przeklętych. Było mi nawet dane poznać Danee. Teraz, aby dokończyć to, co już się stało, przyszłam cię zabić.
            Nadie patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami. Z tego, co powiedziała wychodzi na to, że urodziła się ponad sto lat temu i znała Przeklętych. Wiedziała też, kim jest Nadie i co więcej znała osobiście Danee. Ale przecież ona nie była wstanie tyle żyć. Żaden normalny człowiek nie żyje ponad stu lat i wygląda nadal młodo? No chyba, że nie jest się człowiekiem…
            -Ale jak? – zdołała tylko z siebie wydusić.
            Raphael westchnął, jakby właśnie tego pytania się obawiał.
            -Bo Alice jest czarownicą i – ucichł jednak, jakby końcówka tego zdania nie chciała mu przejść przez gardło – i córką Tori.
            Szok, który przeżyła Nadie, nie miał żadnego porównania z rzeczami, które już dziś usłyszała. Przeżyłaby informacje, że Alice nie jest kuzynką Josephine, że żyje sto lat, i że znała Danee. Jednak to, co usłyszała od Raphaela było sto razy gorsze, od reszty rzeczy. Przez ten cały czas spotykała się, rozmawiała i żartowała z dziewczyną, która tak naprawdę była dzieckiem jej największego wroga? Ta informacja była dla niej naprawdę porządnym szokiem.
            -A ty Shane, jak zawsze nie owijasz w bawełnę – powiedział nowy głos, którego nigdy wcześniej Nadie nie usłyszała.
            Przez chwilę obawiała się tego, że zobaczy Tori, jednak dziewczyna, którą ujrzała na pewno nie była to krwiożerczą czarownicą, choć też wyglądała groźnie. Od samego początku wiedziała, że nowo przybyła była też Przeklętą. Powiedziało jej o tym jej oko, które zmieniało barwę dokładnie tak, jak oczy Adriana. Miała też kły, dokładnie tak jak on. Domyśliła się od razu, że to musiała być wymieniona we wcześniejszej rozmowie Przeklęta. Rayna. Nadie z zazdrością patrzyła na jej długie i tlenione blond włosy, na twarz i na sylwetkę. Była po prostu idealna i tego właśnie jej zazdrościła.
            Po chwili do Nadie dotarło, że Rayna nie nazwała Raphaela jego imieniem, tylko jakimś innym. Podobnego użył człowiek-wilk na tamtej polanie. Czyżby to właśnie było jego prawdziwe imię? A to, którym go nazywała było tylko dla zmyłki?
            Nadie czuła, że jeżeli wyjdzie z tego cało, będzie dręczyła ją niezła migrena.
            -Co wy tu dwie do cholery robicie? – zapytał prawie krzycząc.
            Nadie bardzo nie lubiła, gdy zaczynał się złościć. Po za chwilą obecną, widziała go w takim stanie tylko raz i to na samym początku ich znajomości.
            Rayna zaśmiała się w taki sposób, iż poczuła, jak włoski na jej karku stają dęba.
            -A ty, jak zawsze zadajesz głupiutkie pytania – powiedziała, jakby w ogóle nie usłyszała go. – Przecież doskonale wiesz, po co tu jesteśmy. Przyszłyśmy zabić Nadie Blanchard.
            Nadie niczym płochliwe dziecko schowało się za plecami Raphaela, a ten natomiast nadal mordował wzrokiem Raynę. Dziewczyna bała się, że to spotkanie nie skończy się dobrze.
            -Wiecie co, mam pomysł – zaszebiotała w pewnym momencie Rayna jak małe dziecko. – Zróbmy to, co mamy jak najszybciej i idźmy do domy na gorącą czekoladę!
 Po tych słowach zaczęła iść w stronę Nadie i Raphaela. Nie zwróciła najmniejszej uwagi na krzyki protestu Alice. Gdy panna Blanchard myślała, że jej życie niedługo dobiegnie końca, usłyszała świst. Po kilku sekundach coś dużego, podłużnego i grubego przeleciało przez Raynę. No właśnie, przeniknęło przez nią, jakby nie była to jakaś materialna rzecz, tylko iluzja. Blondynka na pewno też o tym wiedziała, ale przystanęła. Jej twarz zrobiła się blada, jakby zobaczyła ducha. Nadie przez chwilę zastanawiała się, czy jest to spowodowane tą dziwna rzeczą, czy może osobą, którą zobaczyła, czy może Alice złapała ją w sidła jakiegoś swojego czaru.
            -Ty Rayna zawsze robisz, a po tym dopiero myślisz – powiedział Adrian, który stał dokładnie przed blondynką.
            Nie miał na sobie płaszcza z iluzji, dlatego też widziała jego przedziwne oczy w pełni okazałości. Zauważyła też, że ich kolor nie był taki sam, jak jeszcze pół godziny temu w salonie, teraz były o wiele ciemniejsze. Coś z tyłu głowy mówiło jej, że są takie, bo ich właściciel jest zły.
            Rayna przez chwilę patrzyła na Adriana z niedowierzeniem w oczach, a po tym jej wzrok utkwił w Alice, która na serio musiała coś zrobić, gdyż na jej twarzy można było odczytać niemały ból.
            Adrian korzystając z okazji i z tego, że oby dwie wysłanniczki Tori były zajęte zabijaniem siebie nawzajem, podszedł do niech.
            -Gdzie Elaine? – zapytał Raphael tak cicho, że Nadie z wielką trudnością zrozumiała, o co mu chodzi.
            Adrian westchną zirytowany.
            -Dokładnie pięć minut temu została wezwana przez Odwiernych, bo ma wykonać dla nich jakieś zadanie. Pewnie nie ma już jej w tych czasach – powiedział trochę głośniej, niż jego towarzysz. – Też sobie moment wybrały!
            Raphael wziął głęboki wdech, przeczesał ręką włosy, po czym nachylił się nad Nadią, aby ta usłyszała każde jego słowo.
            -Gdy dam ci sygnał, uciekaj stąd i nawet nie próbuj odwracać się za siebie. Biegnij do Anette i opowiedz jej o wszystkim, co tu się stało. Mam nadzieję, że w jakiś sposób uda jej się tobie pomóc.
            Nadie pokiwała energicznie głową, a serce jej przyspieszyło.
            Wybrali doskonały momenty na skończenie tej rozmowy, bo akurat w tym samym momencie Alice przestała torturować Rayne, a ta odwróciła się w ich stronę, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Blondynka już otwierała usta, aby coś powiedzieć, gdy Raphael dał znak dla Nadie. Ruszyła biegiem w kierunku, który został jej wskazany. Zobaczyła kontem oka, jak Rayna zaczyna pościg, ale szybko jednak go zakończyła, bo Adrian naskoczył na nią w taki sposób, że powalił ją na ziemię. Widziała też, jak Raphael atakuje Alice, aby ta nie ruszyła za nią.
            Nadie nie wiedziała już ile biegnie. Musiała okrążyć cały ogród dookoła, a po tym jeszcze dostać się do domu. Nigdy wcześniej nie była zmuszona do takiego wysiłku, dlatego też czuła szybkie i głośne bicie serce i ból w podbrzuszu i nogach. Była już naprawdę blisko domu, gdy na kogoś wpadła. Przewróciła się razem z tym kimś na ziemię. Nadie automatycznie skuliła się ze strachu, że może być to jakiś Przeklęty, który chce zadać jej śmierć.
            -Siostra, co ci jest?
            Otworzyła oczy i spojrzała w błękitne oczy Remiego. Odetchnęła głośno z ulgą. Po tym jednak przypomniała sobie o tym, co stało się przed chwilą w ogrodzie.
            -Tam…tam w ogrodzie ktoś jest – zaczęła, biorąc co chwilę głębsze wdechy. – Chce mnie zabić. Raphael tam został. Kazał mi uciekać. Musze teraz iść do Anette.
            Nadie przez chwilę zastawiała się, czy jej brat zrozumiał coś z jej bełkotu. Z jego twarzy jednak zrozumiała, że każde słowo dotarło do niego i spowodowało pewne uczucia. Na jego twarzy było widać szok, złość i przede wszystkim strach. Wstał szybko ciągnąc za sobą siostrę i ruszyli w stronę domu, aby poszukać Anette.
            Nadie była tak pochłonięta uspakajaniem oddechu, że nie zauważyła, że Remi nie prowadzi jej w stronę wejścia do domu tylko wzdłuż jego murów. Zorientowała się, że jest coś nie tak, gdy wyszli z za roku i zobaczyła w cieniu stojącą postać. Przystanęła na chwilę, a jej ciałem znów zawładną strach. Remi jednak popchnął ją lekko do przodu, dając jej do zrozumienia, że nie powinna się bać. Ale nawet to jej nie pomogło, im była bliżej tej postaci, tym bardziej odczuwała panikę.
            W pewnym momencie, gdy była na tyle blisko tej osoby, ale jeszcze na tyle daleko, że bez problemu mogłaby uciec, ten ktoś wyszedł z cienia. Nadie poczuła paraliżujący strach. On też nie był człowiekiem, był Przeklętym. Ów mężczyzna miał niebieską skórę, niewiele jaśniejszą od smerfów, a na szyi skrzela. Nadie chciała uciec, tylko, że ręce Remiego nie pozwolił jej na to. Chłopak popchnął ją w stronę Przeklętego. Dziewczyna nie była w stanie nic zrobić.
            -Wpadłaś jak śliwka w kompot, Księżniczko – powiedział cichym, chrapliwym głosem.
            Obrócił ją gwałtownie, trzymając swoje przedramię na jej szyi. Nadie mogła swobodnie oddychać, ale wiedziała, że gdyby tamten chciał, w każdej chwili mógłby ją pozbawić oddechu. Nie pozostawało jej więc nic innego, jak poddanie się. Spojrzała w stronę Remiego zastanawiając się, czemu on to zrobił. Ich oczy się spotkały. Zobaczyła w nich smutek i rezygnację. Szybko jednak odwrócił wzrok, jakby widok siostry przysparzał mu tylko ból.
            -Choć Księżniczko. Czeka cię teraz spektakularna śmierć.
            Nadie zadrżała. Nie wiedziała jeszcze, że moment tej śmierci będzie dręczył każde jej następne wcielenie, aż do samego końca.

            Raphael był na siebie wściekły. Przez cały ten czas, przez ponad osiemnaście lat szukał Tori, bo myślał, że to ona po raz kolejny postanowi zabić Danee. Ale los spłatał mu takiego psikusa. Wroga, którego powinien się obawiać, mijał co jakiś czas na korytarzu, ale nigdy nie był na tyle mądry, aby podnieść wzrok i spojrzeć mu w twarz. Teraz tego żałował. Gdyby był bardziej uważny, to, to, co dzieje się teraz, nie miałoby nigdy miejsca. Co więcej Nadie na jakiś czas byłaby bezpieczna. Sam przez swoją głupotę naraził ją na niebezpieczeństwo. Miał tylko nadzieję, że zdołała dobiec do Anette i nie napotkała po drodze żadnych problemów.
            Raphael po raz kolejny zwinął się w kłębek na ziemi, gdy Alice potraktowała go kolejną dawką prądu elektrycznego. Dziewczyna, choć wyglądała niewinnie miała naprawdę wielką moc. Nie tak dużą jak Tori, ale na pewno mogłaby jej dorównać, gdyby tylko chciała. Gdy poczuł, że czarownica znów odpuściła, podniósł się. Podszedł do niej lekko chwiejnym krokiem. Musiał z nią porozmawiać.
            Alice patrzyła na niego z ciekawością. Dziwiło ją to, że był w ogóle wstanie wstać, nie mówiąc już o chodzeniu. Zawsze wiedziała, że jest twardy, po części, dlatego, że był jednym z pierwszych.
            -Po co to wszystko robisz? – zapytał starając się, aby jego głos był na tyle cichy, że Adrian i Rayna tego nie usłyszeli. – Przecież wiem, że taka nie jesteś.
            Alice zaśmiała się. Gorzkim, pełnym bólu śmiechem.
            -Skąd wiesz, jaka jestem? Zmieniałam się przez ostatni czas. Nie jestem już głupią dziewczyną, która chowa się, gdy ktoś podniesie na nią głos. Potrafię o siebie zadbać!
            Raphael patrzył na zmieniający się wyraz twarzy czarownicy. Było w nim pełno desperacji. Wiedział, że próbuje przekonać sama siebie do tych racji.
            -Ale ja nadal pamiętam to, o czym rozmawialiśmy. Mówiłaś, że nigdy nie chcesz stać się taka jak matka. Wiec, czemu teraz to robisz? Po co ci to wszystko?
            Alice pokiwała gwałtownie głową, jakby próbowała pozbyć się jakiś natrętnych myśli z głowy.
            -To wszystko twoja wina! Doskonale wiedziałeś, że chcę odejść, zostawić matkę, bo prędzej czy później zmusi mnie do czegoś, czego nie będę chciała zrobić. Gdy poznałeś Danee i powiedziałeś, że chcesz z nią zostać, miałam nadzieję, że zabierzesz mnie ze sobą. Zawsze mi to obiecywałeś! A ty po prostu zostawiłeś mnie na pastwę mojej matki, uciekając gdzieś z tą swoją Księżniczką! Wiesz ile przez to musiałam wycierpieć?! Matka była wściekła! Wyżywała się na wszystkich, kto tylko podchodził jej pod nogi. A najczęściej byłam to ja! – krzyczała, jakby w ten sposób chciała usunąć z pamięci te wspomnienia. Po chwili dodała już trochę ciszej. – Musiałam się zmienić. Nie miałam innego wyboru. Zabijaj, albo zostać zabitym. Doskonale wiesz, że Odwierni zabiliby mnie przy pierwszej lepszej okazji. Jestem przecież córką Tori. Nie interesowałoby ich to, co zrobiłam, albo to, czego nie zrobiłam. Jestem zdrajczynią i muszę zostać zgładzona. Dlatego wolę zostać po stronie matki. Tam, chociaż wiem, że na coś się przydaję. Choć i tak wiem, że jest osoba, która za wszelką cenę chce się mnie pozbyć.
            Raphael odwrócił się i spojrzał na Rayne. Od zawsze wiedział, że ona nie przepada za Alice. Choć „nie przepada” to dość lekkie słowo. Ona jej po prostu nienawidziła i nikt nigdy nie wiedział, dlaczego. Może Rayna bała się, że nie będzie już tą najładniejszą wśród zastępów Tori, albo widziała w Alice zagrożenie. Nikt nie wiedział i nikt nie próbował się tego dowiedzieć.
            Raphael przez krótką chwilę miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Rayna leżała na ziemi, Adrian na niej trzymając ją jedna ręką za włosy, a drugą przyciskając głowę do ziemi. Coś do niej krzyczał, ale Raphael nie chciał wiedzieć, o co mi chodziło. Ta dwójka miała niedokończone sprawy, jeszcze z samego początku ożywienia. Adrian, w odróżnieniu do niego, nigdy nie stał po stronie Tori. Zawsze jej nienawidził, nawet jeszcze, gdy sam był człowiekiem i nie wiedział, kim jest naprawdę. Przez pierwsze kilka tygodni pozostawał w świcie Tori, tylko ze względu na Raynę. Po tym jednak wydarzyło się coś, czego nie potrafił jej wybaczyć. Uciekł, do następnego razu, gdy ją zobaczył minęło dokładnie siedemdziesiąt lat. Nie wybaczył jej nawet po tylu latach.
            Z rozmyślania wyrwał go cichy, lecz lekko pozbawiony wyrazu śmiech Alice. Odwrócił się w jej stronę, po tym spojrzał tam, gdzie parzyła ona. To, co zobaczył spowodowało ciarki na całym jego ciele. W ich stronę zmierzał Przeklęty, trzymający Nadie w swoim uścisku. Za nimi noga za nogą szedł się Remi. Raphael tuż za sobą usłyszał dźwięczny śmiech Rayny.
            -Widzę, że rodzinka w komplecie.
            Raphael wiedział, że dodałaby jeszcze coś innego, ale Adrian dość niesubtelnie jej to uniemożliwił. Uderzył ją z całej siły w policzek. Usłyszał plask nawet z tej odległości. Nie mógł jednak odwrócić wzroku od osób, które były coraz bliżej.
            -Remi, ty ciołku weź jej pomóż! – krzyknął.
            Remi spojrzał tylko na niego z poczuciem winy, wymalowanym na twarzy, ale nie zrobił nic. Opuścił wzrok, jakby wstydził się tego, co zrobił.
            Raphael poczuł, jak Alice opiera się ramieniem o jego bark.
            -Nie masz nawet, co prosić, on i tak tego nie zrobi. – Ucichła na chwilę, a na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech – Pamiętasz dzień, w którym Rayna do ciebie przyszła, aby namówić cię do powrotu? Wysłałam ją tam specjalnie, to miała być część planu. Zauroczyłam naszego kochanego Michela Blancharda, aby poprosił Anette, żeby poszła po Nadie. Wiedziałam, że potrzebne będzie coś specjalnego, aby doznała takiego szoku i zapomniała o uciekaniu. Efekt tego mogłeś zobaczyć przybity rurą do ściany. Oczywiście nie spodziewałam się jednego – że Remi zechce akurat w tym momencie wejść do tego pomieszczenia. Widok ojca nie podział na niego dobrze. Zaatakował mnie. Broniłam się. Choć nie chciałam mu nic zrobić, przebiłam go nożem. Pod wpływem chwili użyłam na nim swoich mocy i ożywiłam go. Dlatego na początku wydawało się wam, że on nie żyje. Bo, gdy weszliście do pomieszczenia, nie żył. Dopiero po jakimś czasie moja magia zadziałała i przywróciła go znów do życia, pod postacią moje Przeklętego. Tak wiec, nie dziw mu się, nie pomoże ci nawet, jeżeli Nadie jest jego siostrą. On wykonuje teraz moje rozkazy.
            Raphael wpatrywał się w nią z osłupieniem. Tego się po niej nie spodziewał. Zawsze uważał, że Alice  nie zacznie ożywiać ludzi. Teraz jednak przekonał się, że jego tok myślowy był błędy. Miały w końcu te same geny. Wiedział też, że gdyby zabrał ją wtedy do Tori, to wszystko mogłoby skończyć się inaczej.
            Przez krótką chwilę Raphael otępiony opowieścią Alice nie był wstanie nic zrobić. Czarownica wykorzystała ten fakt. Niewidzialna ręka podniosła Raphaela z jego miejsca, po tym też Adriana i rzuciła ich obu brutalnie o ziemię. Nim zdążyli, choćby uświadomić sobie, co się stało, w około ich ciała oplótł się świecący jasnym światłem, gruby sznur. I choć obydwoje szarpali się jak tylko mogli, nie byli w stanie się z niego uwolnić.
            Rayna, korzystając z okazji, wstała z ziemi. Jej sukienka była pomięta, a włosy wyglądały jakby jakiś ptak zrobił sobie w nich gniazdo. Nie zwróciła jednak na to uwagi, ruszyła w stronę Alice.
            -Jak miło Nadie, że jednak do nas dołączyłaś. Szykuje się niezła zabawa – powiedziała klaszcząc w dłonie jak małe dziecko. Po chwili w jednej z jej rąk pojawił się duży nóż. Trzymając go w ręku ruszyła w stronę Nadie.
            Alice zareagowała instynktownie. Za pomocą swoich mocy odepchnęła Raynę jak najdalej od dziewczyny. Nie interesowało ją to, że tamta próbowała ją prowokować, ani to, że ten nóż tak naprawdę był tylko iluzją.
            -Nie dotykaj jej! – krzyknęła w stronę blondynki – Ona jest moja! To ja ją zabiję!
            Rayna zaśmiała się. Nie było jednak w nim niczego miłego.
            -Wątpię, abyś nawet dzięki temu, zdołała przekonać do siebie Tori. Ona zawsze będzie uważała, że infante byłaby lepszą czarownicą, niż ty! Nawet, jeżeli zabijesz tę dziewczynę, ona i tak będzie wolała twoją siostrę od ciebie, nawet, jeżeli jest jej śmiertelnym wrogiem! Nawet teraz, choć jest przestraszona i wie, że za chwilę umrze, stoi spokojnie na swoim miejscu i nie błaga o litość, tak jak ty zawsze, gdy podpadłaś jakiemuś Przeklętemu.
            Raphael przeklną z myślach. To nie miało tak wyglądać. Ona nie miała się nigdy dowiedzieć!
            Nadie odezwała się pierwszy raz od momentu, w którym się tu pojawiła.
            -O co wam chodzi? – zapytała cicho, choć i tak było w nim słychać strach.
            Rayna zaśmiała się, jakby właśnie tego oczekiwała.
            -No Alice, możesz wytłumaczyć Nadie wszystko – powiedziała, a z jej twarzy nie chodził szeroki uśmiech. – Nadie za pewne z wielką chęcią posłucha coś o swojej przeszłości.
            Alice patrzyła na nią zabójczym wzrokiem. Krył się w nim jednak strach i rezygnacja. Raphael wiedział, że ona tak naprawdę w ogóle się nie zmieniała. Teraz tylko udawała odważną i twardą, ale wewnątrz nadal była tą samą strachliwą i nieśmiałą dziewczyną, co kiedyś.
            -Danea była moją przyrodnią siostrą – pozwiedzała bez żadnego owijania w bawełnę.
            Raphael miał ochotę uderzyć swoją głową o coś twardego. Nadie natomiast patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami.
            -Ale, jak to? – zapytała nadal pod wpływem szoku.
            -Normalnie! – krzyknęła Alice – Ojciec Danei przespał się z Tori, dokładnie trzy lata po tobie urodziłam się ja.
            Nastała taka cisza, że Raphael usłyszał syki Adriana, który nadal za wszelką cenę próbował się uwolnić.
            -To skoro jesteś, byłaś siostrą Danei to, czemu chcesz mnie zabić? Jestem przecież nią.
            Alice po raz kolejny zaśmiała się gorzko.
            -Bo nienawidzę Danei! Miała wszystko. Żyła w luksusie, w pięknym pałacu naszego ojca. Nic nie musiała robić sama i była nazywana Księżniczką, choć tak naprawdę nie różniłyśmy się niczym. Jej matka nie była żoną króla, była jego kochanką, którą poznał podczas jakiegoś wyjazdu. Zabrał ją ze sobą do pałacu, pod pretekstem, że będzie służącą. Ale i tak wszyscy wiedzieli o relacjach, które ich łączyły. Zginęła jakoś rok po jej narodzinach zamordowana przez kogoś. Danea była bękartem, tak jak ja, ale wszyscy traktowali ją, jakby była córką jego żony. Mnie się wyparł. Mieszkałam wśród Przeklętych, którzy traktowali mnie jak zbędny przedmiot. Jedyną osobą, która traktowała mnie normalnie był Shane, ale w końcu i tak Danea mi go zabrała. Nienawidzę jej za to! To ona jest winna wszystkiemu, co mi się przydarzyło. Dlatego jest mi niezwykle przyjemnie, że mogę się jej za to odwdzięczyć!
            Ucichła na chwilę, aby wziąć oddech. Od razu jednak wykorzystała ten fakt Rayna.
            -No dobra kończmy to, bo nie mam ochoty spędzić tu wieczności.
            Rayna ruszyła krok przed siebie, po czym wycięła rękę. Nadie zrobiła się blada na twarzy, a po tym jak ryba poza wodą, próbowała nabrać powietrze do płuc, ale nie była w stanie tego zrobić. Raphael od razu domyślił się, że to wszystko przez Raynę. Użyła iluzji, aby wywołać takie wrażenie. Jeżeli nikt jej nie powstrzyma, dziewczyna udusi się.
            Miał już ochotę zacząć krzyczeć na nią, gdy w porę zainterweniowała Alice. W około Rayny pojawiło się coś na kształt trąby powietrznej, która bardzo powoli zaczęła unosić ją nad ziemię. Dziewczyna tego się nie spodziewała. Zostawiła Nadie w spokoju i próbowała dotknąć nogami podłoża. Jednak w ogóle jej się to nie udawała. Gdy znalazła się prawie dziesięć metrów nad ziemią, wiatr zniknął. Rayna krzycząc głośno z hukiem upadała na ziemię.
            Leżała tam przez chwilę, w ogóle się nie ruszając. Za moment jednak, na nieszczęście dla wszystkich zaczęła wstawać, a na jej ustach pojawił się szyderczy uśmiech.
            -Nie odbierzesz mi tego zadania – wysyczała do niej Alice.
            Raphael dopiero teraz zrozumiał, o co w tym wszystkim chodziło. One rywalizowały. Albo może inaczej, Rayna za wszelką cenę chciała, aby Alice podpadła Tori. Nie wiedział, jaki miała mieć w tym cel, ale za wszelką cenę chciała, aby czarownica zawaliła swoje zadanie.
            O dziwo Rayna stanęła z boku i już więcej nic nie zrobiła. Doszła chyba do wniosku, że i tak jej się nie uda. Alice za to była naprawdę podenerwowana. Wzięła jednak dwa szybkie wdechy, aby się uspokoić, po czym uniosła rękę do góry. W ciągu ułamka sekundy pojawił się na niej ogień. Uśmiechnęła się do Nadie.
            -Żegnaj Nadie Blanchard. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała oglądać reinkarnacji Danei.
            Wtedy też Alice przyłożyła płonącą dłoń do włosów Nadie. Raphael zobaczył, jak płomienie zaczęły je obejmować w bardzo szybkim tempie. Po tym zabrały się za jej ciało i ubranie. Zamknął oczy. Nie potrafił na to patrzeć. Wystarczyło mu to, co słyszał. Nigdy wcześniej nie słyszał, aby ktoś krzyczał tak przeraźliwie, jak teraz ona. Nie chciał na nią, popatrzeć, bo nie chciał widzieć jej cierpienia. Nie chciał zapamiętać Nadie, jako ludzką pochodnię, tylko jak zdrową i wesołą dziewczynę.
            Gdy wszystko ucichło, Raphael żałował, że cisza w ogóle nadeszła. Dopóki Nadie krzyczała chociaż wiedział, że jeszcze żyje. Teraz ucichła, co oznaczało tylko jedno – umarła. Poczuł też, że już nie krępują go żadne sznury. Uniósł się chwiejnie na nogach. Przez ułamek sekundy patrzył na to, co zostało po Nadie. To, co po niej zostało, nie przypominało ludzkiego ciała. Chwiejnym krokiem podszedł do drzewa, pod którym jeszcze chwilę temu się z nią całował. Oparł głowę o pień. Nienawidził Alice za to, co zrobiła. Nienawidził Rayny, nienawidził Tori. Miał ochotę zabić ich wszystkich, aby tylko poczuli to, co on po raz trzeci. Najpierw umarła Danea, po tym Alexis Gray, a teraz Nadie Blanchard.
            Nim zdołał się powstrzymać, uderzył z całej siły pięścią w drzewo. Po tym jeszcze raz, aby wyładować całą złość.
            -Nie wyżywaj się na drzewach, to ci nie pomoże – dobiegł go głos Adriana.
            Spojrzał na niego. Chłopak nadal siedział na ziemi ze skrzyżowanym nogami. Kolor jego oczu był mętny. Nie było jednak potrzeby odgadywać jego uczuć patrząc na oczy. Wszystko było wypisane na jego twarzy. Był zły. Zły i za razem smutny. Znał tak naprawdę Danee o wiele dłużej, niż on. Był do niej wiele bardziej przywiązany. Była jego przyjaciółką.
            -To wszystko wasza wina! – krzyknął w jego stronę Raphael, nim zdołał pomyśleć. – Gdybyście odnaleźli Tori wcześniej! Gdybyście dowiedzieli się, że to Alice, a nie ona! Gdybyście…
            Raphael mógłby pewnie wymieniać tych gdyby o wiele więcej, gdyby nie to, że Adrian wstał gwałtownie ze swojego miejsca. Teraz jednak jego oczy nie były już mętne, były teraz tak ciemne, że prawie wszystkie kolory były prawie czarne.
            -Nie obwiniaj mnie za swoją głupotę! Miałeś Alice pod nosem! Nie potrafiłeś jednak jej zauważyć! To ty jesteś temu wszystkiemu winien!
            Do Raphaela dopiero w tym momencie dotarło, co tak naprawdę powiedział. Nie chodziło mu o to.  Chciał tylko… no właśnie, co tak naprawdę chciał? Znaleźć kogoś, na kogo będzie mógł zrzucić winę za swoją głupotę. Chciał go przeprosić. Chciał powiedzieć cokolwiek. Nie zdążył jednak.
            Ktoś zaczął zbiegać po schodach, robiąc przy tym niewyobrażalny hałas. Obydwoje spojrzeli w tamtą stronę. W ich stronę zmierzała Anette. Gdy znalazła się na dole, rozejrzała się jakby czegoś szukała. Albo kogoś. Wtedy jej wzrok utkwił w ciele Nadie. Była zszokowana, po tym na jej twarzy pojawił się smutek.
            -Tak szybko? Myślałam, że potrwa to trochę dłużej.
            W tym, co powiedziała nie było ani krzty żalu, czy współczucia. Coś w Rahaelu pękło.
            -Czemu, do cholery, nie powiedziałaś nam, że to Alice jest naszym wrogiem?! – krzyknął w jej stronę.
            Anette spojrzała na niego, jakby zobaczyła zwykłego robala.
            -Już ci mówiłam, jestem Odwierną i ta wasza walka w ogóle mnie nie interesuje.
            Raphael miał wielką ochotę po prostu ją udusić. Za to, że nie przejęła się śmiercią Nadie. Za to, że nic mu nie powiedziała. Za to, że nie zainterweniowała, gdy Alice zaczęła szarżować na nich w ogrodzie.
            -To skoro jesteś Odwierną, to czemu sama jej nie zabiłaś? – zapytał po chwili Adrian patrząc na nią przenikliwe. Jego oczy już się uspokoiły i miałby normalne barwy. – Alice jest córką Tori, a Tori to zdrajczyni. Jako jej córka, Alice podlega takiej samej karze jak ona, czyli śmierci. Powinnaś ją zabić, ledwo postawiła nogę na terenie tej posiadłości. Dlaczego więc tego nie zrobiłaś?
            Anette patrzyła na Adriana mrużąc oczy. Jej usta zwęziły się w prostą linię, a oczy strzelały piorunami. On miał rację. Sama powinna od razu to zrobić. Taki był jej obowiązek.
            -No dobra, powiem wam dlaczego – stwierdziła w końcu, po na prawdę długiej ciszy. – Zawarłam z nią pewnego rodzaju sojusz. Ja jej nie zabiję, a ona odwdzięczy mi się tym samym.
            Raphael doskonale wiedział, że Alice powinna rozbić to samo Anette. Powinna ją zabić. Tak nakazała kiedyś Tori. Z tego też powodu to, co powiedziała, miało sens. Adrian jednak spojrzał na nią nieufnie.
            -I tylko po to tu przyszłaś? Chciałaś wyżyć się na nas emocjonalnie? – zapytał, a w jego głosie było tyle jadu, że bez problemu mógłby ją zabić.
            Na twarzy Anette pojawił się uśmiech.
            -Mam za zadanie przenieść was do czasów, w których niedługo odrodzi się Danea.
            Obydwoje spojrzeli najpierw na siebie, a po tym na nią.
            -Wiesz doskonale, że nie potrzebujemy twojej pomocy. Sami niedługo się przeniesiemy – powiedział Adrian wzruszając ramionami.
            Anette zaśmiała się.
            -Nie tym razem. Dwunastka jednogłośnie stwierdziła, że chcą mieć pod kontrolą kolejne wcielenie Księżniczki Danei. Tak więc, sami wybrali miejsce, w którym się odrodzi. Wasza koleżanka Elaine już została tam wysłana. Teraz kolej na was. Nawet będziecie mięli  możliwość zobaczenia nowonarodzonej księżniczki.
            -Ale jak to?! Przecież to nie możliwe! – krzyknął Raphael.
            Na twarzy Anette pojawił się kwaśny uśmiech.
            -Dwunastka postanowiła też zdjąć na jakiś czas z niej czary ochronne, tak abyście mogli ją zobaczyć.
            Raphael nie zrozumiał jednego, po co oni to w ogóle robią. Przecież tak jak zawsze mówiła Anette, Odwierni nie wtrącają się w tą wojnę. A jednak non stop w nią ingerują. Nie powiedział jednak na głos tego, o czym pomyślał. Nie chciał jeszcze bardziej nagrabić sobie u czarownicy.
            Ta uznała ich milczenie, jako ponaglenie do działania. Machnęła ręką. Niedaleko nich pojawił się duży, jajowaty okrąg. Obydwoje z Adrianem podeszli do niego zastawiając się, czy aby Anette nie wpuszcza ich w maliny.
            -A ty, co będziesz teraz robiła? – zapytał Raphael, aby jak najdłużej przedłużyć chwilę przeniesienia.
            Kobieta wzruszyła tylko ramionami.
            -Dwunastaka przydzieli mi inne zadanie.
            Niestety tego właśnie spodziewał się Raphael. Znów spojrzeli po sobie z Adrianem. Choć w tym momencie się ze sobą zgadzali, co do nieczułości Anette, Raphael wiedział, że blondyn jest na niego zły o to, że zrzucił na niego winę. To niestety była jego bardzo negatywna cecha – był zbyt pamiętliwy.
            -Obiecuję wam, że szykuje się niezła zabawa.
            Nie mówiąc nic więcej Anette użyła swoich mocy i wepchnęła ich wprost w wirujące jajo, które miało przenieść ich do nowego życia.
           
25 lipca 658 r. p.n.e.; Grecja, Ateny
            Młoda dziewczyna wybiegła z pomieszczenia, w którym przez ostatni tydzień mieszkała. Było to zwykłe, małe pomieszczenie, w którym nie mieści się nic więcej, niż kilka podstawowych rzeczy. W tej chwili jednak nie rozmyślała o tym, w jakich warunkach musiała mieszkać, tylko o tym, co za chwilę będzie musiała zrobić. Tak naprawdę czekała na to przez ostatni tydzień. Cieszyła się, że w końcu ten moment nadszedł.
            Wbiegła do wielkiego pomieszczenia, który był też pokojem jej pani. Ów kobieta leżała na dużym łóżku oddychając płytko, z twarzą bladą jak papier. Inna trochę starsza i grubsza, kręciła się dookoła niej robiąc okłady na czoło. Jakby to miało w czymś jej pomóc.
            -Dobrze, że już jesteś dziewczyno – krzyknęła w jej stronę.
            Miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Starsza pani zachowywała się, jakby jej córka była obłożnie chora, albo umierała. A to przecież nie była żądna z tych rzeczy. Ona przecież tylko rodziła. Poród jak każdy inny.
            Powstrzymując się od komentarzy podeszła w stronę łóżka. Wcześniej odebrała tylko dwa porody. W każdym z nich na świat przyszła dziewczynka. Wiedziała, że tym razem będzie to samo.
            Ten poród jak różnił się od reszty. Nie był taki prosty. Przyszła matka naprawdę musiała się namęczyć, aby urodzić swoje dziecko. Ona też nie czuła się dobrze. Niby nic takiego nie robiła, ale sam ten strach i emocje nie pozwalały jej rozluźnić się. Gdy zobaczyła główkę, pokrytą puszkiem omal nie wybuchła ze szczęścia. Gdy całe ciałko dziecka wyszło z ciała matki i zaczęło płakać, poczuła się naprawdę szczęśliwa. Miała rację, to była dziewczynka i to nie byle jaka – to była ta, na którą czekała. Odcięła pępowinę, po czym przytuliła noworodka do swojej piersi. Nie interesowało ją to, że dziecko jest brudne od krwi i wód płodowych, i że jej biały strój nie będzie nadawał się do chodzenia.
            -Kto to? – zapytała niepewnie matka niemowlęcia.
            Dziewczyna dopiero w tym momencie ocknęła się. Przecież to matka miała pierwszeństwo do niej.
            -Dziewczynka – odpowiedziała, podchodząc bliżej, aby pokazać ją matce.
            Wtedy też do pomieszczenia wszedł mężczyzna, który był mężem kobiety. Gdy zobaczył, że już po wszystkim, a jego małżonce nic nie jest, odetchnął z ulgą. Podszedł do łoża i popatrzył na swojego potomka. Dziewczyna była pewna, że na jego twarzy zobaczyła przebłysk złości. Chciał syna, dziedzica, a nie dziewczynkę. Nie odezwał się jednak na głos, tylko uśmiechnął się do żony.
            -Możesz mi ją dać? – zapytała kobieta, choć dziewczyna i tak wiedziała, że to nie było pytanie, tylko rozkaz.
            Nie miała jednak zamiaru go spełniać. Przycisnęła dziecko jeszcze bardziej do piersi.
            -Nie – powiedziała stanowczo, odsuwając się kilka kroków od łóżka.
            Mężczyzna spojrzał na nią, jakby do końca nie zrozumiał, co dziewczyna do niej powiedziała.
            -Co? – zapytał, a w jego głosie było słychać wściekłość.
            -Nie dam wam jej. Nie teraz.
            Mężczyzna rozbił się czerwony na twarzy.
            -Pożałujesz tego – syknął, po czym skinął ręką na potężnego faceta, który stal przy drzwiach. – Zabierz jej dziecko.
            Dziewczyna tylko czekała na ten moment. Bardzo powoli zaczęła zdejmować ze swojego ciała płaszcz iluzji, który go osłaniał. Robiła to jednak bardzo powoli, aby ludzie, którzy tam stali, zobaczyli każdą zmianę w jej wyglądzie. Cała prawa połowa jej ciała była pokryta czarnymi, długimi paskami. Rozkładały się równomiernie, mając swój początek w miejscu, gdzie miało być prawe ucho. No właśnie miało, bo tak naprawdę w ogóle go nie miała. Był tam tylko czarny, niewielki otwór. Ów paski znajdowały się na całym jej ciele – na nodze, ręce, barku, twarzy, ale tylko po prawej stronie. Żadne z nich nie przekroczyło lewej połowy ciała. Dziewczyna nadal miała czarne włosy, ale tylko po jednej części głowy. Tam gdzie były czarne paski, nie miała nic – ani jednego nawet maleńkiego włoska. Zawsze miała grzywkę zaczesaną na oko, tym jednak razem musiała odgarnąć je do tyłu na czas porodu. Tak wiec niestety ludzie zobaczyli kolejny defekt w jej wyglądzie. Nie miała w ogóle prawego oka, tak jak w przypadku ucha, była tam tylko czarny otwór. Drugie oko było niezmiennie brązowe.
            Starsza kobieta oparła się o ścianę i zaczęła wachlować ręką. Mężczyzna zbladł, jednak jego policzki nadal były czerwone. Kobieta otworzyła szeroko oczy, patrząc ze strachem na swoją córkę.
            -Jestem Elaine – zaczęła dziewczyna spokojnym głosem. – Jestem wysłanniczką najwyższego z bogów, Zeusa. Mój pan chce zobaczyć dziecko.
            Mężczyzna spojrzał na nią ze zdziwieniem na twarzy, a matka dziecka zbladła jeszcze bardziej, o ile w ogóle to było możliwe.
            -Ale, po co chce zobaczyć moją córkę? – zapytał podkreślając fakt, że to jego dziecko.
            Elaine zaśmiała się.
            -Przykro mi, ale grubo się mylisz. To dziecko nie jest spłodzone przez ciebie. Pewnie nie wiesz, że niecałe dziewięć miesięcy temu twoja żona miała romans. Choć o tym nie wiedziała, był to właśnie władca błyskawic. A dziecko, które dziś zostało wydane na świat, to właśnie jego potomek.
            Mężczyzna, choć nie mógł w to uwierzyć, automatycznie spojrzał na swoją żonę. Ta popatrzyła na niego przez chwilę przepraszającym wzrokiem. Ten niewinny gest wystarczył. Tym też momencie matka dziewczyny zemdlała.
            Elaine nie zwróciła jednak na to uwagi. Ruszyła do wyjścia. W drzwiach spotkała się z młodą dziewczyną, która cały ten czas czekała na korytarzu.
            -Zajmij się nią – powiedziała, po czym udała się w stronę swojego pokoju.
            Na jej ustach pojawił się uśmiech.
            -Witaj Danea – wyszeptała. – Cieszę się, że chociaż raz jestem w stanie zobaczyć cię, gdy jesteś taka mała. Jesteś naprawdę ślicznym dzieckiem. – ucichła na chwilę – Będziesz miała trochę dziwną rodzinę, niestety. Ale koniec tego mojego ględzenia. Trzeba iść cię umyć i ubrać. Ktoś się już za tobą stęsknił, choć widział się zaledwie wczoraj, tylko, że pod inną postacią. A z Zeusem spotkasz się kiedy indziej.
            Mówiąc to wprowadziła dziecko w jego nowe, lepsze życie.
Koniec Księgi II

I jak tam? zadowoleni z końcówki? xd oczywiście  ze wiem, ze zadałam głupie pytanie. żadne z was nie chce aby Nadie zginęła  ale w sumie... I tak uważam  ze Księga III będzie lepsza (taka mała przechwałka autorki ;D) 
Hmm radzę wam zapamiętać zdanie Rayny o rodzinie. wierzcie mi, niedługo wam się przyda!
Acha macie tu jeszcze rysunek Elaine (nie ja rysowałam tylko moja siostra). Może on przybliży wam trochę bardziej jej wygląd;)
A tak  sumie to nie będę was zanudzać.
Życzę powodzenia maturzystom! (i dziękuje za jeszcze jeden tydzień lenistwa!)
Pozdrawiam was;*

16 komentarzy:

  1. O ty chamie niemyty!!! Wstawiłaś mój rysunek?! Normalnie się fochne. Na wet mnie o tym nie powiadomiłaś!!!
    Wdech i wydech...ufff już się ogarnęłam...
    Wracając do rozdziału...czy ty musisz być aż taką sadystką? Zastrzelenie jeszcze było do przejścia, ale spalenie żywcem? Chyba zaczynam się ciebie bać.
    Mam nadzieje, że następnym razem nie wymyślisz czegoś bardziej szalonego, jak np...może lepiej nie będę ci podsuwać pomysłów.
    Oczywiście nie mogę się doczekać następnego świata czyli breakdance na wózku inwalidzkim i próby obsłużenia mikrofalówki:P
    Z poważaniem
    Your little sister :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówiłam ci o tym wariatko.xd Gdy go rysowałaś;p
      Ja jestem sadystką? Ja bardziej podejrzewam o to ciebie. Przypomnij sobie tylko, co ostatnio wymyśliłaś. I nie masz, co się martwić, już dawno podejmęłaś mi pomysł.
      Cicho! Niewydawaj moich niecnych planów xd

      Usuń
  2. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam, zaskakujesz mnie coraz to bardziej :). Ale nie powiem, nowa księga zapowiada się jeszcze ciekawiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie o to mi chodzi. Nie martw się jeszcze nie raz cię zaskocze;)

      Usuń
  3. No to czas zacząć moją ulubioną część . Zaczyna się zabawa ; *** Miva i twój talent artystyczny ; **
    Ty a moja bohaterka w 3 ? Pamiętasz, że miała być ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, też uważam, że III jest najbardziej magiczna.
      A co do twojej bohaterki...kin ona miała być? Bo mi to z głowy wyleciało xd

      Usuń
  4. Nadie miała naprawdę spektakularną śmierć - spłonięcie żywcem to chyba jedna z najgorszych śmierci, jaka może spotkać człowieka, przynajmniej moim zdaniem. Poza tym to Alice okazała się córką Tori i naprawdę poniekąd mogę zrozumieć jej motywy działania i dlaczego tak nienawidziła Danei.
    Remi okazał się Przeklętym, jak podejrzewałam. Szkoda, że przez to musiał zdradzić siostrę i poniekąd skazać ją na śmierć. Zdecydowanie polubiłam tego chłopaka, tylko w tym ostatnim rozdziale jego reputacja ucierpiała, że tak napiszę ;d
    Córka Zeusa? Super, zapowiada się naprawdę najlepsza księga, bardzo lubię nawiązania do greckiej mitologii, więc tym bardziej jestem ciekawa, co tym razem wymyśliłaś :)
    A tak nawiasem: Danea ma jakąś ograniczoną liczbę wcieleń, czy może odradzać się w nieskończoność, bo chyba mi gdzieś umknął ten fakt?
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj wież mi, to spalenie to nic w porwaniu z tym co jeszcze jej szykuje xd
      Alice po prostu jest zazdrosna o to, że była gorzej traktowana od Danei. ja też bardzo polubiłam Remego, dlatego wolałam zrobić z niego Przeklętego niż go zabić. teraz chociaż jestem pewne, ze jeszcze się pojawi;)
      Mam nadzieje, ze spodoba ci się moja trochę zmieniona interpretacja mitologi. choć od razu ostrzegam, ze nic nie będzie tak jak powinno być.
      Danea ma się odradzać aż do momentu gdy... nie, nie powiem tego, bo zdradzę najważniejszą rzecz z III Księgi. ale nie martw się, tego jeszcze nie było w opowiadaniu. dowiesz się niedługo;D
      pozdrawiam

      Usuń
  5. Toś mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się, że Nadie spłonie na stosie. Jak czarownice w średniowieczu...
    Cóż, zapowiada się nieźle.
    Zwłaszcza, że Remi okazał się Przeklętym a Alice córką Tori.

    Powiem jedno - nieźle namieszałaś, ale to dobrze. Jest ciekawie, nie banalnie. Jestem pod wrażeniem. Naprawdę robi się gorąco (taka sobie aluzja do stosu xD).
    I to mi się podoba: te opisy, ta cała otoczka...
    Nic, tylko pogratulować wyobraźni i talentu!

    Pozdrawiam.

    PS: Przepraszam, że komentuję z takim opóźnieniem, ale internet odmówił współpracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaskoczenie to moje drugie imię^.^ Uwielbiam zaskakiwać innych!

      Usuń
  6. Hey :) Właściwie dopiero co dotarłam na tego bloga, ale bardzo się z tego cieszę *.* Więc wygląd jest pięknyy ! Chyba jeszcze nie widziałam tak ładnego bloga :D Kompozycja kolorów też mi się podoba, nawet jeśli to dla Ciebie nieważne xD Blog *.* Hmm.. Będę musiała przeczytać poprzednie rozdziały, ale ten rozdział mnie do tego zachęcił :D Jakoś nie mogę uwierzyć, że Nadie umarła i to jeszcze w taki sposób :'( Nienawidzę Raphaela :/ Może mi się zmieni, ale naprawdę.. Kolejna ukochana osoba umarła mu, a on tylko bezradnie się patrzył. Właściwie dużo nie mógł zrobić, ale jakikolwiek czyn byłby lepszy od odwrócenia wzroku. Adrian mi zaimponował. Ma jakąś bolesną przeszłość z Rayną, Obezwładnił ją JUhu ! xD ALice.. Hmm. Mimo że jest czarnym charakterem to jakoś ją polubiłam. To, że urazy z dzieciństwa tak się na niej odbiły. To w końcu nie jej wina, że przeszłość ją tak ukształtowała. Bardzo ciekawy fragment o urodzinach Danei < czy jak to się odmienia > xd Ale trochę mnie przeraził :d Teraz jak najszybciej pragnę ją ujrzeć w opowiadaniu :D Podoba mi się ta cała atmosfera opowiadania. Przeklęci.. *.* Dobra, lecę czytać poprzednie rozdziały, bo chce wiedzieć kto to jest Tori :3 A właśnie. Remi - właściwie nie wiem co o nim sądzić. Żal mi go.. Nie jego wina, że został zmuszony do wydania siostry :( pewnie to przeżywa. Czekam na kolejny rozdział. Jak możesz to infromuj mnie na moim blogu :) I także zapraszam do siebie, możeee.. coś tam Ci się spodoba xD the-loop-of-love.blogspot.com Pozdrawiam :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej;)
      A więc zacznę od podziękowania za ten długi komentarz. Takie dobre rozpoczęcie dnia xd
      O szablonie możesz mi dużo pisać. sama kocham ten szablon i uważam, ze jest piękny.
      Raphael hmmm w sumie nie dziwię ci się, ze go nie polubiłaś. raczej nie przyciągnął do siebie czytelników w tym rozdziale. możne jednak gdy przeczytasz całość polubisz go. oczywiście nie mówię, ze jest nieskazitelny, czy coś w tym stylu, jak każdy ma sporo za uszami.
      Adrian też jest moim faworytem*.* na razie niestety nie będzie go zbyt dużo.
      co do Alice... tak jak wspomniał Raphael od udaje odważną i złą, a tak na prawdę jest inna.

      Więc jeszcze raz dziękuję za tą opinię;) mam nadzieje, że niedługo przeczytasz resztę i będziesz miała pełny obraz opowiadania;)
      powiadamiać oczywiście, ze będę choć wolałabym na gg
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. Eh, coraz mniej czasu mam na blogosferę i to mnie przeraża. No, ale w końcu dotarłam do ciebie.
    Rozdział był wspaniały, choć to co spotkało naszą główną bohaterkę do przyjemnych rzeczy nie należy. Eh, spodziewałam się, że i tym razem ją uśmiercisz. Jednak nie przypuszczałam, że zrobisz to w taki sposób. Spalenie żywcem? Brrr... aż mnie dreszcze przeszły.
    Już się boję, co szykujesz dla niej w kolejnym wcieleniu. A tak a propos to ile jeszcze tych cierpień dla niej szykujesz zanim zyska święty spokój i szczęście? :) Przecież jej się należy!
    Alice córką Tori? No tu to mnie zastrzeliłaś. Wcale się tego nie spodziewałam.
    Kolejne wcielenie Danei zapowiada się równie ciekawie jak każde poprzednie, a może i ciekawsze? W każdym razie przeczytam z wielką przyjemnością :)
    Pozdrawiam serdecznie!
    PS> zaczęłam czytać twoje drugie opowiadanie, ale cały czas coś odrywa mnie od lektury, więc jak tylko skończę to skomentuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Danea jeszcze trochę na pocierpi. dopóki cierpi, jest opowiadanie nie? xd A co do tego szczęścia, wątpię, aby kiedykolwiek je zaznała.
    co do Alice, robiłam wszystko, aby nikt jej o to nie podejrzewał. Lubię wprowadzać ludzi w szok ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

  9. Zapraszam na nowy Rozdział 008 „Pan i pani Malfoy” na bloga http://pokochac-lotra.blogspot.com . Życzę przyjemnej lektury i pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zmieniłam adres bloga z irim-story na
    http://nowa-prawda.blogspot.com/

    PS: Przepraszam, że ostatnio nie komentuję, ale mam zbyt mało czasu. Starałam się w miarę czytania blogów komentować, ale nie zawsze mi to wychodzi. Wiedz jednak, że wszystkie notki są przeczytane a zaległości nadrobione, mimo, ze może gdzieś tam mojego komentarza zabrakło. :P

    OdpowiedzUsuń

wykonała Anaya