sobota, 13 kwietnia 2013

II. Rozdział 5


„Nie ma ciemności mroczniejszej od wielkiego światła, które zostało zepsute”
Lauren Kate

            Nadie cieszyła się niezmiernie, że Remi nie wpadł na tak głupi pomysł, aby organizować jakieś większe przyjęcie. Choć ona doskonale wiedziała, że nie miałby nic przeciwko temu. Dlatego tak cieszyła się, że jednak zrezygnował z tego swojego głupiego pomysłu i chce zorganizować tylko coś na kształt kolacji. Kolacji, na którą przyjdzie tylko około dwudziestu osób, czyli najbliższa rodzina i przyjaciele. Nie będzie żadnych kobiet, które będą czekały na to, aż się potkniesz, ani starszych pań, które będą biegały w około ciebie prosząc, abyś jednak zmieniła zdanie. Gdy przyglądała się jak Remi wypisuje nazwiska osób, które mają zostać zaproszone zauważyła, że Raphael poprosił o zaproszenie tylko dwóch. Nadie w ogóle ich nie znała, ani nie kojarzyła imion i nazwisk, choć wiedziała, że mieszkają w tym samym miasteczku, co ona. Zapytała się nawet go, czemu tylko oni i kim są dla niego. W sumie pewnie nie zadałaby tego pytania, gdyby nie to, że jedną z dwójki tych gości była dziewczyna. Gdy Raphael usłyszał to pytanie zaczął się śmiać, a gdy w końcu się uspokoił powiedział, że chłopak jest jego przyjacielem, a dziewczyna to tylko koleżanką, ale żeby o tym nie wspominała przy Remim, bo mu powiedział coś innego.
            Tak wiec te cztery dni, które wyznaczył Remi minęły, dość szybko. Dla Nadie był to dość śmieszny okres, ponieważ miała dziwne wrażenie, że Raphael u nich zamieszkał. Jakakolwiek nie byłaby pora, był u nich i coś robił. Gdy zwierzyła się z tego Josephine, ta stwierdziła, że chłopak próbuje się przyzwyczaić do spędzania czasu z nią, bo niedługo będzie musiał być z nią dwadzieścia cztery na dobę. Oczywiście za tą wypowiedź dziewczyna dostała sójkę w bok, ale nawet to nie powstrzymało jej od wybuchu śmiechu. Poza tym Nadie podczas tego okresu czuła się tak jak przez ostatnie dwa tygodnie, gdy trwała ta ich rywalizacja, choć w tej chwili wyglądało to trochę inaczej. Ona nie robiła nic, to on non stop zaskakiwał ją jakąś rzeczą – to zabierał gdzieś na spacer, choć teraz omijali tereny blisko lasu, aby nie natknąć się na sowy i wilki, to dostawała od niego jakiś duży bukiet kwiatów, bądź wiersz. Zawsze po jego przeczytaniu miała rumieńce na twarzy, a uśmiech nie schodził jej z ust. To było tak miłe, że zaczęła doceniać to, że Josephine przemówiła jej do rozsądku i zgodziła się na to wszystko.
            Dzień po tym jak Remi ogłosił termin zaręczyn poszła do Raphaela i zapytała się, czy przez przypadek nie żałuje tego, że się zgodził. Już zawsze będzie pamiętać uśmiech, który pojawił się wtedy na jego twarzy. Powiedział jej wtedy, że nigdy nie będzie żałował chwil, które z nią spędził. Choć Nadie go nie znalazła, to ta wypowiedź miała swoje drugie dno, które niestety niedługo poznała.
            Dokładnie dzień przed zaręczynami Raphael zabrał ją do miasteczka, do jednego z największych i najpiękniejszych parków, które były na tym obszarze. Chłopak, po mimo obowiązującego tam zakazu, zerwał każdy napotkany kwiat. Rozmawiał z nią bardzo dużo. Wypytywał się o jej rodziców, o Remiego, o Josephine i wszystkich innych bliskich jej ludzi. Chciał wiedzieć wszystko na jej temat. Ona opowiadała mu o wszystkich, choć w niektórych momentach chciała to przerwać, szczególnie, gdy temat zaczynał ją irytować. Podczas jednego z takich momentów zapytała go, czemu non stop rozmawiają o niej i czemu jej też nie można było zadawać mu pytań. Zaśmiał się mówiąc, że jej życie na pewno było bardziej interesujące niż jego, ale pozwolił sobie zadać jedno pytanie. Przez długie chwile Nadie zastanawiała się, o co powinna się zapytać. Chała wiedzieć, dlaczego tak uparcie o nią walczył, czemu nie zrezygnował, skąd ją w ogóle znał, skoro ona nigdy go przed tym feralnym dniem nie widziała. Sama jednak się zdziwiła, gdy nie zapytała o żadną z tych rzeczy. Zapytała się, kim jest Danea. Na samym początku jego mina była taka sama do tej, gdy ostatnio o niej wspomniała. Smutek pomieszany ze zdziwieniem. Po tym, gdy zaczął jej o niej opowiadać zaczęła żałować, że zaczęła ten temat. I tu nie chodziło o to, że była zazdrosna, tylko o to, że nie mogła znieść tej jego przygnębionej miny. Powiedział, że Danea była dla niego na początku kimś na kształt przyjaciółki. Po tym związek ten przerodził się w coś większego, co nie trwało zbyt długo. Wszystkim teraz mówi, że ona nie żyje, choć tak na prawdę stało się coś innego – przestała o nim pamiętać. Nie powiedział jej, w jaki sposób to się stało, a Nadie nie chciała na to naciskać. Wiedziała, że będą mieli jeszcze dużo czasu i jak kiedyś będzie chciał, to opowie jej tą historię do końca. Raphael nie pozwolił się jej martwić tym zbyt długo, bo zaczął znów serię tych swoich pytań.
            Gdy wracali do domu Nadie myślała, że już nic nie może popsuć jej tego dnia. Szybko się jednak przekonała, jak błędne były jej myśli.
            Najpierw coś uderzyło powóz, którym jechali z taką siłą, że wywróciło go na bok. Nadie już wtedy była przerażona, choć jeszcze nie wiedziała, że to dopiero początek. Gdy Raphael w końcu wydostał ją ze środka, nie była w stanie ustać na nogach. Chciała zerknąć w stronę woźnicy, który ich wiózł, aby sprawdzić, czy mu nic się nie stało. Chłopak szybko odwrócił jej głowę inną stronę, aby oszczędzić jej tego widoku. Mężczyzna był rozszarpany, jakby dopadło go jakieś leśne zwierze. Nadie zobaczyła tylko kałużę krwi, która od razu przypomniała jej o tym, co stało się w gabinecie jej ojca. Żołądek podszedł jej do gardła, choć ze strachu nie była w stanie zwymiotować. To był jednak dopiero początek jej koszmaru.
            Nie minęła chwila, gdy z lasu po drugiej stronie drogi zaczęło coś wychodzić. Na początku widziała tylko czarny kształt przedzierający się w ich stronę. Po tym żółte tęczówki świecące w ciemności. Gdy zwierzęta ukazały się jej w pełnej krasie Nadie nie była w stanie ustać na nogach. Pewnie gdyby nie to, że Raphael ją podtrzymywał leżałaby na ziemi kuląc się ze strachu. Z lasu wyszył bowiem dwa czarne wilki. Nadie już nawet nie wiedziała gdzie jest, ani jak się nazywa, nie była w stanie pomyśleć niczego innego niż to, że zachwalę umrze. To Raphael wyrwał ją z tego odrętwienia.
            -Nadie zdejmij buty. Będziemy teraz musieli biec przez las, aż do twojego domu, aby spróbować im uciec. Będziesz musiała dać z siebie wszystko, bo te zwierzęta są bardzo szybkie. Rozumiesz?
            Pokiwała głową, choć do końca jeszcze nie rozumiała, o co mu chodzi. Zdjęła buty, które w ogóle nie nadawały się do biegania, bo miały wyskoki obcas. Chciała je tam zostawić, ale doszła do wniosku, że może jej się przydadzą, tak więc wzięła je do reki mając nadzieję, że nie będzie musiała nimi atakować tych przebrzydłych zwierząt. Raphael uśmiechnął się do niej, aby dodać jej otuchy, po czym ją popchnął, aby dać znać, by biegła. Wystartowała najszybciej jak umiała i kierowała się w stronę jasnej plamy, która rozciągała się przed nią. Wiedziała, że gdy tam dobiegnie będzie uratowana. Stamtąd już blisko do domu, gdzie będzie bezpieczna. Słyszała za sobą kroki Raphaela. Słyszała też wycie wilków, które nagle rozległo się w całym lesie. Serce na moment przestało jej bić. Chciała się poddać, zrezygnować z biegu. Szybko jednak otrząsnęła się w tych głupich myśli. Nie mogła tego zrobić, Raphael przecież wierzył, że się jej uda. Nie mogła przecież zostawić Remiego. Wzięła się więc w garść i zaczęła biec z jeszcze większą energią, niż wcześniej. Nie minęło nawet dziesięć sekund, gdy musiała się zatrzymać. Znalazła się w miejscu, które przypomniało jakąś polane, ale to najprawdopodobniej było tylko złudzeniem. Nie mogła biec dalej, bo ze wszystkich stron otoczyły ich wilki. Wszystkie były czarne, wszystkie miał te same żółte oczy i wszystkie patrzyła na nią z chęciom mordu.
            -Pieprzone bestie! Otoczyły nas. – syknął Raphael chwilę później.
            Nadie odwróciła się dookoła własnej osi, aby przekonać się, że to co powiedział jej przyszły narzeczony, było prawdą. Wilki zamknęły ich w kręgu. Było ich dwanaście. Gdy uświadomiła sobie, że stamtąd nie uciekną usłyszała śmiech, którego chyba nigdy nie zapomni. Zadrżała, ale i tak spojrzała w stronę, z którego dobiegał. Zobaczyła mężczyznę, który był w wieku jej zmarłego ojca. Przez chwilę Nadie poczuła nadzieję, że im pomoże. Szybko jednak zrozumiała, że on tu jest po to samo, co chcą wilki – chce ich zabić. Siedział na gałęzi, która znajdowała się prawie sześć metrów od ziemi. Nagle zeskoczył. Gdy jego nogi dotknęły podłoża przeistoczyły się w wilcze łapy. Przez chwilę przed nimi stał wilk bardzo podobny do tych, które tworzyły krąg, z tą różnicą, iż był brązowy. Szybko jednak znów przeistoczył się w mężczyznę, a Nadie dziękowała Bogu, że był ubrany. Cieszyła się, że mężczyzna w ogóle nie zainteresował się nią, tylko całą uwagę skupił na Raphaelu.
            -Shane – powiedział, a na jego twarzy pojawił się przebrzydły uśmiech, który nie mógł oznaczać niczego dobrego.
            Zerknęła na Raphaela, ale z jego twarzy nie wyczytała żadnych emocji. Patrzył na mężczyznę z miną, jakby zastanawiał się, co ma z nim zrobić.
            -Henry – wysyczał, jakby to imię wypalało mu szczękę.
            Mężczyzna, który musiał się tak nazywać uniósł jedną brew do góry.
            -Jak miło, że jeszcze o mnie pamiętasz. Ile to już czasu minęło odkąd się ostatni raz widzieliśmy? Pewnie nie wiesz, ale…
            Raphael jednak nie dał mu skończyć.
            -Czego ty chcesz?
            Mężczyzna westchnął.
            -Przyszedłem tu zakończyć wszystko w pokojowy sposób, a ty mi to utrudniasz. Czego chcę? Chcę tego, co chce Tori, a ty wiesz, czego ona chce.
            Nadie poczuła dreszcz, gdy wzrok mężczyzny odwrócił się w jej stronę. Jego oczy były żółte, tak jak oczy wszystkich tych wilków, które tworzyły okrąg w około nich. Przez króciutką chwilę miała dziwne wrażenie, że skądś zna tego mężczyznę, jednak ono minęło, ledwo tamten otworzył usta.
            -I to ma być ona? – zapytał z pogardą w głosie – Przecież nawet nie jest podobna do mojej Danei. To jest tylko jej marna podróbka.
            -Danea już nie jest twoja – wysyczał w jego stronę Raphael.
            -Oh Shane, Shane, ona zawsze będzie moja. – powiedział, po czym machnął ręką.
            Przez kilka pierwszych sekund Nadie myślała, że to po prostu jakaś gestykulacja. Szybko jednak zrozumiała, jak bardzo się pomyliła. Wilk, który znajdował się najbliżej niej skoczył w jej stronę. W ostatniej chwili odsunęła się w bok tak, że zęby tego wilka nie znalazły się na jej gardle, tylko chwyciły rękę. Nadie krzyknęła przeraźliwie. Nieźle się też zdziwiła, gdy wilk tak po prostu ją puścił i wrócił na swoje miejsce w kręgu. Jej ręka nie wyglądała dobrze, z rany, którą zrobił jej wilk zaczęła sączyć się krew. Spojrzała z przerażeniem na Raphaela, on odwzajemnił tym samym.
            -Zakończmy to. – powiedział mężczyzna.
            Wtedy też wszystkie wilki zawarczał i skoczyły w ich stronę. Zobaczyła tylko jak Raphael posyła jej przepraszające spojrzenie, po czym w około niej pojawił się ogień. Nadie krzyknęła jeszcze bardziej przerażona, niż gdy wilk ją ugryzł. Ogień pojawił się z niczego, miał prawie dwa metry wysokości i zamykał ją w szczelnemu kręgu tak, że nikt do niej się nie dostanie. Nadie czuła ciepło bijące od niego. Ogień nie był jednak gorący, tylko ciepły. Nadie swoją zdrową ręką sięgnęła w głąb niego. Gdy wyjęła rękę, przez chwilę na koniuszkach jej palców paliły się niewielkie płomyki, a po tym zniknęły. Jej ręce prócz tego nic się nie było.
            Stała pomiędzy tymi płomieniami nie wiedząc, co ma zrobić. Słyszała głosy wilków, które bardzo ją niepokoiły, ale bała się wyjść ze swojego bezpiecznego kokonu. Wiedziała, że wystarczy, iż wystawi rękę na zewnątrz, a już będzie musiała obejść się bez niej. Przez kilka długich minut modliła się, aby Raphaelowi nic się nie stało. Wtedy też usłyszała głos tego mężczyzny.
            -Ta walka jest nudna. Nie mogę cię zabić za to, co zrobiłeś mojej kochanej Danei, więc mam nadzieję, że choć to pozwoli ci poczuć ból, który mi zadałeś.
            I wtedy też wszystko ucichło. Nie było słychać żadnych wilków, ani odgłosów walki. Po kilku długi sekundach, w których nasłuchiwała, bariera stworzona z ognia po prostu zniknęła. Ziemia pod nią nie była wypalona, jakby w ogóle tego ognia tu nie było. Nie przejmowała się jednak tym zbyt długo. Od razu pobiegła w stronę Raphaela, który leżał na ziemi oddychając ciężko. Nadie stała nad nim nie wiedząc, co ma zrobić. Przed jej oczami stanął obraz z gabinetu jej ojca. Remi leżał tak samo. Też się nie ruszał. Wtedy na twarzy Raphaela pojawił się lekki uśmiech.
            -Nie płacz, nic mi nie będzie – powiedział nawet nie otwierając oczu.
            Dopiero wtedy zauważyła, że płacze. Wytarła łzy wierzchem dłoni. Nie chciała już płakać. Napłakała się sporo po śmierci ojca. Nikogo więcej już nie straci.
            Raphael leżał jeszcze przez chwilę w takiej pozycji, po czym zaczął powoli siadał. Nadie od razu zauważyła, że jedna z jego rąk jest nienaturalnie wygięta. A na twarzy i rękach widać było pełno drobnych ran. Cały jego bok był czerwony, co oznaczało, że tam znajduje się coś groźniejszego. Zamknęła oczy, gdy chłopak zaczął sobie nastawiać rękę. Gdy było już po wszystkim usiadła naprzeciwko niego czekając na jakieś wyjaśnienia.
            -Co z twoją ręką? – zapytał, jakby w ogóle nie zauważył tego, co chce Nadie.
            Dziewczyna szybko uniosła ją do góry, aby pokazać, że nadal jest na swoim miejscu. Na szczęście już nie krwawiła. Czyli nie było to nic poważnego.
            -Kim był ten facet? Co tu się w ogóle dzieje? – zapytała, a głos zaczął jej drżeć.
            -Nie przejmuj się nim, to jakiś idiota, który ma do całego świata pretensję. – zaczął, ale non stop odwracał wzrok, co oznaczało, że wie co tu się stało, tylko o prostu nie chciał jej o tym powiedzieć.
            -Czemu nazwał mnie kopią Danei? – zapytała, mając nadzieje, że w końcu coś z niego wyciągnie.
            Raphael westchną z rezygnacją.
            -Naprawdę chcesz drążyć ten temat?
            Pokiwała głową i czekała, aż zacznie jej tłumaczyć. Po jego minie wywnioskowała, że boi się, że ona mu nie uwierzy.
            -Wierzysz w istnienie czarownic? – zapytał jąj.
            Spojrzała na niego, jak na wariata. Choć w sumie po tym, co dziś zobaczyła, mogła spodziewać się wszystkiego. Wzruszyła więc ramionami.
            -Niestety czarownice istnieją. Dzielą się na dwie grupy. Te, które stoją po tej dobrej stronie, zwane też Odwiernymi, oraz te złe. Największym problemem dla nas jest jedna z tych złych. Tori. Kiedyś, gdy jeszcze stała po dobrej stronie, wskrzesiła swojego brata, gdy ten umierał. Po nim, w ciągu miesiąca wskrzesiła jeszcze sześć osób – tych, które coś dla niej znaczyły, przyjaciół, rodzinę. A wskrzeszanie ludzi było zabronione wśród Odwiernych. Tak więc przez to stała się tą złą. Im więcej ludzi wskrzesiła, tym bardziej zaczynała wariować. Aż w końcu na dobre straciła swoją dawną osobowość. Zabrała tych, których wskrzesiła i ruszyła z nimi na podboje. Jednak ludzie, których wskrzeszała przestawali nimi być. Niektórzy z nich przestawali nawet przypominać ludzi – mieli różnokolorową skórę, bądź jakieś części ciała od zwierząt. Im mniej Tori się starała, tym oni wyglądali mniej ludzko. Najbardziej ludzko wyglądała ta pierwsza grupa. Takich też ludzi zaczęto nazywać Przeklętymi. Wielu z nich jednak sprzeciwiło się jej woli i uciekło. A Tori, aby wykonać swój plan potrzebowała ich wszystkich. Tak więc postanowiła wykonać pewien eksperyment. Stworzyć przeklętego, który będzie magnesem dla nich wszystkich. Na obiekt swoich badań wybrała Danee. Eksperyment jednak nie potoczył się tak, jak powinien, bo ona nie chciała współpracować z Tori, sprzeciwiła się jej. Od tamtego momentu odradza się w różnych czasach, a Tori ją tropiła, aby ją zniszczyć, bo się jej bała.
            Nadie patrzyła na niego pochłonięta tą historią. Nie mogła uwierzyć, że takie rzeczy mogą dziać się na świecie. Anette zawsze, gdy była młodsza opowiadała jej różne historie, które mówiły o czarownicach i innych taki rzeczach. Nie spodziewała się, że jest w tym też po części prawda.
            -A co ja mam wspólnego z Tori? – zapytała, choć zaczęła się już tego domyślać.
            -Jesteś tym samym, kim była Alexis Grey w XXI wieku – kolejnym wcieleniem Danei, Przeklętej, która była najbardziej ludzka z nas wszystkich. Jesteś też eksperymentem, który się nie powiódł Tori, którego ona się obawia. Jesteś też magnesem dla Przeklętych – gdzie ty jesteś, są też oni. Przeklęci, którzy stoją po twojej stronie i nazywają cię Księżniczką. Jesteś naszym promyczkiem nadziei, bo dzięki tobie możemy zniszczyć Tori.
            Patrzyła na niego z niedowierzeniem. Czyli jednak świat stanął na głowie. Była Daneą – dziewczyną, która w ogóle nie była człowiekiem. Miała też wygrać jakąś dziwną wojnę. Za dużo informacji jak na jeden raz.
            -A ty, kim jesteś? – zapytała, bojąc się usłyszeć odpowiedź.
            -Jestem Przeklętym, jednym z tej pierwszej siódemki. – odpowiedział, a Nadie w jego głosie usłyszała smutek.
            Siedzieli przez chwilę w grobowej ciszy, bo żadne z nich nie wiedziało, co ma rzec.
            -Powiedziałeś, że ci Przeklęci nie przypominają ludzi. W jaki sposób to ukrywają? – zadała pierwsze pytanie, które wpadło jej do głowy, bo nie miała zamiaru wsłuchiwać się w tą przeraźliwą ciszę.
            -Ci, co stoją po stronie Tori w ogóle nie pokazują się pomiędzy ludźmi, no chyba, że po to, aby kogoś zabić. Cała reszta używa iluzji, aby to zatuszować, choć nie wszystkim się to udaje. Nie wszyscy potrafią się nią posłużyć w taki sposób, aby zatuszować zmiany na swoim ciele całkowicie.
            -Czyli ty też przez ten cały czas używasz iluzji? Nie wyglądasz tak?
            Zaśmiała się myślach, wyobrażając sobie, że Raphael ma uszy królika, albo słonia.
            On też się zaśmiał, choć pewnie z innego powodu, niż ona.
            -Jestem jednym z tych pierwszych. Tori chciała, żebyśmy wyglądali dokładnie tak, jak wcześniej. Nie potrzebna mi iluzja. Choć mogę też ci się pochwalić tym, że potrafię się nią posłużyć.
            Jak na potwierdzenie tego jego ręka zapłonął ogniem. Nadie dotknęła go, przekonała się od razu, że był to ten sam ogień, którym stworzył barierę w około niej. Ledwo pomyślała o wilkach, usłyszała wycie jednego z nich w lesie.
            -Czemu te wilki nas zaatakowały? Kim w ogóle był ten facet? – zapytała obejmując obiema rękami kolana.
            -To była wataha Tori, która robi wszystko, co chce czarownica. Powiem ci tylko tyle, że każdy z tych wilków był kiedyś człowiekiem. Nie będę ci jednak tłumaczył, w jaki sposób się stały tym stworzeniami, jest jeszcze na to za wcześnie. Ten mężczyzna też jest wilkiem tylko, że Tori pozwala mu przybierać ludzką formę, bo jako jedyny z nich jest jej posłuszny. Jest też alfą. – zrobił pauzę, a Nadie bała się tego, co powie jej po tym – Był ojcem Danei.
            Ta informacja wstrząsnęła nią, ale szybo musiała się z tego otrząsnąć. Raphael kazał jej wstać, bo muszą w końcu wrócić do domu. Poprosił ją, aby nikomu nie mówiła o tym, co się stało w lesie. Gdy wejdzie do domu, ma od razu iść do swojego pokoju i poprosić, aby Anette obejrzała jej ranę. Jej też jednak nie ma mówić o niczym. Nie ma też się martwic o niego, bo do jutra w ogóle nie będzie widać, że coś się stało.
            Gdy dotarli do linii drzew, gdzie mieli się pożegnać, Nadie odwróciła się w jego stronę i zadała ostatnie pytanie.
            -Po co ty w ogóle się tu pojawiałeś? Po co się mną opiekujesz?
            Raphael patrzył na nią przez chwilę.
            -Bo takie jest moje zadanie – powiedział, jakby była to najbardziej oczywista informacja.
            Nadie wzięła głęboki wdech, aby tu się nie rozpłakać. Dla niego było to kolejne zadanie do wykonania, tak naprawdę martwił się o nią tylko dlatego, że była im potrzebna do walki. Była dla niego nikim. Pewnie te zaręczyny też traktował jak część zadania.
            -A myślałam, że jednak nie jest to dla ciebie tylko zadanie, że coś do mnie czujesz. – wyszeptała.
            Nie czekając na jego reakcję, ruszyła biegiem w stronę swojego domu. Miała nadzieję, że za nią pobiegnie. On jednak tego nie zrobił. Stał nadal na swoim miejscu i patrzył na jej oddalającą się sylwetkę z niedowierzeniem. A ona czuła się tak, jakby ktoś po raz kolejny wyrywał jej część serca z piersi i zdeptywał z ziemią.

            Dwoje ludzi przedzierało się przez las. I choć było ciemno i nie widzieli, co mają pod stopami, brnęli dalej. Dziewczyna, która szła z przodu przygryzała nerwowo wargę, jakby bała się tego, co za chwilę może się stać. Chłopak, który szedł za nią kila kroków, co chwilę ziewał, jakby właśnie ktoś wyciągnął go przed chwilą z łóżka. Ubranie, które miał na sobie nie było ani trochę dopasowane, a koszula była pozapinana na chybił trafił – połowa guzików nie była tam, gdzie powinna. Dziewczyna natomiast wyglądała jakby szła na jakieś ważne spotkanie – włosy upięte w wysoki kok, suknia dopasowana do jej sylwetki i starannie założona. Dzięki ciemnym kolorom była prawie niewidoczna w tym lesie.
            Przystanęli przy dużym drzewie. Choć w sumie to ona przystanęła, a on wpadł na nią, bo nie zauważył, że się zatrzymała. Dziewczyna spojrzała na niego z wyrzutem na twarzy, po czym przyłożyła rękę do pnia. Dłoń zabłysła lekkim jasnozielonym kolorem. A po tym coś zaczęło skrzypieć. Na początku było to tak ciche, że spokojnie można było pomylić to z odgłosami lasu. Dźwięk jednak narastał. Dziewczyna odsunęła się kilka kroków od drzewa i przypatrywała się, jak kora powoli rozchyla się, ukazując gołe betonowe ściany i schody kierujące się w dół. Chłopak za to stał z szeroko otwartą buzią, jakby to była ostatnia rzecz, jakiej się spodziewał.
            -Przepraszam, że cię w to wszystko wciągnęłam. – powiedziała po chwili spuszczając wzrok.
            Chłopak machnął ręką, jakby to w ogóle nie miało znaczenia.
            -Uratowałaś mi życie, jestem ci coś winny, nie? – zapytał i uśmiechnął się do niej, aby dodać otuchy.
            Dziewczyna spojrzała na niego z pod przymrużonych oczu.
            -Nie zapominaj też, że to ja cię zabiłam.
            Nie czekając na żadną jego reakcję ruszyła w stronę ukrytego tunelu. Schody skręcały się i nie miały końca. Gdy w końcu znaleźli się na równym gruncie, ze wszystkich stron otaczała ich ciemność. Przejście, którym tu weszli już zniknęło, dlatego nie było w pobliżu żadnego źródła światła. Wtedy też dłoń dziewczyny zaczęła płonąć. Zrobiła z niej pochodnię, która będzie oświetlać im drogę. Chłopak odsunął się od niej. Wiedział, że ten ogień nie jest iluzją, którą sam potrafił stworzyć. To były prawdziwe płonienie, które mogła spalić człowieka żywcem. Jego na szczęście nie, przysporzyłoby mu tylko sporo bólu, którego próbował unikać od swojej śmierci. On żyje, póki żyje ona.
            Ruszyli prostym korytarzem. Chłopak zastanawiał się, jaki idiota chce mieszkać w takim miejscu. Było tu ciemno, wilgotno i brzydko. Żałował teraz, że nie zapytał się swojej towarzyszki, do kogo się wybierają – w tej chwili, chociaż by wiedział, kto jest taki głupi. Gdy ich marsz zaczął przekraczać pięć minut chłopak zirytował się. Nie dość, że brzydko, to jeszcze mają tu cholernie długie korytarze. Czyżby mięli aż tak długie kolejki do siebie, że potrzebowali aż tak dużego? Chciał spytać się o to swojej towarzyszki, jednak coś go powstrzymało. W ciemności zobaczył parę jaskrawoczerwonych punkcików, które musiały być oczami. Ona ostrzegła go, że osoby, które spotkają mogą nie wyglądać jak ludzie. W tamtym momencie próbował sobie wyobrazić kogoś takiego, wyobraźnia go jednak zawiodła. Teraz, gdy na własne oczy zobaczył taką istotę, zamiast się śmiać, miał ochotę uciec tak, że aż będzie się za nim kurzyło. Przez pierwsze kilka sekund właśnie to chciał zrobić. Po tym jednak doszedł do wniosku, że przecież sam jej zaproponował to, iż z nią pójdzie, wiec nie może teraz jej zostać. Przełknął tylko głośno ślinę, ale szedł dalej.
            Mężczyzna, którego tak się przestraszył musiał być jakimś strażnikiem – stał przy dużych, dwuskrzydłowych drzwiach, jakby ich pilnował. Prócz czerwonych świecących się jak żarówki oczu miał jeszcze kilka dziwnych cech. Nie licząc twarzy i szyi nie miał na sobie normalnej ludzkiej skóry, był pokryty niewielkimi szarymi łuskami, takimi jak skóra węża. Miał też taki sam jak one język, który non stop wychylał się z lekko otwartych, czarnych ust. Było w nim coś przerażającego.
            Dziewczyna, która szła teraz kawałek przed nim w ogóle nie odczuła strachu na widok Przeklętego. Wiedziała, że jej nie ruszy, nie mógł. Uniosła wysoko głowę, aby pokazać mu, że w ogóle nie przejęła się, że go tu widzi, po czym kazała mu otworzyć drzwi. Mężczyzna nawet się nie odezwał. Posłusznie otworzył ogromne wrota wpuszczając dziewczynę i jej towarzysza do środka. Chciała odetchnąć z ulgą wiedząc, że choć jedna z części tej podroży przeszła bez problemów. Wiedziała jednak, że nie może, bo najgorsza część dopiero przed nią.
            Pomieszczenie, do którego weszli było koliste i oświetlone. Ściany nie były gołe, tylko pokryte szarą farbą. Na podłodze leżał duży brązowy dywan. Chłopak przez chwilę zastanawiał się, czy powinien przejść po nim, czy iść bokiem. Jednak, gdy zobaczył, że jego towarzyszka nie robi sobie nic z tego dywanu postąpił tak samo jak ona. W tym pomieszczeniu było wszystko: kanapy, stół, kominek, była nawet rzeczy, których on nigdy nie widział – musiały pochodzi z innych czasów. Na samym końcu tego pomieszczenia stała czerwona kanapa, a na niej siedziała kobieta, do której najprawdopodobniej się udali. Domyślił się, że jest sporo starsza od jego towarzyszki, choć z twarzy w ogóle nie można było tego określić. Jej głowę zdobiły ciemno brązowe kręcone włosy. Od razu też zauważył, że oczy jej nie były normalne, choć wiedział, że z takimi się urodziła. Były żółte. Wiedział, kim ona jest. Przed nim we własnej osobie stała Tori – ta, której się wszyscy obawiali, nawet jego towarzyszka. Koło kanapy stała jeszcze jedna osoba. Była to długonoga blondynka, która na pewno nie była człowiekiem. Zorientował się, że nim nie jest, przez jej oko. Cały czas zmieniało barwę, jakby nie mogło zdecydować się na jedną. Gdy uśmiechnęła się, zobaczył kolejną rzecz, która różniła ją ludzi – jej kły były strasznie duże i ostre.
            Gdy jego towarzyszka w końcu się zatrzymała, on stanął kilka kroków za nią, tak jak go prosiła. Ukłoniła się, a on stal jak kołek nie wiedząc, co ma zrobić. O tym mu nie wspomniała. W końcu doszedł do wniosku, że nie zrobi nic. Nie był przecież winien tej kobiecie niczego.
            -Witaj matko – powiedziała cichym, ale stanowczym głosem, a on prawie nie udławił się własną śliną. Ta czarownica była jej matką?
            Przez kilka przerażających sekund w pomieszczeniu była taka cisza, że pewnie gdyby ktoś upuścił teraz szpilkę na ziemię wszyscy inni pomyśleliby, że to jakiś napad. Jednak, gdy Tori się odezwała doszedł do wniosku, że już wolał tą ciszę.
            -Pewnie wiesz, po co cię wezwałam dziecko. – zaczęła, a na jej twarzy pojawił się chytry uśmiech – Nie wykonałaś zadania. Dziewczyna nadal żyje, a ty miałaś czas do wczoraj. Jak się z tego wytłumaczysz?
            Chłopak od razu zaważył, że ramiona jego towarzyszki zaczęły lekko drżeć. Chciał do niej podejść i ją przytulić, ale nie chciał ryzykować złości tej czarownicy.
            -Miałam pewną sprawę niecierpiącą zwłoki i…
            Nie skończyła już tej wypowiedzi. W pomieszczeniu wezbrał się wiatr, który zaczął przewracać niewielkie przedmioty. Wtedy też jakaś niewidzialna siła uniosła dziewczynę nad ziemię i zaczęła ją dusić. Ręce trzymała na szyi, jakby chciała się od tego uwolnić.
            -Śmiesz mi mówić, że było coś ważniejszego od zadania, które ci wyznaczyłam? Od zabicia dziewczyny, która przysporzyła nam tylu problemów?
            Dziewczyna nie była w stanie nic odpowiedzieć. Ale jej towarzysz tak. Wiedział, że musi coś zrobić, bo inaczej Tori ją zabije. Widać, że nie posiadała czegoś takiego, jak matczyne uczucia.
            Wystąpił kila kroków do przodu tak, aby tamta go widziała.
            -Zostaw ją! – krzyknął, a kobieta dopiero wtedy po raz pierwszy spojrzała na niego – To ja byłem jej problemem, wiec przestań się nad nią znęcać.
            Choć tego wcale nie chciał, w około kobiety pojawił się ogień. Choć wiedział, że to iluzja i tak się nieźle zląkł o jej życie. Tori przez pierwszą chwilę była zdumiona, jednak, gdy zrozumiała, o co tu chodzi na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Wstała z kanapy i nie zwracając uwagi na iluzję ruszyła w jego stronę. Stał sparaliżowany zastanawiając się, czy ma zamiar za karę nad nim się znęcać. Ona jednak stanęła kilka kroków od niego.
            -Trzeba było od razu mówić, o co chodzi, a uniknęłybyśmy tego całego nieporozumienia. – powiedziała, a dziewczyna upadała na ziemię. Przez chwilę leżała na ziemi nie ruszając się w ogóle, ale po tym podniosła się i stanęła przed nim zasłaniając go swoim ciałem. – Moje dziecko jednak wdało się we mnie. Stworzyło swojego pierwszego Przeklętego. – powiedziała, a w jej głosie było słychać radość – Rayna spodziewałaś się tego? – zwróciła się do dziewczyny stojącej koło kanapy, jednak nie poczekała na odpowiedź – dobrze kochana, masz czas do jutra. Załatw tą przeklętą Danee i pokaż wszystkim, że jesteś godna być moim dzieckiem. – powiedziała, po czym znów zwróciła się do dziewczyny – Pomożesz jej w razie czego.
            Rayna kiwnęła głową, a na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech, jakby tylko na to czekała. Córka Tori znów skłoniła się przed nią i ruszyła do drzwi, on zrobił to samo, nie zważając na to, co mówiła mu od odstępie. Na ich nieszczęście Rayna ruszyła za nimi. Gdy wyszli, a drzwi zamknęły, dziewczyna zaczęła prawie biec. Nie wiedział, czemu, czy po to, aby jak najszybciej stad zniknąć, czy aby ominąć jakichkolwiek kontaktów z Rayną. Zorientował się jednak, że chodziło o to drugie, bo gdy blondynka pojawiła się przed nimi oparta o ścianę, jego towarzyszka zatrzymała się gwałtownie i znów zaczęła drzeć.
            -Znów zawiodłaś Tori, wiesz? – spojrzała na nią takim wzrokiem, jakby miała do niej jakiś żal – Wiesz, co mi ostatnio Tori powiedziała? Że wolałaby, aby to infante, twoja siostra była jej córką, choć ona wcale nie jest jej matką. Jest bardziej stanowcza i uparta. Szkoda, że stoi nie po tej stronie barykady, co powinna. – ucichła czekając na jakąś reakcje dziewczyny, ona tylko spuściła głowę, nic nie mówiąc – A ty – tu zwróciła się do niego – zastanów się, czy chcesz bronić jej, czy może pomóc Tori.
            Nie mówiąc nic więcej ruszyła w stronę, z której przyszli. Stali w ciszy, aż jej kroki ucichły. Dopiero w tym momencie pozwolił sobie na to, co chciał od początku.
            -Mamuśkę to masz niezłą – powiedział krzywiąc się  - Podłożyć jej jakąś szpilę i tylko czekać, aż wybuchnie od tej swojej dumy.
            Jego towarzyszka zachichotała. Czyli wszystko było tak, jak chciał, rozśmieszył ją. Posępny humor jednak szybko wrócił.
            -Rayna ma rację, jest do dupy. – wyszeptała.
            -ej, ej, ej mała, nie słuchaj tych dwóch wariatek. One mają trochę przerośnięte ego. Zabijemy tą całą Danee i się od ciebie odczepią. Choć w sumie powiem ci, że nie znam nikogo o takim imieniu. – powiedział zamyślając się na chwilę.
            Na jej twarzy pojawił się lekki smutny uśmiech.
            -Używa innego imienia, aby nikt jej nie rozpoznał. Tak na prawdę musimy zabić Nadię Blanchard. I to do jutra, bo Tori już nie będzie dla nas taka miła.
***
No hej ludki;3
Jak minął wam tydzień? Ja po prostu popadałam ze skrajności w skrajność. Było po prostu strasznie .. ale już jest ok, dlatego tez pojawiam się z nowym rozdziałem. 
Mam też do was pewna prośbę. Ta końcówka jest specjalnie tak napisana, aby nie dało się zbytnio domyśleć o co chodzi, a tym bardziej o kogo. tak wiec jestem ciekawa  kogo wy podejrzewacie o bycie córką Tori i jej pomocnikiem. czy jest to może, któryś z bohaterów, których już znamy? Czy możne ktoś nowy, kogo jeszcze nie wprowadziłam? A może jest to powiązane z Odwierną, która pojawiła się w drugim rozdziale?
Jestem bardzo ciekawa waszych teorii tak wiec napiszcie mi o nich;)
Pozdrawiam i do nastęonego

13 komentarzy:

  1. Okeeeyy. Piraci się skończyli, Jack Sparrow wylądował w gardle Krakena, czy jak on to mówił w brzuszku potworka, tak więc możmy czytać :D rozdział genialny, ale to po prostu Twój rozdział, więc nie mógł się on wywinąć od tej genialności. Dobrze, że Rafi powiedział Nad o Tori, hmmm, Remi.... Remi po prostu kojarzy mi się ze szczurkiem z Ratatuj. Wybacz, ale no kojarzy mi się :) stzelaj szybko szósteczke :D Ciao :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech chciałam wczoraj obejrzeć Sparrowa, ale jak zabrałam się do poprawiania tego rozdziału i innymi dostawami dotyczącego bloga, w ogóle mi to z głowy wyleciało. No cóż, mówi się trudno nie? XD
      Oczywiście dziękuję ci za te wszystkie miłe słówka;3 taki miły początek dnia! A za to porównanie nie musisz mnie przepraszać. Ja tam tego szczurka lubiłam tak więc...;)
      Pozdrawiam;D

      Usuń
  2. Remi pdobił moje serce z tym planowaniem kolacji. Podoba mi się to!
    Do tego Rafael zaprosił dwie osoby - ciekawe kto to będzie. No i skoro Rafi ich zaprosił, to musza być jakoś potrzebni, odegrają pewnie jakąś wazną rolę. :)

    Mnie się podobało. Piszesz lekko przez co szybko przebrnęłam przez ciekawy rozdział.
    Trochę się pośmiałam... No, fajnie było.
    Dzięki za miłą lekturkę. xDD

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, masz racje, będą to dość ważne osoba. Mogę powiedzieć, że jedna z tych osób już się pojawiła w opowiadaniu;) Nie powiem jednak kto to.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Ten atak wilków był dość nieprzyjemny, a do tego tym wilkiem-człowiekiem okazał się ojciec Daneii. Przynajmniej Raphael zdecydował wyjawić się swojej narzeczonej prawdę na temat jej tożsamości. Pewnie musiała być zszokowana, że tak naprawdę jest magnesem na przeklętych i poluję na nią Tori, której jest poniekąd eksperymentem. Biedna, nic dziwnego, że poczuła niepewność, jeśli chodzi o uczucia i intencje Raphaela. Swoją drogą zaciekawiło mnie, kogo on dokładnie zaprosił na tę kolację i jaki będzie miała przebieg. Coś mi się zdaje, że podczas niej rozegrają się kluczowe momenty tej księgi :)
    Ostatni fragment bardzo tajemniczy i z całego rozdziału podobał mi się zdecydowanie najbardziej. Mam przeczucie, że córką Tori jest Josephine, a towarzyszył jej Remi, co by się w sumie zgadzało z tym, że przeżył, chociaż Nadie zdawało się, że jednak umarł, a poza tym z całej sytuacji niby wyszedł bez większego szwanku, hm.
    Czekam na ciąg dalszy i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, Nadie będzie czuła się cholernie zagubiona pośród informacji, których się dowiedziała. Goście Raphaela... oj tak jedno z nich będzie odgrywało jedną z kluczowych ról w tej księdze. Mam też nadzieje, ze polubisz ich tak samo jak ja;)
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Zapraszam serdecznie na Rozdział 006 „Klątwa Malfoyów” na adres bloga: http://pokochac-lotra.blogspot.com. Życzę przyjemnej lektury!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo podobał mi się ten rozdział :)
    Remi jest cudowny. Zaangażował się chłopak w przygotowywanie zaręczyn. Wprost nie mogę się doczekać tej uroczystej kolacji. Zwłaszcza, że mają pojawić się tam te dwie tajemnicze postacie na których zależy Raphaelowi. Mam przeczucie, że może z tego wyjść coś niespodziewanego.
    Nieco mniej przyjemną, ale równie ciekawą częścią był ten niespodziewany atak wilków. Przykra sytuacja, ale dobrze, że nikomu nic poważnego się nie stało, a Raphael wreszcie zdobył się na wyjawienie prawdy dziewczynie. To musiał być dla niej szok, ale lepsze to niż życie w ciągłej niewiedzy.
    Końcówka bardzo intrygująca. Póki co mam kompletną pustkę w głowie, ale pewnie niedługo się to zmieni.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kolacje nie masz co się martwić, będzie w przyszłym rozdziale, choć na pewno nie będzie wyglądać tak jak wszyscy by chcieli.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Bardzo podoba mi sie Twoje opowiadanie. Jest niezwykle trafne, dopracowane, posiada to coś. Czyta się przyjemnie a ja z miejsca gratuluję Ci talentu no i pomysłu na opowiadanie przede wszystkim. Bardzo lubię postać Remi'ego. To bardzo ciekawy chłopak, robiący spore wrażenie. :) chętnie przeczytam kolejny rozdział. powiadom mnie jeśli chcesz. Przy okazji zapraszam do siebie na www.zyjaca-dla-atona.blogspot.com - mam nadzieję, że zajrzysz i ocenisz. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ci za ten komentarz. Też bardzo lubię Remiego. W sumie to on o tak będzie jedną z ważniejszych postaci w opowiadaniu, więc jeszcze sporo o nim poczytasz^^
      Pozdrawiam i mam nadzieję, że w przyszłości cię nie zawiodę

      Usuń
  7. Przepraszam za dość długą nie obecność, ale po praktykach mam sporo zaległości do nadrobienia w szkole.

    Rozdział był jak zawsze wyśmienity i przyjemnie się go czytało ;) Ciekawi mnie kim naprawdę są goście Raphaela. Fajnie, że Nadie już się do niego przekonuje. Eh ta Tori tylko nasyła na Nadie swoich przeklętych. Nie przepadam za nią. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy ;)

    Pozdrawiam i życzę dużo weny ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz;3 tak wiem Tori jest zła i próbuje wszytskim uprzykrzać życiem. Ale w sumie większość jej decyzji jest przez coś spowodowanych. Ale o tym kiedyś indziej;)
      Pozdrawiam;D

      Usuń

wykonała Anaya