wtorek, 2 kwietnia 2013

II. Rozdział 4

„Nie można wymazać z pamięci wszystkiego, co sprawia ból.”
Cassandra Clare

            Gdy Nadie odzyskała przytomność, była naprawdę wściekła. I to nie na byle kogo, tylko na Raphaela. Ostatnią rzeczą, którą pamiętała to to, że stał za nią, a po tym silne uderzenie w tył głowy. Była pewna, że nikogo prócz nich tam nie było. Była też pewna, że to on jest odpowiedzialny za to, co się stało. I z tego wynikło to, że zemdlała. Gdy otworzyła oczy i zobaczyła jego twarz przed sobą, ledwo powstrzymała się, aby go nie uderzyć pięścią.
            -Odsuń się ode mnie. – wysyczała.
            Spojrzał na nią, nie bardzo wiedząc, o co chodzi, ale posłusznie zrobił to. Nadie z trudem usiadła, ale gdy już to zrobiła, poczuła się znacznie lepiej. Opuszkami palców dotknęła tyłu głowy, który niemiłosiernie pulsował. Była pewna, że ma tam wielkiego guza. Zdziwiła się nieźle, gdy niczego tam nie wyczuła. To jednak nie powstrzymało ją przed tym, aby nie oskarżyć Raphaela.
            -Co ty sobie myślisz? – zapytała prawie krzycząc – Nie rozumiesz tego? Wygrałeś! Po co więc chcesz zakończyć tą całą rywalizację w ten sposób? Nie wystarczy ci to, co już zrobiłeś? Ale przecież nie, na zakończenie musiałeś nabić mi jeszcze niezłego guza.
            Raphael spojrzał na nią marszcząc brwi.
            -Ja ci nic nie zrobiłem – powiedział stanowczo.
            -Taa jasne, a drzewa zaczęły mnie same atakować. Czy ty myśli, że ja jestem głupia? Byliśmy tu sami, to ty musiałeś przywalić mi w głowę.
            Nadie wstała ze swojego miejsca i choć zrobiło jej się trochę niedobrze, nie okazała tego.
            -Ja nic ci nie zrobiłem – powtórzył uparcie, a ona przewróciła tylko oczami. Nie wierzyła mu. Nie wierzyła w żadne słowo, które dziś wypowiedział.
            Pewnie zaczęłaby wieszać na nim wszystkie inne katastrofy, które się zdarzyły, gdy zobaczyła, że od strony jej posiadłości zbliża się Anette. Biegła, co oznaczało, że chodzi o coś ważnego. Ruszyła w jej stronę, wolała posłuchać jej, niż gapić się na tego idiotę.
            -Panienko. -  powiedziała zdyszana, gdy stanęła przed nią – Ojciec cię pilnie wzywa do siebie. Chyba chodzi o zaręczyny.
            Gdy Nadie usłyszała wyraz zaczynający się na ‘z’ a kończący na ‘y’, znów ogarnęła ją wściekłość. I nie interesowało ją to, że jeszcze godzinę temu zastawiała się nad tym, czy przez przypadek nie zakochała się w Raphaelu, teraz szczerze go nienawidziła.
            Nie zwracając uwagi na to, co mówi do niej Anette, ruszyła przez siebie. Na nią też była zła. Nie wiedziała tylko o co, ale jeszcze nad tym pomyśli. Nie mogła zrozumieć, czemu on to zrobił. Przecież wygrał. Czemu niby na sam koniec chciał zrobić coś takiego. Powiedziała mu kiedyś, że boi się wilków, bo miała nadzieję, że nie jest na tyle głupi, aby je wykorzystać. Przeliczyła się jednak. Wyciągnął ją najpierw na spacer udając miłego, po tym nastraszył wilkiem, a na końcu uderzył ją czymś twardym w głowę, aby pokazać gdzie jest jej miejsce. W sumie nie zastanawiała się za bardzo, w jaki sposób on to wszystko zrobił, ale jakoś ją to nie interesowało. Był winny. Nienawidziła go za to.
            Odwróciła się na chwilę za siebie, aby zobaczyć, gdzie jest jej opiekunka i ten idiota. Złość zalała ją od czubków palców, aż po cebulki włosów. Anette szła koło Raphaela i o czymś intensywnie z nim rozmawiała. Nadie odwróciła się znów w swoją stronę i pobiegła do domu. Nie chciała na nich patrzeć. Myślała, że to tylko Raphael ją zdradził. Myliła się, Anette musiała mieć z tym coś wspólnego. Rozmawiała z nim! Jak ona mogła z nim rozmawiać? Po tym, co jej zrobił.
            Gdy przekroczyła próg swojego domu, prawie gotowała się ze złości. Miała zamiar jak najszybciej porozmawiać z ojcem, a po tym musiała jakoś odreagować. Najlepiej długą kąpielą z bąbelkami. Id o tego dużym kawałkiem ciasta czekoladowego.
            Po tym zaczęła się zastanawiać, po co w ogóle ojciec ją może wezwać. Ona przecież tak na prawdę nie miała nic do gadania na temat tych zaręczyn. To z Raphaelem ma wyznaczyć datę zaręczyn, a nie z nią.
            Wchodząc do gabinetu ojca nie zapukała – bo niby po co? Otworzyła je też tak gwałtownie, że odbiły się od ściany. Weszła dokładnie cztery kroki do środka, a po tym stanęła przerażona. Wszędzie w pomieszczeniu było widać krew. Była na ścianach, na oknie, nawet na dywaniku w najdalszej części pomieszczenia. A po tym zobaczyła Remiego. Leżał na podłodze z zamkniętymi oczami, a w około niego widniała kałuża krwi. On sam był nią cały upaprany. Była wszędzie, na jego spodniach, koszuli, nawet na twarzy. I co najważniejsze Remi się nie ruszał. Leżał na tej ziemi blady jak ściana. Jego klatka piersiowa się nie unosiła. Nadie poczuła narastające przerażenie. Nie wiedziała nawet, w którym momencie słone łzy zaczęły wypływać z jej oczu. Po tym jej wzrok przeniósł się na coś innego, coś, co było o wiele gorszym widokiem, niż ten poprzedni. Jej ojciec też był w tym pomieszczeniu – przybity do ściany szeroką rurą. Jego głowa opadała w dół, ale nawet z tej odległości Nadie widziała, że jego twarz nie jest tak spokojna jak Remiego, – była wykrzywiona tak, jakby ofiara krzyczała pod sam koniec życia. Z jego ciała nadal ciekła krew, skapując spokojnie na ziemię.
            Nadie zaczęła cofać się gwałtownie. Była przerażona. Natrafiła na kogoś za sobą, więc krzyknęła najgłośniej jak potrafiła. Osoba ta złapała ją za łokcie i pochyliła się nad nią.
            -Nadie spokojnie. To tylko ja.
            Przerażona rzuciła się w ramiona Raphaela, jakby tylko on mógł ją od tego uratować. Teraz już nie interesowało ją to, że jeszcze chwilę temu była na niego wściekła. Wtedy do pomieszczenia wbiegł ktoś jeszcze. Dziewczynie mignęły brązowe włosy Anette.
            -Raphael, wyprowadź ją stąd! – krzyknęła w jego stronę, nie zwracając uwagi na dworską etykietę i to, że nie powinna podnosić na niego głosu.
            Nadie jednak nie chciała stad wyjść. Zaczęła szarpać się i krzyczeć. Musiała tu zostać. Musiała posiedzieć przy Remim. Musiała…
            Raphael wyprowadził ją siłą z tego pomieszczenia. Szli kawałek w spokoju, aż do momentu, w którym do Nadie dotarło to, co się stało. Nie była w stanie już nawet utrzymać się na własnych noga. Kolana się pod nią ugięły i pewnie gdyby nie to, że Raphael ją złapał, upadłaby na ziemię. Zaczęła płakać. Straciła ich. Straciła ojca. Straciła Remiego. Nie miała już nikogo. Została sama.
            Nie wiedziała nawet, w którym momencie Raphael wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju. Nadie trzymała się kurczowo jego koszuli, jakby to od niej zależało jej całe życie. Chłopak ułożył ją na łóżku, przykrył kocem. Złapała go gwałtownie za rękę. Nie chciała zostać sama. Nie teraz.
            -Zostać ze mną. – wychlipała.
            Raphael posusznie spełnił jej prośbę. Usiadł na brzegu jej łóżka, jedną ręką obejmował jej dłoń, a drugą gładził po włosach. Co jakiś czas szeptał jakieś słowa pocieszenia. W końcu Nadie zmęczyła się tym wszystkim. Zanim jednak zasnęła, coś z tyłu jej głowy szeptało, że już kiedyś coś takiego przeżyła. Szybko jednak to wrażenie zniknęło, a dziewczyna zaczęła śnić snem bez marzeń.

            Gdy następnego dnia ocknęła się coś koło południa, czuła się strasznie. I tu nie chodzi o to, co stało się poprzedniego dnia. To było coś innego. Przez cały czas było jej gorąco, tak jak przy jakimś piecu. Wszystkie jej kończyny były ociężałe, z trudem nimi ruszała. Bardzo powoli otworzyła oczy. Pierwszą osobą, którą zobaczyła, to Anette pochylająca się nad nią z nieudawaną troską w oczach. Położyła jej coś zimnego na czole, nie minęła jednak chwila, gdy przestała czuć to zimno.
            -Co mi jest? – zapytała swoją opiekunkę. – Czuję się strasznie.
            Anette położyła jej rękę na policzku.
            -Chyba złapałaś jakąś chorobę. Masz od wczoraj bardzo wysoką gorączkę.
            Nadie zamknęła oczy, bo światło, które przedostawało się z za okna raziło ją w oczy, doprowadzając do bólu głowy. Gdy ponownie je otworzyła na końcu języka miała jedno pytanie, na które bała się usłyszeć odpowiedź.
            -Czy Remi…czy ojciec… - zaczęła, ale nie była w stanie go zakończyć.
            Anette znów spojrzał na nią ze smutkiem w oczach. A to spojrzenie dla Nadie znaczyło więcej niż słowa. Po jej policzkach znów pocięły pojedyncze łzy. Została sama. Wszyscy ją opuścili.
            W tym też momencie usłyszała ciche pukanie do drzwi. Nie minęła chwila, gdy do środka weszła jakaś postać. Aby Nadie zobaczyła kto to, musiała unieść się na łokciach, co sprawiło jej nie mało bólu. Jej oczy rozszerzyły się, gdy wpatrywała się w osobę, która weszła do środka. Choć Anette kazała jej leżeć, ta zerwała się z łóżka i pobiegła w jego stronę. Gdy znalazła się w jego ramionach, rozpłakała się na dobre. Wdychała ten znajomy zapach, który znałała od dzieciństwa.
            -Nigdy…nigdy więcej mnie tak nie strasz! – wychlipała mu w koszulę – Myślałam, że nie żyjesz!
            -Ale jak widzisz, nic mi nie jest Naduś. Nic mi nie jest.
            Odsunęła się lekko i spojrzała na Remiego. Był blady na twarzy, miał kilka zadrapań, a jedna z jego rąk była zabandażowana. Ale o pucz tego nic mu nie było. Był całkowicie żywy. Nawet teraz pamiętała to, co zobaczyła wczoraj. Jego nieruchome ciało leżące na ziemi całe pokryte krwią. Jego klatka piersiowa się nie ruszała.
            -Gdy wczoraj weszłaś do pomieszczenia Remi żył, tylko ty tego nie wiedziałaś – pospieszyła z tłumaczeniem Aanette – Od razu wezwałam lekarza. Nic tak na prawdę mu nie było. Ma tylko wielkiego guza na głowie i lekko poturbowaną rękę.
            Nadie odetchnęła z ulgą. Wydawało ci się wczoraj. Tylko wydawało.
            -A teraz marsz mi do łóżka. – zwróciła się do niej po chwili Anette – Nie wyjdziesz z niego póki nie będziesz zdrowa.
            Posłusznie położyła się ponownie w łóżku. Remi wyszedł przy okazji obiecując, że za jakiś czas ją odwiedzi. Wtedy Nadie znów poczuła objawy tej dziwnej choroby. Znów zasnęła.

            W ciągu następnych dwóch dni Nadie nie rozróżniała, co jest prawdą, a co jej snami, czy omamami wywołanymi wysoką gorączką. Gdy się budziła widziała przed sobą pełno dziwnych stworzeń i rzeczy, które w życiu się nie wydarzyły. Gdy zasypiała nawiedzały ją koszmary, z których nie potrafiła się wybudzić. Nikt nie wiedział, co jej dolega, a co więcej jak jej pomóc. Doktor, który tam przyszedł powiedział nawet, że jest to choroba, której nie da się wyleczyć, która prowadzi do śmierci. Na jego szczęście nie trafił. Po dwóch męczących dniach Nadie obudziła się jak gdyby nigdy nic, bez żadnej gorączki, czy bólów. Dla wielu był to cud, którego nie potrafili wyjaśnić. I choć Nadie wyglądała dobrze i nic jej nie doskwierało, czuła się źle.  Nie było to jednak spowodowane żadną chorobą tylko tym, co się stało. Była pewna jednego – Remi żył, choć na samym początku zesłała go na straty. Jej ojciec jednak nie miał tyle szczęścia, co do niego się nie pomyliła. I to jego śmierć wywołała u Nadie bardzo złe samopoczucie. Była od teraz sierotą. Bez matki, bez ojca, tylko z bratem, który o mało sam nie zginął. To jednak dla niej było niczym, najbardziej bolało ją to, że przez ostatni czas w ogóle się z nimi nie dogadywała, non stop kłóciła o byle gówno, bo chciała postawić na swoje. Zginął pokłócony z Nadią, a ona odczuwała przez to wyrzuty sumienia. Nie wychodziła z pokoju. Siedziała cały czas na łóżku wpatrując się okno jakby sądziła, że właśnie tam pozna wszystkie swoje odpowiedzi. Jadła bardzo mało, można by nawet powiedzieć, że prawie nic. Z nikim nie chciała rozmawiać, nie chciała teraz nikogo widzieć w swoim pokoju, no chyba, że Anette. Niekiedy też prosiła, aby Remi do niej przyszedł. Nadal nie mogła uwierzyć, że przeżył.
            Ta jej monotonia skończyła się wraz z dniem, w którym miał odbyć się pogrzeb lorda Blancharda. Nadie nie chciała tam iść, ale Anette ją zmusiła. Ubrała ją w czarną suknię, zaplotła włosy i własnoręcznie wyprowadziła z pomieszczenia. Po tym zajął się nią Remi. Dziewczyna szła tam jak w transie – nie interesowali ją ludzie, którzy byli razem z nią, ani to, co do niej mówili i gdzie się teraz znajdują. Nie słuchała tego, co mówił ksiądz, ani kondolencji ludzi. Było jej w tym momencie wszystko jedno. Czuła się strasznie. Była zła na siebie, że tak go traktowała przez ostatnie dni, że gdyby wiedziała, nie byłaby taka uparta. Rozpłakał się chyba po raz setny w ciągu ostatnich dni. Dziwiła się nawet, że tyle łez może być w ludzkim organizmie. Remi obił ją ramieniem jakby bał się, że coś sobie zrobi. Nie przewidział jednak najgorszego.
            Gdy wszystko się skończyło, a ludzie zaczęli podchodzić do nich, aby złożyć kondolencje, ona wymknęła się stamtąd. Skierowała się do miejsca, w którym kiedyś chowała się z Josephine, gdy coś zmalowały. Skryła się między długimi gałęziami wierzby, które sięgały prawie do ziemi. Usiadała pod drzewem, a po tym starła z policzków łzy. Sięgnęła w stronę sakiewki przywieszonej do boku sukienki. Nikt, nawet Anette nie zauważyła, że nie powinna jej mieć. Wyjęła ze środka żyletkę. Patrzyła przez chwilę na swoje odbicie na jej powierzchni. Po tym przyłożyła ją do wnętrza swojej lewej ręki i zrobiła dwa krótkie nacięcia, z których zaczęła wypływać krew. Chciała przestać myśleć. Poczuć coś innego niż ból po stracie ojca. Chciała być wolna od tych wszystkich potwornych rzeczy, które ostatnio się w około niej dzieją.
            To była jednak myśl. Jednak głupia myśl. Żyletka przesunęła z ręki na nadgarstek. Przejechała najpierw po niej leciutko tak, że została tylko niewielka czerwona kreska. Gdy chciała po raz drugi przejechać po swoim nadgarstku, tylko tak, aby przebić żyły usłyszała głos zagłuszony wiatrem.
            -Nadie nie rób tego.
            Spojrzała przed siebie za kotarę stworzoną z gałęzi i liści. Po chwili Raphael wszedł do środka, a na jego twarzy malowało się przerażenie.
            -To nie jest żadne rozwiązanie Nadie. Chcesz teraz rozstawić Remiego samego? Chcesz, aby poczuł się tak, jak ty jeszcze kilka dni temu? Wiem, że tego nie chcesz. Odłóż żyletkę.
            Nadie wpatrywała się w niego z osłupieniem. On naprawdę się o nią bał. On…
            Żyletka okryta jej krwią upadła na ziemię obok niej, a ona ukryła twarz w dłoniach i zaniosła się przeraźliwym płaczem. Raphael usiadł koło niej, odrzucając najpierw na bok narzędzie. Obiął ją ramieniem i czekał aż się uspokoi.
            -Odszedł myśląc, że go nienawidzę. – wychlipała w końcu.
            Raphael pogłaskał ją po policzku.
            -On wiedział, że go nie nienawidzisz. – szepnął, aby ją pocieszyć.
            Nadie zaprzeczyła gwałtownie i znów zaniosła się szlochem.
            -No ej mała, uspokój się już. Możesz mu przecież to teraz powiedzieć. Na pewno cię usłyszy.
            Nadie spojrzała na niego nie rozumiejąc, o co chodzi, ale posłusznie wstała, gdy ją o to poprosił. Wyszli poza ochronną kopułę. Raphael nie puszczał jej ręki, jakby bał się, że znów się wymknie i zrobi coś jeszcze głupszego. Gdy Nadie zauważyła, gdzie się udają, przystanęła i znów zaczęła pochlipywać.
            -Spokojnie, spokojnie. Chyba nie chcesz, aby ojciec zobaczył, że jesteś smutna.
            Zaprzeczyła ocierając policzki rękawem. Ruszyli jeszcze kilka kroków w stronę świerzego grobu jej ojca, gdy oboje gwałtownie przystanęli. Już tam ktoś był. Siedziała tam dziewczyna i trzymała duży bukiet kwiatów w ręce. Długie i proste, czarne włosy spływały jej na plecy. Nadie od razu zorientowała się, kto to taki. Alice. Zdziwiło ją trochę, że widzi ją koło grobu jej ojca. Nie było jej na pogrzebie, tego Nadie była pewna. Gdy zobaczyła, że ramiona dziewczyny lekko drgają, co oznaczało, że płacze, chciała ruszyć w jej stronę, ale Raphael ją zatrzymał.
            -Zostaw ją. Każdy sam musi uporać się ze swoim bólem. – wyszeptał wpatrując się w plecy Alice.
            Ruszyli w stronę domu. Nadie nie wiedziała czemu, ale czuła się o wiele lepiej niż przedtem. Nadal bolało ją to wszystko, ale jakoś mniej. Może to przez obecność Raphaela, a może już po prostu nie miała na to sił. Nie wiedziała. Czuła jednak, że to pomaga.
            -Idź do Anette, niech ci obandażuje tą rękę. – powiedział, gdy znaleźli się już w domu – Obiecaj mi, że już więcej tego nie zrobisz.
            -Obiecuję – wyszeptała, mając nadzieję, że będzie na tyle silna, aby się tego trzymać. – Do zobaczenia – wyszeptała, a po tym odeszła na poszukiwanie Anette.
            Gdyby została jeszcze chwilę, gdyby tylko się odwróciła, usłyszałaby ostatnie słowa Raphaela.
            -Obawiam się jednak, że nie. – wyszeptał jeszcze ciszej niż ona, po czym ruszył w swoją stronę.

            Tak jak spodziewała się Nadie, Anette po raz kolejny zrobiła jej wykład na temat tego, co robi, na jej szczęście nie komentując czerwonej kreski na nadgarstku. Na samym końcu przytuliła ją do siebie mocno mówiąc, że robi to wszystko dlatego, że się o nią martwi. Gdy już ją zostawiła, dziewczyna nie wiedziała, co ma zrobić. Taki stan utrzymywał się aż do momentu, w którym przyszła do niej Josephine. Nadie wiedziała od razu, że przyszła tu, bo Anette ją o to poprosiła, ale nie skomentowała tej myśli na głos. Josephine przez pierwsze pięć minut próbowała poprawić humor Nadie, ale gdy zrozumiała, że tego nie da się zrobić, zrezygnowała. Usiadał koło niej na łóżku i razem zaczęły płakać nad śmiercią jej rodzica. Dla Josephine lord Blanchard był jak wujek – wujek, który strasznie ją rozpieszczał. Gdy już nawet na to nie miały ochoty, usiadły naprzeciwko siebie zastanawiając się, od czego powinny zacząć rozmowę i na czym ma się ona opierać.
            -Powiedz mi – zaczęła Nadie – dlaczego zgodziłaś się zaręczyć z moim bratem? W sensie kiedyś mi mówiłaś, że nie masz zamiaru wyjść za mąż przed ukończeni 19 lat. Czemu taka zmiana?
            Josephine popatrzyła przez chwilę na przyjaciółkę zastanawiając się, czy ma jej wcisnąć jakiś kit, aby ominąć ten drażniący temat, czy może powiedzieć od razu prawdę.
            -Bo go kocham – powiedziała po długiej chwili. Cieszyła się, że zdecydowała się na tą drugą możliwość. Chciała być szczera wobec przyjaciółki.
            Nadie wytrzeszczyła na nią oczy.
            -Co??? Zakochałaś się w moim bracie? W tej małpie? – wykrzyknęła nie mogąc w to uwierzyć.
            Na twarzy Josephine pojawił się leciutki uśmiech.
            -Tak – gdy zobaczyła, że Nadie nic więcej nie mówi zaczęła tłumaczyć jej to, co chciała powiedzieć jej od samego początku, miała też nadzieję, że to pomoże jej podjąć kilka ważnych decyzji – Nawet w dniu, w którym dowiedziałam się, że Remi prosi o moją rękę powtarzałam sobie, że nie wcześniej niż przed dziewiętnastką. Matka przyszła mi o tym powiedzieć. Przez długi czas zastanawiałam się, jaką powinnam podjąć decyzje. W końcu się zgodziłam. Doszłam do wniosku, że wolę wyjść za mąż teraz za kogoś, kogo znam i kogo kocham, niż poczekać jeszcze dwa lata i trafić nie wiadomo na kogo. Ty też powinnaś o tym pomyśleć Nadie. Wież mi, że gdybyś teraz poprosiła Raphaela, nie doszłoby do tych zaręczyn w ogóle. On wie jak się teraz czujesz. Ale pomyśl, czy warto.
            Te właśnie słowa zostawiła przyjaciółce do przemyślenia. Miała nadzieję, że ta podejmie właściwą decyzję.

            Nadie przez cały wieczór zastawiała się nad tym, o czym powiedziała jej Josephine. Miała rację, musiała w końcu podjąć decyzję, taką, której nie będzie żałowała. To jednak nie było takie proste jak się jej na początku wydawało. Gdy myślała o tym, jaki jest Raphael, od razu też przypominało jej się, że to ojciec tak naprawdę do tego wszystkiego ją zmusił. I tak w kółko. Gdy na dworze było już ciemno Nadie doszła do wniosku, że sama nie jest wstanie podjąć żadnej decyzji. Wyszła więc ze swojego pokoju, aby porozmawiać z Remim. Miała nadzieję, że choć on jej coś podpowie. Gdy stała już pod jego drzwiami usłyszała ze środka dwa głosy. Jeden należał do jej brata, a drugi do Rahpaela. Nadie nieźle się zdziwiła, bowiem myślała, ze Fillon wyszedł z ich domu już dawno temu. Ciekawość nie pozwoliła jej jednak odejść z pod tych drzwi. Chciała wiedzieć, o czym rozmawiają.
            -I chcesz ją teraz tak po prostu zostawić?! – dobiegł ją krzyk Remiego.
            Nadie od razu zorientowała się, że jej brat jest zły, co raczej zbyt często mu się nie zdarzało. Wiedziała też, o kim rozmawiają. O niej.
            -Już ci to tłumaczyłem, ona nie jest gotowa. – odpowiedział mu ze stoickim spokojem Raphael, co zdziwiło Nadie. Gdy Remi się wściekła i zaczynał krzyczeć wszyscy zawsze chodzili wściekli. A na tego tu osobnika najwyraźniej to nie działało.
            -To czemu do cholery nie pomyślałeś o tym, gdy przyszyłeś do naszego ojca prosić ją o rękę. Wtedy to ona owszem nie była na to gotowa. Teraz pewnie też nie jest, ale potrzebuje cię idioto! Nie widzisz tego?!
            -Ja już podjąłem decyzję – powiedział Raphael cicho.
            Nadie nie mogła już tego słuchać. Otworzyła drzwi na oścież i weszła do środka wściekła. Na twarzy Remiego od razu pojawił się lekki uśmiech. Raphael za to nieźle się zmieszał. Dziewczyna podeszłą do niego wbijając mu palec w pierś.
            -Ty cholero! Chcesz mnie teraz zostawić? Nie wydaje ci się, że to już trochę za późno? Trzeba było o tym myśleć na samym początku. Gdyby nie ty, Remi by teraz tu nie siedział, biegałby po ogrodzie próbując znaleźć martwe ciało. Wiesz doskonale, że bym się dziś zabiła. Nie możesz mnie teraz zostawić. – choć Nadie na samym początku postanowiła, że wszystko wykrzyczy, to im dalej szła, tym to bardziej przeradzało się w początki histerii – Nie zostawiaj mnie! Nie ty. – wyszeptała na sam koniec i zaniosła się płaczem.
            Raphael od razu przytuli ją do siebie. Dziewczyna nie protestowała, złapała się kurczowo jego koszuli, opierają głowę o klatkę piersiową. Nie wiedziała ile czasu to trwało, ale gdy skończyła płakać poczuła się o wiele lepiej. Raphael chyba też tak pomyślał, bo odsunął ja na odległość ramion i spojrzał jej w oczy.
            -Na pewno tego chcesz? – zapytał jakby sam już nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.
            Nadie kiwnęła głową. Raphael westchnął zrezygnowany. Dziewczyna od razu wiedziała, że nie ma zamiaru już wspominać tym, co mówił jakiś czas temu Remiemu. On chyba też doszedł do tego wniosku, bo wstał ze swojego miejsca z szerokim uśmiechem na twarzy.
            -To, co za cztery dni organizujemy kolację dla najbliższych, aby uczcić tą cała paranoję? – zapytał i nie czekając nawet na odpowiedź, wyszedł z pomieszczenia.
***
chciałabym was zaprosić serdecznie na mojego drugiego bloga http://dzp-przekleci.blogspot.com/

13 komentarzy:

  1. Nadie biedna oj biedna ;(. No i znowu pokarał ją nieźle los, a nie jest niczemu winna. Chociaż Remi żyje, no i ma przy sobie Rahaela :). Oby się nie skończyło jak pierwsza księga bo się pogniewam ;) ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie obiecuję, że tak się nie skończy xd

      Usuń
    2. No trudno, ale i tak nexta się nie moge doczekać ;) !

      Usuń
  2. Podobał mi się ten rozdział. Bardzo, ale to bardzo ;)
    Na początku rozbawiło mnie zachowanie Nadie, choć jednocześnie nieco żal zrobiło mi się Raphaela. Dziewczyna o wszystko go obwiniła, a to przecież nie była jego wina, prawda?
    Czyli zaręczyny dalej napawały ją wstrętem? Myślałam, że trochę się przekonała do wybranego kandydata. Trochę mnie wkurzyła tym zachowaniem na samym początku rozdziału, ale zaraz potem wszystko minęło, gdy doszłam do momentu powrotu do domu.
    To co zastała w gabinecie ojca było potworne. Wcale nie dziwię się, że dziewczyna zachowała się w taki sposób. Dobrze jednak, że jak okazało się potem chociaż Remi żyje. Sama dałam się nabrać na jego śmierć. Szkoda, że nie wszystko było złudzeniem, a ojciec Nadie naprawdę nie żyje. Dziewczyna naprawdę na to nie zasłużyła.
    I jeszcze ten Raphael! Zadziwia mnie z rozdziału na rozdział. Chciał ją zostawić, ale w sumie skończyło się całkiem inaczej. Nie spodziewałam się po dziewczynie takiego sprzeciwu, gdy usłyszała plany o jego odejściu. Zaskoczyło mnie to.
    Jestem ciekawa jak zamierzasz to rozegrać. Mam tylko nadzieję, że jednak nie będzie to podobne do zakończenia poprzedniej księgi.
    Pozdrawiam!



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak Nadie zmienia zdanie jak kobieta w ciąży xd Raphael zresztą też. Dwoje ciężarnych się znalazło! :p Co do tej śmierci ojca i prawie-śmierci Remiego jeszcze wszytsko zostanie wyjaśnione. W sumie to już niedługo;)
      Dzięki za te słowa i pozdrawiam;D

      Usuń
  3. Szkoda mi jej ojca, nie wiem czemu, ale polubiłam gościa. Trochę mnie zdziwiło dziwne zmartwychwstanie Remiego, w końcu tam było tyle krwi. I jeszcze Anette, nie wiem czemu, ale coś w tej kobiecie mi nie pasuje, nie pytaj mnie co, bo zielonego pojęcia nie mam :D
    28989789 - mój nr GG -> informuj mnie :D Ostatniego rozdziału nie skomentowałam, choć przeczytałam. Głupi, głupi komputer i jeszcze głupszy internet :D To była istna zmowa przeciwko mnie :D


    I jeszcze jedno:

    Pamiętasz jeszcze new-deal-2012.blogspot.com? aktywowałam i przeniosłam go na -> http://nowy-porzadek.blogspot.com/

    Zapraszam :D


    Stara Lira :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz;) ojca zabić musiałam, bo w końcu musiała się krew polać nie? Xd na razie nie powiem czemu musiałam go dobić, ale o tym wkrótce. O Remim też będzie i tym jego zmartwychwstaniu;) co do Anette, masz racje jest specyficzna, ale ma ku temu powody. Niemartw się wszystko się niedługo wyjaśni ;D

      Rozumiem cię, jak ma się buntować to najlepiej wszystko na raz. Też tak mam.
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Raz mam ochotę przytulić Nadie, a innym razem wręcz zdzielić po głowie. Twoja bohaterka wzbudza we mnie skrajne emocje, a wniosek jest taki, że nie jest żadnym papierowym bohaterem, co stanowi oczywiście plus tej historii.
    Żal mi tego, jak traktuje Raphaela, naprawdę. Niemniej chłopak uratował jej życie i poniekąd dzięki temu zrozumiała, że jest dla niej ważny, a co więcej poprosiła go, aby jej nie zostawiał. Ich relacje zdecydowanie zmierzają ku lepszemu.
    Współczuję Nadie zobaczenia pokoju pełnego krwi, a do tego, jak mogło się wydawać, dwóch ciał. Na całe szczęście chociaż Remi jednak przeżył, ale żal mi ich ojca.
    Pozostały jeszcze dwa rozdziały tej księgi i wciąż nie mam teorii jak się ona zakończy ;) Ciekawe, czy podobnie jak poprzednia.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Nadie niekiedy doprowadza ludzi do rozpaczy. biedny Raphael... co on sobie za narzeczoną wybrał! :p Masz racje jeszcze dwa rozdziały tej księgi, ale wiesz mi jeszcze zdążą się pokłócić;) a jak się zakończy ta księga, to nie zdradzę! na pewno trochę inaczej niż poprzednia;3
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Dziekuję za Twój komentarz. Cieszę się, że moje opowiadanie czytają osoby i znajdują je gdzieś na innych blogach. jest mi miło, ze ktoś zagląda. Postaram się częściej nazglądac na bloga poniewaz opowiadanie niezmiernie zaciekawiło mnie ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też cieszę się, ze do mnie zajrzałaś ;3

      Usuń
  6. Nadie jest naprawdę nardzo ciekawą bohaterką. We mnie też wzbudzaskrajne emocje - gdy patrzę jak traktuje Raphaela, mam ochotę ją udusić. Inym razem jej dziecinność wywołuje umnie salwę śmiechu. Oj tak, bez wątpienia nadie to bardzo dobrze wykreowana postać. Nie jest nijaka - a wręcz przeciwnie; ma charakterek xDD

    Czytało się przyjemnie. Lubię tą historię i z lubością pochłonęłam rozdział. Masz talent, moja droga. :)

    Pozdrawiam, L.N.
    http://irim-story.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa wróciłaś! Jak ja się z tego powodu cieszę! ;3
      Dziękuję oczywiście za komentarz. Naprawdę cieszę się, że uważasz, że Nadie jest taka żywa. Chciałam, żeby tak wyglądała a jaki mi wyszło to się cieszę;)
      Pozdrawiam;D

      Usuń

wykonała Anaya