niedziela, 21 kwietnia 2013

II. Rozdział 6


„Zachowaj tylko te wspomnienia, które dają ci radość”
Jane Austen

            Nadie wpatrywała się w swoją dłoń, z której skapywały kropelki wody. Każda z nich wpadała do wanny, znikając wśród piany. Wszystkie były takie same. Zastanawiała się, czy właśnie tak odbiera ją Raphael, jako jedną z miliona, tą, którą można w każdej chwili zmienić. Tak właśnie poczuła się po jego odpowiedzi poprzedniego dnia. Jak nic niewartą osobę. A on nie zrozumiał tego, co mu powiedziała, nie zaprzeczył, ba, nawet za nią nie pobiegł.
            Ręka Nadie opadła uderzając w taflę wody, tak, że tysiące kropelek rozpryskało się dookoła. Po chwili uniosła ją jeszcze raz i przyjrzała się czerwonej kresce, która została jej, jako pamiątka, po wczorajszym ataku wilków. Rana zagoiła się w oka mgnieniu, teraz nawet po niej blizna nie zostanie. Nadie zrozumiała, że przecież zawsze tak miała, rany goiły się szybko, choć wtedy nigdy nie uznawała tego za jakieś dziwne zjawisko. Od wczoraj już wiedziała, czym jest to spowodowane – była przecież jedną z Przeklętych. Nadal tak naprawdę nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Była reinkarnacją Danei, jakiejś księżniczki żyjącej w dawnych czasach. Wczoraj, gdy wróciła do domu miała ochotę się komuś z tego wyżalić. Pamiętała jednak to, co jej powiedział, nie miała nic nikomu mówić. Tak więc przełknęła wszystkie swoje żale, zamykając je na kluczyk w swoim sercu.
            Z tych niezbyt miłych przemyśleń wyrwał ją dziwny dźwięk. A ów dźwięk bardzo przypominał otwieranie okna. Nadie z przerażeniem stwierdziła, że jest sama w pomieszczeniu, Anette przecież po coś wyszła. Czyli to ktoś z zewnątrz chce się dostać do środka. Chciała wyjść z wanny i się ukryć, ale wiedziała, że nie zdąży tego zrobić. Rozejrzała się po pomieszczeniu szukając jakiejś rzeczy, która pomogłaby jej w razie jakiegoś problemu. W jej głowie bowiem pojawiły się już najgorsze scenariusze – Przeklęci Tori przyszli ją zabić. Panika owładnęła nią całkowicie, gdy nie znalazła obok siebie niczego. A odgłosy z drugiego pomieszczenia się nasiliły. Wtedy też coś ciężkiego wpadło do środka. Nadie omal nie krzyknęła ze strachu. Przez ostatni tydzień miała już tyle dziwnych wrażeń, że naprawdę nie potrzebowała jeszcze tego. Po chwili usłyszała kila niecenzuralnych słówek, a po tym dobrze znajomy jej głos.
            -Nadie, do cholery, czemu ty masz tak wysoko pokój!
            W progu pomieszczenia, w który przebywała stanął Raphael. Był ubrany w taki sposób, że Nadie zastanawiała się, czy on przez przypadek nie pomylił drzwi z oknem – z takim wyglądem to on już powinien siedzieć na dole, w ich salonie i rozmawiać z gośćmi. Ale nie, on stał tu wpatrując się w nią jakby zobaczył coś interesującego przed sobą. Gdy dotarło do niej, czemu się jej tak przygląda, spłonęła rumieńcem. Przecież była cała naga, maskowała ją tylko woda i prawie dziesięć centymetrów piany. Instynktownie zniżyła swój poziom tak, że piana sięgała jej teraz prawie pod brodę. Raphael jednak nie opuścił wzroku, nadal się jej przyglądał, a na jego twarzy błąkał się lekki uśmiech.
            -Co ty tu robisz? – zapytała, robiąc się jeszcze bardziej czerwona.
            -A nic takiego, tylko się tobie przyglądam. – odpowiedział, jakby w ogóle nie zrozumiał aluzji, którą zawarła w pytaniu.
            -Wolałabym żebyś tego nie robił – wydukała w końcu z siebie.
            Raphael słysząc te słowa wybuchnął śmiechem. Zaczął iść w jej stronę.
            -A co, wstydzisz się mnie? – zapytał siadając koło niej na ziemi.
            Nadie odwróciła wzrok na te słowa. Wychodzi na to, że Raphael nie miał ochoty wyjść z jej pokoju. Czyli co, miała czekać, aż Anette ją uratuje, czy jak?
            -Wiesz co, mam przedziwne wrażenie, że próbujesz się utopić w tej wannie. – powiedział, aby zwrócić jej uwagę.
            Te słowa podziałały na nią jak płachta na byka. Spojrzała na niego wzrokiem, który gdyby tylko mógł, strzelałby piorunami.
            -Bo wiesz, gdy na ciebie patrzę, mam same samobójcze myśli – wysyczała, na co on znów wybuchnął śmiechem.
            -Zachowujesz się w tym momencie dokładnie tak jak Danea – powiedział.
            Nim Nadie zdołała zrozumieć, w jaki sposób jej dłoń znalazła się na oparciu wanny, on zdążył już ten fakt wykorzystać. Wziął ją do ręki i zaczął się nią bawić.
            -Ach no tak, przecież ty widzisz we mnie tylko Danee. – wysyczała jeszcze bardziej zła, niż chwilę temu. Starała się nie zwracać uwagi na to, że palce Raphaela nie bawiły się już jej ręką, tylko przesuwały się coraz wyżej, nie zwracając uwagi na to, że większość jej ręki znajduje się pod wodą. Jego dotyk rozpraszał Nadie, która miała ochotę jeszcze trochę się z nim pokłócić.
            -Czyli wracamy znów do rozmowy z wczoraj – powiedział, jakby w ogóle nie usłyszał złości w jej głosie – Wyjaśnijmy sobie wszystko od razu, aby po tym nie było żadnych nieporozumień. Uciekłaś wczoraj zbyt szybko i nie zdążyłem ci wszystkiego wytłumaczyć. Owszem to, że tu jestem jest spowodowane tym, że takie jest moje zadanie. Ale to zadanie tak naprawdę sam sobie przydzieliłem. Jestem tu, bo obiecałem sobie, że będę opiekować się Daneą, kimkolwiek będzie. Ale ty nią nie jesteś. Jesteś tylko jej kolejnym wcieleniem. Masz inny charakter i wygląd. Nie widzę w tobie Danei, choć może często będę cię do niej porównywać. Jesteś Nadią Blanchard, dziewczyną, która zastąpiła pustkę w sercu po stracie Danei. – palce Raphaela znalazły się na jej policzku, gładząc go lekko – Kocham cię tak samo, jak kochałem Danee, albo nawet jeszcze bardziej, bo ty jesteś tu i teraz, a jej już nie ma od dawna. Mam nadzieję, że mnie rozumiesz. – powiedział.
            Jego twarz znalazła się tak blisko jej, dokładnie tak jak tego pierwszego dnia, gdy dowiedziała się, że będzie jej narzeczonym. Zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że powinna się odsunąć, a najlepiej kazać mu stąd wyjść. Ona jednak go nie posłuchała. Kiwnęła głową odpowiadając na ostatnie pytanie Raphaela.
            -To dobrze.  – powiedział, a dystans pomiędzy nimi zmniejszył się do zera.
            Gdy usta Raphaela dotknęły jej ust, Nadie przestała w ogóle myśleć. Obięła go mokrymi rękoma w około szyi, nie zwracając uwagi na to, że właśnie pomoczyła mu ubranie. Za to obie jego ręce znalazły się na jej policzkach, jakby bał się, że gdzieś mu ucieknie. Tą jednak chwilę, przewal huk uwierania drzwi. Nadie oderwała się do niego, zabierając ręce. On jednak nie przejął się intruzem, jego dłonie nadal leżały tam gdzie wcześniej.
            -Czy pan Fillon przez przypadek nie pomylił pomieszczeń? – dobiegł ich głośny, lekko zły głos Anette.
            Nadie spłonęła rumieńcem. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Dla niej mógł wejść każdy, tylko nie ona.
            Raphael bez żadnego pośpiechu puścił Nadie.
            -Nie, a co? – odpowiedział wstając.
            -Mnie się jednak wydaje, że pan powinien być w salonie z Remim, a nie w sypialni Nadie.
            -A może mi sypialnia podoba się bardziej, niż salon? – zapytał, a z jego ust nie schodził szeroki uśmiech. Nadie wiedziała po minie Anette, że ma ochotę go udusić.
            -Nalegam jednak, abyś poszedł do salonu. I módl się chłopcze, aby Remi nie dowiedział się o tym, co tu widziałam. – powiedziała po krótkiej przerwie otwierając przy okazji szeroko drzwi.
            Raphael ruszył posłusznie w ich stronę. Jednak, gdy znalazł się w przejściu, odwrócił się jeszcze do Anette.
            -A mnie się jednak wydaje, że Remiemu by ten fakt nie przeszkadzał. – powiedział wychodząc pospiesznie na korytarz i zamykając za sobą drzwi.
            I dobrze, że to zrobił, bo Nadie miała wrażenie, że Anette za chwilę zacznie w niego czymś rzucać. Jednak, gdy wyszedł, kobieta odwróciła się w stronę szafy i zaczęła tam układać rzeczy, które przyniosła. Nadie za to nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Ma ją przeprosić, czy może lepiej siedzieć cicho. Wyjść w końcu z tej wody, czy siedzieć i czekać aż Anette będzie kazała jej to zrobić. Nie zdążyła jednak podjąć decyzji, bo kobieta odwróciła się w jej stronę ze swoją normalną miną, jakby zapomniała o tym, co tu przed chwilą widziała.
            -Wychodź w końcu z tej wody, bo skóra ci odpadnie.
            Nadie odetchnęła z ulgą wędząc, że jej opiekunka nie jest na nią zła. Posłusznie wyszła z wody, otuliła się ciepłym ręcznikiem i zaczęła wycierać ciało tak, aby nie została na nim ani jedna kropelka wody.
            -Zawiązać ci oczy, czy nie? – zapytała po chwili Anette.
            -Nie, chce wszystko widzieć. – powiedziała szybko, za nim stchórzy i będzie kazała zawiązać sobie oczy. Tak naprawdę zgodziła się na to po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat.
            Anette pokiwała głową, jakby właśnie tego się spodziewała i ruszyła w stronę szafy. Wyjęła stamtąd bieliznę, którą podała od razu Nadie. Dziewczyna ubrała ją i zaczęła śledzić ruchy opiekunki. Patrzyła jak ta wyjmuje z jej szafy suknię, którą miała ubrać. Przez pierwszą chwilę, gdy na nią patrzyła miała wrażenie, że skądś ją już zna.
            -Czemu wyjmujesz moją kaczuchę? – zapytała, nie bardzo rozumiejąc jej postępowanie. Nawet z daleka rozpoznałaby krój i kolor tej sukienki. Była to nadal ona, choć było w niej coś innego.
            -Remi dał za mało czasu. Żadna krawcowa nie uszyłaby nowej sukni w ciągu trzech dni. Tak więc, z racji tego, że nigdy tak naprawdę nie ubrałaś jej publicznie, postanowiłam ją trochę pozmieniać, abyś mogła ją dziś włożyć.
            Gdy Anette zdjęła materiał ochronny z sukni, Nadie zrozumiała, co jej się w niej nie podobało. Wcześniej kaczucha była cała żółta, bez skrawka jakiegokolwiek innego koloru. Teraz jednak było na niej pełno czarnych linii. Zaczynały się od gorsetu i ciągnęły się aż do samego dołu. Linie łączyły się, skręcały i rozłączały. Było ich pełno. Żółty stał się kolorem tła, który nie był taki jasny, jak wydawał się jeszcze jakiś czas temu.
            Nadie pozwoliła Anette się ubrać, przyglądają się każdemu jej ruchowi. Patrzyła, jak jej odbicie w lustrze się zmienia. Patrzyła na to, jak opiekunka zaplata jej włosy w wysokiego koka, jak robi makijaż, jak przyglądała się jej, po ukończeniu swojej pracy.
            -Remi po mnie nie przyjdzie? – zapytała się jej, gdy była już gotowa i miała wychodzić.
            Anette zaprzeczyła. Nadie wzięła głęboki wdech i ruszyła przed siebie. Był to pierwszy raz, w którym miała sama zejść na salę. Zawsze towarzyszył jej ojciec, albo Remi. Dziś miała to zrobić sama. Gdy stała przed krętymi schodami poczuła lekkie ukłucie strachu. Co miała teraz zrobić? Po prostu zejść? W jej głowie pojawiło się tyle pytań, bez odpowiedzi, że poczuła lekki ból głowy. Musiała się uspokoić. Próbowała myśleć o tych wszystkich dobrych stronach zejścia na dół. Ludzi, których może tam spotkać. Rzeczy, które mogą się wydarzyć.
            Nadie wzięła głęboki wdech i ruszyła do przodu. Wszystkie głowy, a nie było ich dużo, odwróciły się w jej stronę. Pierwszą osobą, którą zauważyła była ciocia Meggi, pulchna kobieta, która zawsze przemycała jej ciasteczka i cukierki, gdy dostawała na nie szlaban. Po tym następną osobą, na której zatrzymała wzrok, to rodzice Josephine i ona sama. W sumie to by się nieźle zdziwiła, gdyby ich tu nie było. Remi naprawdę chciał się im przypodobać, skoro ich zaprosił. Josephine posłała jej szeroki, pełen otuchy uśmiech. Nadie od razu zauważyła, że nie ma z nimi Alice, która na pewno też została zaproszona. Jakoś jej to nie zdziwiło, ona nigdy nie lubiła takich otwartych spotkań, nawet jeżeli było na nich bardzo mało ludzi. Wiedziała, że będzie musiała się zapytać o to przyjaciółki, gdy już zejdzie na dół i się do niej dopcha. Następnymi osobami, które rzuciły się jej w oczy, to dwójka osób stojąca nieco w oddali od innych gości. Ich nie znała. Domyśliła się, że muszą to być goście zaproszeni przez Raphaela. Jedną z ostatnich, którą zauważała, to jej brat. Remi stał jakieś dwa metry od schodów dumny jak paw, jakby to jego przyszła żona schodziła tymi schodami. Widząc jego minę miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Zawsze taki sam, nigdy się nie zmieni. Chwilę po nim utkwiła swój wzrok w Raphaelu. Stał prawie pod samymi schodami i patrzył na nią, jakby widział ja po raz pierwszy. Nadie trochę się speszyła, ale brnęła dalej widząc, że i tak zostało jej już niewiele schodów.
            Gdy znalazła się bezpiecznie na ziemi, Raphael podał jej rękę, po czym zaprowadził w stronę, gdzie stał Remi. No to teraz się zacznie – pomyślała – Remi i jego gadanina.
            Tak jak Nadie przepuszczała jej brat zaczął wygłaszać przemowę.
            -No dobrze, więc chyba powinienem zacząć od jakiś przeprosin. Wiadomo, że jak są zaręczyny, to powinno być jakieś większe przyjęcie z muzyką i w ogóle, ale niedawno umarł nasz ojciec, więc choćby mając na uwadze ten fakt, nie byliśmy w stanie zorganizować niczego większego. – przerwał patrząc każdej osobie w oczy – Powinienem też wspomnieć, że te zaręczyny były już przygotowywane od jakieś czasu, jeszcze, gdy ojciec żył. Wtedy tylko niestety nasza kochana Nadie miała wiele różnych „ale” i za weszką cenę nie chciała do nich dopuścić. Jak widać ostatnio przejrzała na oczy, chwała Bogu, i w końcu zgodziła się na nie. W ogóle to musze pogratulować wytrzymałości Raphaelowi, bo to, co on musiał przez nią przechodzić, to istne piekło. Będziesz musiał mi kiedyś powiedzieć, co ty takiego widzisz w mojej siostrze, że tak wytrwale dążyłeś do swojego celu. Tak wiec wracając do tematu…
            Nadie usłyszała chrząknięcie cioci Meggi, która stała na samym przedzie tłumu ludzi. Na twarzy Remiego pojawił się szeroki uśmiech.
            -Z tego co widzę, to moja ukochana ciocia jest już głodna, więc człowieku zakładaj jej już ten pierścionek i miejmy to z głowy!
            Ciocia Meggi pogroziła mu palcem, ale i tak z jej twarzy nie chodził uśmiech. Raphael wydobył niewielkie pudełeczko, wyjął z niego pierścionek z białym kryształem, po czym nałożył jej go na palec serdeczny. Nadie poczuła się tak szczęśliwa jak jeszcze nigdy dotąd. Przytuliła się do Raphaela nie zważając na fakt, że nie powinna. Z resztą on wcale, a wcale nie był zaskoczony tym faktem. Puścił ją dopiero w momencie, w którym Remi szturchnął go w ramię. Chłopak obiął siostrę w pasie.
            -Chyba będę musiał zmienić nazwę z kaczuchy, na coś innego.
            Nadie chała go trzepnąć, ale nie zdążyła, bo chłopak z uśmiechem na twarzy odsunął się od niej, robiąc miejsce cioci Meggi. Ta oczywiście tak uściskała dziewczynę, że ta poczuła się prawie dwa razy mniejsza. Po tym musiała oczywiście ogłosić, że jeżeli jeszcze kiedyś zobaczy jak oni dwoje przytulają się, bądź robią jeszcze coś innego, będzie kazała Anette chodzić za nimi, aż do samego ślubu. Mówiła to wszystko z uśmiechem na twarzy, ale Nadie i tak wiedziała, że gdyby chciała, zrobiłaby to w każdej chwili.
            Nadie i Raphael przesuwali się powoli pomiędzy gośćmi. Każdy z nich przytrzymał ich koło siebie, gratulując, bądź po prosu rozmawiając o jakiś błahych sprawach. Gdy dotarli do Josephine i jej rodziny, nie obyło się oczywiście bez pisków i pochwał jak to ładnie one wyglądają. Oczywiście tak jak sobie wcześniej obiecała, zapytała się gdzie jest Alice. Państwo Cartier powiedzieli jej, że dziewczyna na pewno się pojawi, tylko troszkę później. Przyjaciółki od razu spojrzały po sobie wiedząc, co te słowa znaczą – że i tak jej tu nie zobaczą.
            Gdy obeszli już wszystkie możliwe osoby, które znała Raphael zaprowadził ją do tej dwójki, którą sam zaprosił. Idąc w ich stronę zorientowała się, że z wyglądu mogą mieć po około dwadzieścia kilka lat. Choć Nadie i tak wiedziała, że pewnie maja więcej. No, bo niby, czemu Raphael miał zamiar zaprosić zwykłych ludzi. Jego goście na pewno byli przeklętymi.
            -Wiesz co człowieku, myślałem, że zacznę przypominać ścianę, za nim ty tu przyjdziesz. – powiedział na powitanie chłopak, który pod samego początku stał oparty o nią.
            Dziewczyna, która mu towarzyszyła przewróciła tylko oczami, jakby słyszała ten tekst po raz tysięczny. Miała ona długie, prawie czarne włosy, które opadały jej swobodnie na plecy. Jedno oko miała zasłonięte grzywką tak, że w ogóle nie było go widać, drugie natomiast było po prostu brązowe. Nadie patrząc na nią miała dziwne wrażenie, że jest z nią coś nie tak. Coś z tyłu głowy podpowiadało jej, że ona nie do końca wygląda tak, jak normalnie. Dziewczyna została jej przedstawiona, jako Elaine Mallory. Tak jak wcześniej stwierdziła Nadie, była Przeklętą.
            Chłopak natomiast miał krótkie blond włosy, oczy czarne jak noc, które przez prawie cały czas świeciły swoim własnym blaskiem. Z jego ust nie schodził uśmiech, jakby się z nim urodził. Przedstawił się jako Adrian, ale nie podał swojego nazwiska twierdząc, że minęło już za dużo czasu, aby nadal go używać. Tak jak jego towarzyszka był Przeklętym.
            -Czy wy, eee – zaczęła Nadie nie bardzo wiedząc, w jaki sposób powinna zadać to pytanie – tak wyglądacie naprawdę? W sensie, czy używacie iluzji, aby zakryć jakieś dziwne rzeczy, czy tak jak Raphael wyglądacie całkowicie ludzko.
            Adrian westchnął.
            -Do tej pory zastanawiałem się, czemu bozia pozwoliła temu idiocie zachować całkowicie ludzką postać, a nam, reszcie z tej siódemki coś pozmieniała w wygładzie. – zrobił pauzę patrząc się z sufit, tak jakby oczekiwał odpowiedzi na to stwierdzenie. Elaine i Raphael wybuchnęli śmiechem – Powiem ci, jesteś dość bystrą osobą, jak na kogoś, kto w ogóle tego nie pamięta.
            Wtedy Nadie miała dziwne wrażenie, jakby Adrian miał na sobie jakąś przeźroczystą tkaninę, a po tym bez żadnego problemu ją zdjął. Zobaczyła go tak jak powinna widzieć naprawdę, bez tej całej iluzji. Od samego początku domyśliła się, że kluczowym miejscem są jego oczy. Tamte, stworzone z iluzji, były zbyt nienaturalne, zbyt czarne i świecące. Jego prawdziwe oczy były jeszcze bardziej niezwykłe. Nie miały jednego koloru. Zmieniały barwę jak kameleon, który nie mógł się zdecydować na jeden kolor. Najpierw były niebieskie, po tym nagle stawały się zielone, następnie żółte, czerwone, fioletowe, a po tym na powrót niebieskie. I tak w kółko. Następnym szczegółem, który wyróżniał go wśród ludzi, to nienaturalnie długie i ostre kły. Gdy usta były zamknięte i miały poważną minę, nie było ich widać. Jak w przypadku Adriana to nie mogło mieć miejsca, bo przecież on non stop się uśmiechał.
            To zdjęcie iluzji trwało krótką chwilę, ale Nadie i tak zdołała dostrzec wszystkie szczegóły.
            -Nie mów mi tylko, że jesteś wampirem? – zapytała, choć nawet dla niej to pytanie było absurdalne.
            Tym razem cała trójka zaczęła się śmiać, choć Elaine starała się powstrzymać.
            -Zadałaś dokładnie to samo pytanie, które zadała Alexis, czyli poprzednie wcielenie Danei. – powiedział Raphael starając się powstrzymać od śmiechu.
            -Danea o to samo się mnie zapytała. – dodał Adrian, ale w żaden sposób nie próbował zamaskować tego, że to pytanie naprawdę go rozbawiło.
            Elaine natomiast spojrzała na nią przepraszająco.
            -Teraz już wiem, kto zapoczątkował mity i legendy o wampirach. On i Rayna. – stwierdziła.
            Nadie nie wiedziała, która część tego zdania podziałała na ich jak kubeł zimnej wody. Przestali się śmiać, a mina Adriana na chwilę przybrała poważny wyraz.
            -Kim jest Rayna? – zapytała Nadie, domyślając się, że właśnie to imię sprawiło, że zaszła w nich taka zmiana.
            Adrian zabijał wzorkiem Elaine, więc nie kwapił się jej odpowiedzieć. Raphael miał za to taką minę, jakby zastanawiał się, czy odpowiedzieć, czy może od razu zrzucić się z pierwszego lepszego okna.
            -Rayna to też Przeklęta, tyle, że stoi po stronie Tori. – ucichł, jakby zastawiał się, czy powinien powiedzieć coś jeszcze – Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz musiała jej poznać.
            Przez chwilę stali w takiej ciszy, że Nadie słyszała dokładnie rozmowy, które odbywały się kawałek dalej. Wtedy na twarzy Adriana znów pojawił się uśmiech, który oznaczał, że odpowiedź poszła w niepamięć, albo po prostu, że policzą się innym razem.
            -Znaleźliście Tori? – zapytał Raphael korzystając z tej chwili rozluźnienia.
            Adrian i Elaine spojrzeli po sobie rzucając wyzwanie, które z nich ma wpłynąć w paszczę rekina.
            -Niestety nie – zaczęła Elaine, która przegrała ten pojedynek – Ale wiemy z pewnym źródeł, gdzie może być.
            Raphael westchną zrezygnowany.
            -Mam tylko nadzieję, że znajdziecie ją zanim Tori zacznie nasyłać na Nadie swoich ludzi. – powiedział – Nie chcę, żeby to wszystko skończyło się tak, jak w przypadku Alexis.
            Elaine opuściła wzrok, za to Adrian spojrzał na niego wyzywająco.
            -Nie zapominaj, że chcieliśmy ci wtedy pomóc, tylko, że ty sobie ubzdurałeś, że sam możesz wszystkiemu zaradzić. Nie obwiniaj więc nas za los, który spotkał Alexis i jej rodzinę.
            -A co im się stało? – wtrąciła Nadie, mając nadzieje, że to pytanie choć trochę złagodzi spór, który się pojawił.
            -Alexis nie żyje – powiedziała bez żadnego wstępu Elaine – Ludzie Tori ją dopadli. Jej prawie cała rodzina skończyła tak samo, oczywiście rzecz jasna bez jej starszej siostry, która miała tyle oleju w głowie, że nie pojechała wtedy z nimi.
            W głowie Nadie pojawiło się pełno pytań dotyczących życia Alexis. Kim dokładnie była? Kiedy żyła? Jak umarła? Czy czeka ją to samo? Nie zdążyła jednak zadać żadnego z tych pytań, bo koło nich pojawił się Remi. Zaprosił ich do stołu. Adrian i Elaine od razu odetchnęli z ulgą, bo najwidoczniej obawiali się ciekawości Nadie. Ją za to zaczęły nękać róże dziwne przemyślenia. Czy to może dlatego jej ojciec umarł? Czy Remi i jej najbliżsi skończą tak samo, jak rodzina Alexis. Siedząc przy stole i jedząc nie mogła odpędzić się od takiego typu pytań, nawet gdy Adrian siedzący przed nią non stop posyłał jej różne dziwne miny, a Raphael próbował zmienić jej tok myślenia po przez zwykłą rozmowę. Jedynie Elaine nie wtrącała się w to, pogrążona w swoich rozmyśleniach.
            Gdy już prawie wszyscy odeszli od stołu i zaczęli zebrać się w niewielkie grupki, które o czymś rozmawiały, Raphael szturchnął ją w ramię, bo nadal wpatrywała się w swój talerz, z którego nic nie ubyło. Nie była w stanie jeść, a to wszystko przez myśli, które ją owładnęły. Spojrzała na niego nie bardzo rozumiejąc, co on może w tej chwili od niej chcieć.
            -Chciałabyś się przejść? – zapytał, uśmiechając się do niej czule.
            Nadie pokiwała głową i wstała od stołu. Wszystko było lepsze od siedzenia przy nim i rozmyślania nad rzeczami, które mogą się stać, albo już się stały. Wymknęli się przez drzwi prowadzące na taras. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi rozświetlało swoimi promieniami powierzchnię wody, która otaczała z jednej strony ich posiadłość. Ogród, który przemierzali był pusty i cichy. Gdzieś w oddali było słychać śmiechy gości i śpiewy ptaków.
            Na Nadie ten widok i ta cisza podziałały kojąco. Myśli przestały się kotłować w jej głowie, opuszczając ją i pozwalając cieszyć się chwilą.
            -Wiesz, że ciocia Meggi nie żartowała? – zapytała w pewnym momencie Raphaela, który od ucieczki z salonu nadal trzymał ją za rękę.
            Uśmiechnął się tylko ściskając mocniej jej dłoń, jakby bał się, że Nadie może ją puścić.
            -Chcesz, aby aż do ślubu Anette chodziła za nami wszędzie? – zapytała po raz kolejny. Z jej wypowiedzi można byłoby pomyśleć, że w ten sposób chce zmusić go do puszenia reki i odsuniecie się od niej, na co najmniej dwa metry. Jej jednak nie chodziło o to. Bała się, że ciocia spełni swoje groźby. Nie byłoby to dla niej miłe, gdyby Anette łaziła za nią krok w krok, bo ciocia tak kazała. Jej zresztą też by się to nie podobało.
            Raphael wzruszył tylko ramionami.
            -To, że ją teraz spotkamy jest tak prawdopodobne jak to, że Remi stanie i zacznie tańczyć na stole z krewetkami w nosie. – powiedział z tak poważną miną, że nawet gdyby nie usłyszała tej wypowiedzi, wybuchnęłaby śmiechem – Nie bój się, na pewno jej tu nie spotkamy.
            Wtedy, jak na potwierdzenie tego, że wszystko jest możliwe zobaczyli ciocię Meggi. Stała wraz z rodzicami Josephine i jeszcze kilkoma innymi osobami rozmawiając o czymś głośno. Nadie przystanęła i już chciała się odwrócić i wrócić tą sama drogą, którą tu przyszła, ale Raphael przytrzymał ją w miejscu. Po chwili, która dla Nadie byłą chyba wiecznością ruszył do przodu. Przez to, że nadal trzymał ja za rękę musiała iść za nim, no chyba, że chciała się obejść bez niej.
            -Raphael, zgłupiałeś już? – syknęła w jego stronę, przyspieszając kroku – A jak nas zobaczy?
            -Nie zobaczy, nie zobaczy, nie bój żaby.
            Tym też razem szczęście odwróciło się od niej, bo w momencie, gdy kończył swoją wypowiedź ciocia Meggi zaczęła odwracać się w ich stronę. Nadie pisnęła, jakby zobaczyła trójgłowego smoka i ruszyła biegiem przed siebie. Jej celem była fontanna, która dawała cień, a po tym dolny ogród, do którego prowadziły dość strome i długie schody. Raphael też chyba w końcu odzyskał rozum, bo ruszył za nią. Gdy zbiegała po schodach podciągnęła suknię prawie po kolan, aby przez przypadek się nie potknąć i nie narobić jeszcze więcej hałasu, niż to już jest możliwe.
            Gdy dotarli na sam dół, Nadie oparła się o jeden z konarów drzew i wstrzymała oddech, nasłuchując czyjejś obecności. Minęła dobra minuta, zanim odetchnęła z ulgą. Ciocia ich nie zauważyła. Cud.
            -Jesteś idiotą – powiedziała do Raphaela uśmiechając się przy okazji – już nigdy więcej z tobą nigdzie nie pójdę!
            Na twarzy Raphaela też pojawił się uśmiech.
            -Na pewno tego chcesz panienko Blanchard? – zapytał, a z jego twarzy nie zchodził uśmiech. Przysunął się do niej tak, że był na wyciągnięcie jej ręki.
            -Jestem tego pewna, panie Fillon. – odpowiedziała ściszając głos.
            Kolejne kilka kroków i stykali się nosami.
            -Jak sobie chcesz – wyszeptał, po czym po raz kolejny tego dnia pocałował ją.
            Na początku ten pocałunek nie różnił się od tego, którym obdarował ją, gdy była w wannie. Lekki, niczym muśnięcie wiosennego wiatru. I niezwykle słodki. Po tym jednak coś się zmieniło. Niczym ogień na zapałce, który na początku jest niewielki, ale gdy podłoży mu się gałąź, albo kawałek papieru powiększa się w niesłychanym tępe. Raphael przycisnął Nadie do drzewa, obdarowując jej usta coraz to głębszymi i bardziej namiętnymi pocałunkami. Wodził rękoma po jej ciele nie mogąc nadziwić się ciepłem jej skóry i drżeniem, które on wywoływał.
            Niestety nawet to szybko się skończyło. Tę scenę rodem z romansu przerwał czyjś śmiech. Śmiech, który na pewno nie wróżył nic dobrego.
***
Przepraszam was najmocniej. wiem, ze miałam to wszystko zakończyć w sześciu rozdziałach  choć w sumie pewnie by mi to wyszło, ale mielibyście do czytania ponad piętnaście stron worda, a ja wiem z wlanego doświadczenia, że nikomu by się nie chciało. tak wiec podzieliłam wam to wszystko na dwie, o dość normalnych rozmiarach, części. Mam nadzieje, że nie będziecie mi mieli tego za złe.
Następny i zarazem ostatni z tej księgi, powinien pojawić się za tydzień, ale nie obiecuję, bo w przyszłym tygodniu mam po prostu hardkora w szkole. Pięć prac klasowych!!! ich już na prawdę do reszty p******o!!! Ale nie ma tego złego co by nam na dobre nie wyszło. Jeszcze ten tydzień przeżyć a po tym dwa tygodnie wolnego!!! ;) Już mi się to podoba!
Pozdrawiam

18 komentarzy:

  1. A, to było ekstra. Cała ta sytuacja w łazience - boska, a reakcja Anette? Mraśnie.
    Potem bal i ciotka- którą wielbię na kolankach! , a potem poznanie Adriana i Elaine, kocham twoje opowiadanie, błagam cię nie kończ tak szybko.
    pozdrawiam.
    :d

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uwielbiam Adriana i Elaine, a w szczególności Adriana *.* wież mi, też nie chcę kończyć tej Księgi, ale trzeba iść do przodu. a nóż, widelec następna spodoba ci się bardziej niż ta xd
      pozdrawiam

      Usuń
    2. Możliwe, nawet bardzo. Ogólnie to mi się podoba Twój styl i pomysł na to opowiadanie. Piszesz ciekawie, co cenię najbardziej.
      miłego dnia życzę.
      ps. na nocte-avis.blogspot.com pojawił się rozdział 3 :D

      Usuń
  2. Podobał mi się ten rozdział. Zresztą już pomału chyba robię się nudna. No, ale z tobą inaczej się nie da. Po prostu niezmiennie zachwyca mnie twój styl i będę to powtarzać bez końca, więc tego... Przygotuj się :D
    Ubawiłam się czytając o tym jak Raphael wchodzi do sypialni Nadie przez okno. Oj, podziałało to na moją wyobraźnie. To byłe genialne, hah.
    Potem ich pocałunek w wannie i późniejsza reakcja Anette. Kocham ten twój humor xD Po prostu nie można się w tym opowiadaniu nudzić.
    Późniejszy bal, bo chyba tak to można nazwać, też wypadł bardzo fajnie. Mieliśmy okazję poznać kolejnych bohaterów i już ich uwielbiam ;)
    Zastanawiała mnie natomiast ta końcówka. Kurczę, niepokojące to. Zwłaszcza, że sama napomniałaś iż następny rozdział będzie ostatnim z tej księgi. Czyżbyś znowu uśmierciła naszą bohaterkę? Nie chciałabym tego :( Ale chyba prośby i błagania na kolanach na nic się nie zdadzą, co?
    No nic czekam na kolejny rozdział z wielką niecierpliwością.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A powtarzaj się, mnie to nie przeszkadza! Na początku ta scena miała wyglądać trochę inaczej, ale doszłam do wniosku, ze jak rozdział ma być cały taki na luzie to i mogę wrzucić coś śmiesznego. tak więc właśnie w ten sposób powstała ta scena.
      Końcówka miała być właśnie taka, niepokojąca. i miała dawać taki niedosyt.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Tak szczerze to już nie do końca pamiętam o czym pisałam w tamtych komentarzu, ale postaram się go jakoś odtworzyć.
    Chyba zostawiłaś te "złe" i bardziej kulminacyjne momenty na przyszłą część rozdziału, bo ten śmiech na koniec właśnie to zapowiada. Ech, a było tak przyjemnie - narzeczeni zaczęli się coraz lepiej dogadywać, a już takim dużym przełomem w ich relacjach była scena w wannie. Dobrze, że Raphael zapewnił Nadie, że nie widzi w niej tylko Danei, a kocha właśnie ją samą i to nawet bardziej od jej poprzedniego wcielenia, bo jest tu i teraz - naprawdę rozczulająca scena, nie dało się przy niej nie uśmiechnąć :)
    Lubię Adriana, to taki wiecznie uśmiechnięty Przeklęty, gotowy zawsze rzucić jakimś żartem. Poza tym fajny myk z tym zmienianiem koloru oczu, chociaż penie zwykli ludzie zwracaliby na to nadmierną uwagę, gdyby nie iluzja.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ci bardzo, że dodałaś go jeszcze raz! Jestem straszną gapą i dość często zdarza mi się usunąć komentarz przez przypadek.
      Dobrze odgadłaś, właśnie w przyszłym rozdziale będzie się dużo działo. Ale zawsze w ostatnich rozdziałach będzie się dużo działo;)
      Tak jak wcześniej pisałam pod komentarzem Moni, że chciałam jakoś ubarwić, w taki też sposób powstała ta scena. Te wyznania Raphaela pojawiły się tu dlatego, że tak na prawdę w pierwszej księdze nie było nic o ich relacjach, tak więc tu musiałam coś dodać.
      Tak Adrian jest cały czas uśmiechnięty, no chyba, że Raphael albo Elaine, go wkurzą. Jednak tak na prawdę pod tym uśmiechem kryje się w ogóle inny człowiek. Nie będę jednak nic wiecie zdradzać;) też uwielbiam jego oczy*.* są takie fajne!
      Pozdrawiam i jeszcze raz dzięki

      Usuń
  4. Piękny rozdział. Świetnie napisany. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Bardzo spodobała mi się postać Raphaela - ma w sobie to coś i jest naprawdę intrygujący, czarujący :).
    Scena gdy Nadie leżała w wannie - świetna. :) gratuluję.
    Przy okazji dziękuję za miłe słowa u mnie i oczywiście zapraszam ponownie. :)
    zyjaca-dla-atona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ci za te piękne słowa. Tak, Raphael ma w sobie to coś, ale jest też niezłym ziółkiem. Już niedługo się przekonasz;)

      Usuń
  5. No, ja tu się wciągnełam, a tu prawie koniec :(. Ale no dobra, ja już się domyślam że to Tori lub ktoś od niej, jak że mogło by być inaczej ^^. Nie zmienia to faktu że czekam na nn.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przyznaję się bez bicia narazie dałam radę przeczytać tylko prolog, jestem padnięta :) Jednak obiecuję przeczytać wszystko jutro z samego rana. Zresztą ... już sam prolog zachęca do dalszego czytania. Księżniczka Przeklętych, fajnie brzmi. Kiedyś zaczytywałam się fantastyką, obecnie siedzę w obyczajówkach historycznych. I nie wiem czy dobrze odczytałąm wymowę opisu bloga, Jakoby główna bohaterka miała za sobą wiele żyć? Czy chodzi o reinkarnację? Nie ukrywam, że bardzo interesuję się tą tematyką.

    W odpowiedniej zakładce pozostawiam adres do siebie.
    MR :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie widzę nigdzie zakładki przeznaczonej do spamu więc jestem zmuuszona zrobić to tutaj http://buntownik-baryka.blogspot.com/ Wybacz : P

      Usuń
    2. Bardzo, bardzo dziękuję;) nawet jeżeli przeczytałaś dopiero prolog. Dobrze zrozumiałaś, główna bohaterka będzie się reinkarować, nawet kilka razy. Zorientujesz się mniej więcej o co chodzi po przeczytaniu pierwszej Księgi. Oczywiście o ile dotrwasz do tego momentu xd
      Ja po skończeniu tego opowiadania też mam ochotę napisać jedno obyczajowe opowiadanie. Najpierw jednak muszę skończyć to.
      Tak więc zapraszam do dalszego czytania i obiecuję, że sama niedługo do cb zajrze;)

      Usuń
  7. Bardzo podobało mi się"wejście smoka" w wykonaniu Raphaela...
    Potem pocałunek.

    Wszystko to świetnie napisane, oddające emocje i... Ogólnie brak mi słów, którymi mogłabym opisać tak wspaniały rozdział i opowiadanie.

    Nic tylko czekać nn <3
    Byłabym wdzięczna, gdybyś mnie o nim poinformowała na moim blogu.
    Pozdrawiam serdecznie <3

    http://chanel-przekleta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ci gardzi;3 miło mi czytać takie słowa. Użyłaś dobrego stwierdzenia na to wejście Rwphaela. Wiesz mi będzie miał jeszcze lepsze xd
      Pozdrawiam;D

      Usuń
  8. Serdecznie zapraszam na Rozdział 007 „Przeszkody” na adres http://pokochac-lotra.blogspot.com. Życzę przyjemnej lektury.

    OdpowiedzUsuń

wykonała Anaya