piątek, 8 marca 2013

II. Rozdział 2

„Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w naszej wyobraźni.”
Carlos Ruiz Zafon

            Nadie powoli przemieszczała się przez czarne, nieprzeniknione wody swojej świadomości. Nie chciała odzyskać przytomności, bo wiedziała, co ją tam czeka. Ból, gorycz i poczucie zdrady. Najgorsze uczucia, jakie mogą ją kiedykolwiek prześladować. Wiedziała, że w końcu nadejdzie moment, w którym będzie musiała wybrać sobie narzeczonego, z pomocą lub bez swojego ojca. Nie sadziła jednak, że kiedyś ojciec ją zdradzi, złamie obietnicę, którą dał kiedyś swojej żonie i wyda ją za kogoś, kogo sam jej wybrał. W tej chwili mało ją interesowało, że był to jej książę ze snu. Był jej wrogiem. Nie chciała go znać, żałowała, że w ogóle dowiedziała się, że ktoś taki jak on istnieje. Wolała pozostać w niewiedzy. Wiedziała bowiem, że choćby miała stanąć na rękach na rynku, bądź zaprzyjaźnić się z Alice, nie wyjdzie za niego. Nie da tej satysfakcji ojcu i nie podporządkuje się jego prośbie. Nie wiedziała, co jeszcze zrobi, ale była pewna, że coś wymyśli. Pomoże jej Josephine i Remi. Wtedy to zrozumiała najważniejsze, jej brat o wszystkim wiedział. Powiedział przecież, że szykuje się coś, co powali ją z nóg. Miał rację, zwaliło ją to z nóg i najprawdopodobniej nabiło jej guza na głowie. Z każdą kolejną myślą dotyczącą tego, że brat ją zdradził, jej nienawiść do niego pogłębiała się. I tu nie chodzi o złość, którą czuła, gdy miała dziesięć lat, a on zjadł jej jabłko, ani o tą, którą czuła, gdy wchodził do niej do pokoju, jak do siebie. O nie, to było coś silniejszego, coś, czego mu nie wybaczy, gdy usłyszy jakieś głupie przepraszam. Zdradził ją.
Danea wróć do mnie.
            Nadie poczuła jak na całym jej ciele pojawiają się ciarki. Zawsze tak się czuła, gdy słyszała imię, którym posługiwała się jej idealne ja. Nadie zaczęła zastanawiać się, czy skoro jej rycerz istnieje, to czy ta cała Danea też.
            I wtedy zaczęła spadać. Leciała. Nie wiedziała nawet, kiedy to się skończyło. Czuła pod sobą coś twardego, co zapewne było podłogą. Jej dłoń za to oplatało coś ciepłego i przyjemnego w dotyku. Coś, co musiało być dłonią kogoś innego. Wtedy też zaczęła słyszeć rzeczy, które działy się dookoła niej. Słyszała podniesiony i lekko przerażony głos swojego ojca. Słyszała krzątanie się służby. Raz na jakiś czas słyszała też cichy głos Raphaela Fillona.
            Otwórz oczy.
            Znów usłyszała ten głos. Nie wiedziała czemu, ale postanowiła go posłuchać i otworzyła je. Przez pierwszą chwilę nie widziała nic. Po tym wszystko zaczęło się pojawiać z zdwojoną szybkością. Sufit, ludzie dookoła. Swój wzrok skupiła jednak na jedynej twarzy, która znajdowała się bezpośrednio przed nią. Od początku wiedziała, kto to, uświadomiła to sobie, gdy rysy twarzy tej osoby zobaczyła wyraźnie. Wysokie kości policzkowe. Oliwkowa cera. Policzki, na których było widać ślady zarostu. Wąskie różowe usta, które doskonale pamiętała ze swoich snów. Zielone oczy otoczone krótkimi, czarnymi rzęsami. Jasnobrązowe włosy opadające w nieładzie na czoło. Raphael Fillon, jej przyszły narzeczony. Wtedy zauważyła, że to on trzymaj jej rękę w swoich. Od razu ją wyrwała i gwałtownie usiadła. Pożałowała tego, bowiem po pierwsze znów zaczęło jej się kręcić w głowie, a poza tym jej twarz znalazła się niewyobrażanie blisko jego. Nie zdążyła się jednak od niego cofnąć, on zrobił to pierwszy, co niezmiernie ją ucieszyło. Wtedy zaczęła szukać wzrokiem swojego ojca. Stała kawałek dalej patrząc na nią ze smutkiem w oczach. Nadie utkwiła w nim swój wzrok, który zapewne gdyby mógł to strzelałby piorunami.
            -Ojcze, proszę cię, aby on wyszedł. – powiedziała spokojnie, choć wiedziała, że głos jej drży. Gestem głowy pokazała też w stronę Raphaela.
            Ojciec spojrzał na nią ze zdziwieniem.
            -Ależ Nadio… - zaczął, ale córka nie dała już mu skończyć.
            -Każ mu wyjść! – krzyknęła, na co obydwoje się wzdrygnęli.
            Pan Blanchard westchnął. Spojrzał przepraszająco na Raphaela. On w mig zrozumiał, o co mu chodzi, skłonił się tylko przed Nadią, która nie patrzyła w jego stronę i wyszedł z pomieszczenia. Dziewczyna przez chwilę siedziała na ziemi wpatrując się w drzwi, aby być pewną, że już nie wróci, po czym wstała z miejsca. Otrzepała swoją suknię. Dopiero po tym stanęła naprzeciwko swojego ojca.
            -Jak mogłeś mi to zrobić? – zapytała cicho, ale w wyrzutem.
            -Ja ci tylko pomogłem, sama przecież nie mogłaś się zdecydować. – powiedział.  Odwrócił  jednak wzrok, gdy to mówił, przez co Nadie wiedziała, że kłamie.
            -Tak? A ja mam wrażenie, że próbujesz się tylko pozbyć problemu! Ciekawe, ile ten chłopak ci za mnie obiecał, co? – mówiła coraz głośniej, choć nie miała takiego zamiaru.
            -Nadie, proszę przestań tak mówić. – powiedział spokojnie, choć jego cierpliwość powoli się już kończyła.
            -Nie miałeś najmniejszego prawa tego zrobić. Przecież obiecałeś matce!
            Nadie cały czas pamiętała historię, którą opowiedziała jej Anette. Jej matka miała kiedyś straszą siostrę. Ich ojciec był strasznie wrednym człowiekiem, nienawidził tych dwóch istot, które śmiały zwać się jego córkami. Wydał więc jej ciotkę w wieku piętnastu lat za jakiegoś swojego kolegę. Nie minął nawet rok, gdy jej matka musiała iść na jej pogrzeb. Wszyscy mówili, że była to jakaś dziwna choroba, choć wiedzieli, co było na prawdę powodem jej śmierci – była przez niego bita. Dlatego też matka Nadie zmusiła swojego męża do przysięgi, że jeżeli będą mieli córkę, nigdy nie zmusi jej do małżeństwa z kimś, kogo nie zna i kogo nie chce.
            Teraz właśnie złamał tą obietnicę.
            -Ale twojej matki już tu nie ma od dawna! Ta jej głupia obietnica nie ochroni cię przed tym, co się teraz dzieje. Wiesz jakie plotki chodzą po mieście? Że nie chcesz wyjść za nikogo za mąż, bo sobie znalazłaś jakiegoś kochanka na boku. Mówią, ze jesteś dziwką! Chcesz, żeby cię tak nazywali?!?!
            Nadie patrzyła na niego z niedowierzeniem. Po pierwsze, nigdy na nią nie krzyczał. Po drugie, nigdy nie był tak bezpośredni, jak w tej chwili.
            -Wolę, aby nazywali mnie dziwką, niż żeby jakiś facet mnie skatował! – krzyknęła w jego stronę.
            Pan Blanchard wpatrywał się w nią zastanawiając się, co ma jej powiedzieć.
            -Raphael ci nigdy czegoś takiego nie zrobi. – powiedział spokojnie, mając nadzieje, że i ona się uspokoi.
            Nadie jednak nie miała zamiaru być spokojna.
            -A skąd ty możesz o tym wiedzieć? Pewnie nawet go nie znasz!
            -Jest synem mojego zmarłego przyjaciela. Znam go tak dobrze, jak ciebie, czy Remiego. – powiedział przez zaciśnięte zęby.
            Nadie jednak nie miała ochoty z nim już rozmawiać. Wszystko sprowadzało się do jednego, że powinna się cieszyć z tego, co zrobił. Ona jednak tak nie uważała.
            -Nienawidzę cie! – krzyknęła i pobiegła w stronę drzwi.
            Słyszała jak jej ojciec coś, za nią krzyczy, ale nie zwróciła na to uwagi. Otworzyła drzwi na oścież i wybiegła na zewnątrz. Nie zdziwiła się jednak, gdy koło drzwi zobaczyła stojącego Raphaela. Nie musiała patrzeć na jego twarz, aby wiedzieć, że słyszał całą ich rozmowę. Nie miała też zamiaru przepraszać za to, co powiedziała. Przebiegła koło niego nawet na niego nie patrząc. Były teraz tylko dwa miejsca, w których mogła się ukryć, albo iść do salonu i wmieszać się w tłum, albo zamknąć się w swoim pokoju. Wybrała tą drugą opcję, ponieważ potrzebowała teraz samotności. Wpadła do swojego pokoju i od razu podłożyła krzesło pod klamkę, aby nikt nie mógł dostać się do środka.
            Pierwszą rzeczą, którą postanowiła zrobić, to zdjęcie z siebie całego stroju. Ręce trzęsły się jej jednak tak, że przez pierwsze dziesięć minut męczyła się ze sznurkami przy gorsecie. Gdy nie miała już na sobie odświętnych ciuchów, ubrała na siebie białą koszulę nocną. Dopiero wtedy dotarło do niej to wszytko, co zdarzyło się w ciągu ostatnich chwil. Po jej twarzy zaczęły ciec łzy, na początku były to pojedyncze, nic nieznaczące krople, ale nie minęła chwila, gdy przekształciły się w potok. Usiadła pod drzwiami zagrodzonymi krzesłem i schowała twarz między kolana.
            Po chwili usłyszała jak ktoś po drugiej stronie uderzał pięścią w drzwi. Nie minęła chwila, gdy usłyszała podniesiony głos ojca.
            -Nadie, otwieraj te drzwi!
            Nie zrobiła tego, o co prosił, olała to po prostu. Jej ojciec stał pod drzwiami jeszcze chwilę mówiąc coś do córki, ale ta w ogóle nie zwracała na niego uwagi. W końcu zrezygnował. Dopiero wtedy Nadie sięgnęła po pudełeczko, które postawiła jakiś czas temu obok siebie. Wyjęła z niego niewielką żyletkę. Choć była malutka, to dziewczyna wiedziała, że była bardzo ostra. Przez chwilę patrzyła na nią. Dopiero po tym podjęła decyzję – wolała poczuć ból na ciele, a nie w duszy. Nigdy nie potrafiła znieść bólu, który pojawiał się w jej duszy. Od niedawna zrozumiała, że może go złagodzić, zadając go ciału.
            Gdy jej lewa ręka była już usiada długimi i krwawymi linami, a łzy, które ciekły jej po twarzy były łzami spowodowane tymi ranami, usłyszała ciche pukanie do drzwi. Przez chwilę myślała, że to Remi, albo Josephine domyślili się, że coś z nie tak i przyszli to sprawdzić. Jednak głos, który usłyszała, zaszokował ją.
            -Nadie, proszę otwórz mi. – powiedział cicho Raphael, ale słowa i tak do niej docierały.
            -Zostaw mnie w spokoju! – odpowiedziała i starała się przekazać w tym jednym zadaniu cały ból, który dziś został jej zaserwowany przez niego.
            Przez chwilę nie słyszała nic, przez co pomyślała, że zrezygnował, ale wtedy też usłyszała pełen przerażenia głos.
            -Boże Nadie, coś ty sobie zrobiła.
            Dziewczyna instynktownie schowała rękę za siebie. Dopiero po tym pomyślała, że to absurdalne, ponieważ on nie może zobaczyć tego, co stało się z jej ręką. Już chciała mu zaserwować jakąś ciekawą ripostę, ale wtedy usłyszała po raz kolejny dziwny głos w głowie.
            Przepraszam Danea.
            Nadie po raz kolejny tego dnia odpłynęła.

            Gdy obudziła się następnego dnia, była cała obolała. Każda część ciała bolała ją, jakby musiała nosić kilkunasto kilogramowe głazy. Bardziej jednak bolała ją dusza po tym, co się stało poprzedniego dnia. Gdy chciała obejrzeć swoją lewa rękę, aby sprawdzić jak ona wygląda i czy dla się to czymś przykryć, z przerażeniem odkryła, że jest ona zabandażowana. Automatycznie spojrzała w stronę drzwi, pod którymi nadal stało krzesło, powstrzymujące intruzów z zewnątrz przed wchodzeniem do środka. Więc kto to zrobił? Bo raczej nie przypominała sobie, aby sama z własnej woli zawiązała sobie rękę. Zauważyła też kolejną dziwną rzecz, a mianowicie przytomność straciła pod drzwiami, a teraz leży spokojnie w swoim własnym łóżku. Nie przejmowała się jednak tym zbyt długo, bo przecież każdy znalazły jakieś wyjaśnienie dla tego, co się stało. Pospiesznie odwinęła bandaże, aby zobaczyć jak wygląda jej ręka. Zobaczyła na niej siedem długich i równych czerwonych kresek. Krew już nie leciała, co niezmiernie ją ucieszyło. Najważniejsze jednak zadanie, które teraz ją czekało to to, że będzie ukrywała rękę przed innymi, aż się zagoi, lub wymyśli jakąś bajkę dla wszystkich. Doszła jednak do wniosku, że jest tego za dużo i nikt jej nie uwierzy, że przez przepadek zraniła się szkłem. Postanowiła więc, że będzie to ukrywać.
            Wtedy też usłyszała pukanie do drzwi. Było delikatne, ale za razem na tyle głośne, aby wszyscy byli wstanie je usłyszeć. Anette. Nadie nie zwróciła uwagi na to, że nie związała ręki, wstała z łóżka i otworzyła jej drzwi zabierając krzesło. Opiekunka widziała już ją w takim stanie, wiec jakoś nie wzruszało ją, że znów zobaczy to, w jaki sposób jej podopieczna ucieka od problemów.
            Kobieta weszła rzucając swojej podopiecznej uśmiech pełen otuchy. Jednak, gdy zobaczyła jej poranioną rękę, uśmiech automatycznie zniknął.
            -Nadie obiecałaś, że już tego nie zrobisz… - szepnęła z nutą przerażenia w głosie.
            Nadie schowała rękę za siebie, czerwieniąc się lekko na twarzy.
            -Ojciec też mi coś obiecał, a właśnie złamał tą obietnicę. – odpowiedziała ledwie słyszalnym głosem.
            Anatte już więcej nic nie powiedziała. Odłożyła białą pościel, którą ze sobą przyniosła na oparcie krzesła i zniknęła w drugiej części tego ogromnego pomieszczenia. Nadie za to usiadła na swoim łóżku z mieszaniną uczuć. Nie wiedziała, co ma teraz ze sobą zrobić. Widziała w oczach swojej opiekunki, że źle postąpiła. A dla panny Blanchard zdanie Opiekunki było jednym z najważniejszych. Kobieta jednak szybko do niej wróciła. Usiadał na brzegu łóżka z niewielką miseczką wypełnioną wodą, białą szmatką i rulonem bandaży. Zaczęła powoli obmywać rękę swojej podopiecznej z zaschniętą krwi. Na samym końcu obwinęła ją czystym bandażem.
            -Nie rób tego więcej, dobrze? – powiedziała podczas tej czynności. Dziewczyna w tych słowach usłyszała wiele czułości, ale też strach przed tym, co może jeszcze zrobić.
            Gdy skończyła, podeszła do dużej szafy, aby znaleźć tam coś, co na siebie Nadie będzie mogła włożyć, aby jeszcze przy okazji zakryło jej ręce.
            -Anette, nic mi nie wyjmuj, nie mam na razie zamiaru, wychodzić z pokoju. – powiedziała, na co kobieta kiwnęła tylko głową.
            -Przyniosę ci coś do jedzenia. – powiedziała i ruszyła w stronę drzwi.
            -Mogłabyś nie wpuszczać tu mojego ojca, ani tego tam Fillona? – zapytała, gdy Anette stanęła w drzwiach. Posłała jej lekki uśmiech, który mówił, że nie ma zamiaru pozwolić postawić im stopy na tym korytarzu. Po czym wyszła.
            Przez najbliższy czas, może to były minuty, a może godziny, Nadie leżała w swoim łóżku próbując wymyśleć, jakiś sposób, aby odwieść swojego ojca od tego zamiaru. Co jakiś czas odwiedziała ją Anette, przynosiła coś do jedzenia i wspominała o tym, co dzieje się w domu. Po kilku godzinach Nadie nie była nawet o krok dalej, niż rano. Nie wiedziała, co ma teraz robić. Wiedziała, że zwykła prośba nie pomoże, ojciec zbyt się uparł, aby wydać ją za mąż. A ona nie chciała. Nie interesowało ją to, że to jest jej rycerz, ani to, że najprawdopodobniej jest najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek zobaczyła. Nie miała zamiaru robić tego, co chce ojciec. Wiedziała, że w przyszłości może tego żałować, ale teraz liczy się  tylko to, co czuła, a mianowicie, że ją oszukał i zdradził.
            Późnym popołudniem, Nadie usłyszała czyjeś podniesione głosy i kroki w stronę jej pokoju. Nie minęła chwila, gdy do pomieszczenia wpadła Josephine, a zaraz za nią niezdecydowanym krokiem szła jej kuzynka Alice. Jej przyjaciółka tryskała energią, a z ust nie schodził jej szeroki uśmiech. Oczywiście, gdy dowiedziała się o tym, co stało się poprzedniego dnia, jej oczka zrobiły się wielkości spodków od filiżanek, a usta ukształtowały w literę O. Alice za to siedziała w ciszy, nie zmieniając swojego obojętnego wyrazu twarzy i ani razu się nie odezwała się. Alice była strasznie bladą dziewczyną, o dużych szarozielonych oczach. Mała czarne długie włosy, które zawsze leżały tam gdzie powinny i były strasznie proste. Poza tym zawsze była cicha, nigdy nie odzywała się, nie okazywała uczuć. Josephine mówiła, ze Alice jest naprawdę strasznie miłą, przyjacielską i opiekuńczą osobą. Ale Nadie jakoś nie chciało się jej w to wierzyć.
            -Jak on mógł! – krzyknęła oburzona Josephine siadając na krześle obok łóżka dziewczyny.
            Miała taką minę, że Nadie miała zamiar się roześmiać, ale nie była wstanie. Dziewczyna przez najbliższe dziesięć minut komentowała zachowanie ojca przyjaciółki, po tym ucichła i zaczęła się nad czymś zastanawiać.
            -Czy ten twój przyszły narzeczony przez przypadek nie ma jasnych brązowych włosów? – zapytała patrząc na nią wyczekująco.
            Nadie kiwnęła głową z niesmakiem.
            -Wiesz, że on jest strasznie przystojny! – powiedziała z rozmarzonym wzrokiem, na co i Nadie, i Alice westchnęły teatralnie.
            -I wiesz co, on wygląda dokładnie tak jak ten chłopak z mojego snu. – powiedziała Nadie, na co Josephine zrobiła ogromne oczy.
            -No to musisz mieć, na prawdę ciekawe sny – szepnęła cicho Alice, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.
            Nadie jednak nie zwróciła na nią uwagi, bowiem jej wzrok przyciągnęło coś innego. Złapała za rękę Josephine i przyciągnęła ją do siebie, aby lepiej się przyjrzeć. Miała rację co do tego, co widzi. Na serdecznym palcu jej najlepszej przyjaciółki znajdował się pierścionek z niewielkim czerwonym kryształkiem. Nadie nigdy wcześniej jego nie wiedziała, Josephine strasznie nie lubiła nosić biżuterii. Gdy zrozumiała, czym jest ten pierścionek, jej oczy powiększyły się. Blondynka za to odwróciła wzrok z zakłopotaniem.
            -O mój Boże! – szepnęła – Tobie też to zrobili?
            Pierścionek oznaczał tylko jedno – jej najlepsza przyjaciółka została z kimś zaręczona.
            -Nadie, to nie tak jak myślisz. – zaczęła, ale przerwała jej Alice.
            -Powiedz jej prawdę, a nie kryj się. – syknęła.
            Nadie patrzyła na przyjaciółkę wyczekująco. Nie mogła uwierzyć w to, że tamta zataiła tak ważną informacje i jeszcze nie chciała jej nic o tym powiedzcie. Josephine jednak milczała.
            -Kto to jest? – zapytała ostrym tonem, który mówił, że tak czy siak się tego dowie i aby lepiej usłyszała to od niej samej.
            Josephine westchnęła.
            -Twój brat – powiedziała po chwili ciszy, a Nadie na chwilę zapomniała jak się oddycha.
            To było dla niej po prostu niemożliwe. Jak jej brat mógł? Zaręczył się z jej najlepszą przyjaciółką. I do tego jeszcze jedno i drugie ukrywało to przed wszystkimi. Nadie była na nich zła. Choć w sumie, to nie była złość, tylko niewyobrażalna wściekłość, która nie mogła znaleźć ujścia. I gdy już miała zamiar opiepszyć Josephine, do pokoju wszedł Remi. Stanął na środku z lekko zmieszaną miną, co Nadie od razu wykorzystała. Wyskoczyła z łóżka i podbiegła do niego wbijając mu boleśnie palec w pierś.
            -Jak mogłeś mi to zrobić!!!! – krzyknęła, a w jej oczach pojawiły się łzy. Nie pozwoliła jednak im pocieknąć, nie chciała pokazywać, że jest słaba.
            Remi wpatrywał się w nią z szeroko otwartymi oczami, nie bardzo chyba rozumiejąc, o co chodzi.
            -Najpierw pozwalasz ojcu, aby wybrał mi narzeczonego, a teraz jeszcze dowiaduję się, że zaręczyłeś się z moją przyjaciółką. Nienawidzę cię!
            Remi dopiero po chwili odzyskał zdolność mówienia.
            -Ja nie wiedziałem o tym, co planuje ojciec. – powiedział zmieszany, ale Nadie i tak mu nie wierzyła. Zdradził ją po raz kolejny.
            -Nie wierzę ci! – krzyknęła. Widziała jak Remi otwiera buzię, aby coś powiedzieć, ale siostra już mu na to nie pozwoliła – Wynoś się stąd! Nie chcę cię widzieć!
            Chłopak patrzył się przez chwilę błagalnym wzrokiem, aby pozwoliła mu zostać i wyjaśnić. Ona jednak nie chciała się ugiąć. Tak wiec z godnie z jej poleceniem wyszedł. Nadie od razu też, zauważyła, że Josephine też wstała.
            -Nadie przepraszam cię, ale nie jestem w stanie stać po jednej, albo po drugiej stronie – powiedziała i poszła w ślad Remiego.
            Dziewczyna była wściekła. Najpierw zdradził ją ojciec, po tym brat, a na samym końcu przyjaciółka. Wszystko się jej sypało.
            Nadie nie zauważyła, że w pokoju została jeszcze siedząca na krześle Alice. Gdy jej wzrok skierował się w jej stronę, dziewczyna wstała i podeszła do Blanchartówny.
            -Pamiętaj, że te zaręczyny nie zależą tylko od twojego ojca, ale też od Raphaela Fillona.
            Nie mówiąc nic więcej wyszła w pomieszczenia. W tym też momencie w głowie Nadie zarysował się pewien plan.

            Nadie szła powolnym krokiem w stronę gabinetu swojego ojca. Anette wybrała jej jedną z ładniejszych, zwiewnych sukien z długim rękawem, aby zakryć jej pokaleczoną rękę. Była chyba we wszystkich odcieniach zielonego, jakie można było spotkać. Nadie strasznie lubiła ją, ze względu na to, że nie była ciężka, ani nigdy też nie krępowała jej ruchów.
            Za pomocą Alice w jej głowie zarysował się plan, który z odrobiną szczęścia mógł się powieść. Wiedziała, że jej ojciec nie zrezygnuje z tych zaręczyn, dlatego też ona nie chciała podważać jego decyzji. Wiedziała jednak, że zawsze może zmusić Raphaela Fillona do ich zerwania. Wystarczy tylko, aby okazała się niegodną kandydatką, i jej problem zniknie jak bańka mydlana.
            Zapukała lekko do gabinetu ojca i gdy usłyszała pozwolenie, weszła do środka. Pan Blanchard pił akurat wodę ze szklanki i widząc swoją córkę, omal się nie udławił. Najwidoczniej nie spodziewał się jej tu zobaczyć przez najbliższe kilka dni. Osoba, która mu towarzyszyła, a mianowicie jej największe utrapienie, Raphael, wstał od razu ze swojego miejsca i podszedł do Nadie. Wyciągnął rękę do Blanchardówny, aby ją ucałować. Ta jednak tylko spojrzała na niego wyniośle, dając do zrozumienia, że ma to tym zapomnieć. Przez chwilę w jego oczach zabłysła uraza, co niezmiernie ucieszyło dziewczynę.
            -Możemy porozmawiać w cztery oczy? – zapytała, dając ojcu do zrumienia, że nie życzy sobie towarzystwa pana Fillona.
            Ojciec kiwnął głową, a Raphael posłusznie wyszedł. Nadie widziała, że ojciec chce zacząć rozmowę, ale go uprzedziła.
            -Po pierwsze nie mam zamiaru wysłuchiwać twoich usprawiedliwień, bo i tak nigdy ci tego nie wybaczę. – ucichała na chwilę, aby wziąć głęboki wdech. – Po drugie zgadzam się na te pieprzone zaręczyny, ale tylko pod jednym warunkiem, chcę dostać dwa tygodnie, aby móc poznać tego tam idiotę – tu pokazała palcem na drzwi.
            Pan Blanchard patrzył na nią z niedowierzeniem. Nigdy nie spodziewał się po swojej córce, że przyjdzie do niego i z własnej woli zgodzi się na zaręczyny. W sumie to domyślał się, że coś kombinuje, ale wątpił, aby doszło to do skutku. Zgodził się kiwnięciem głowy. Na twarzy Nadie od razu pojawił się szeroki uśmiech. Dopięła swego. Ruszyła więc od razu do wyjścia. Na korytarzu dokładnie w tym samym miejscu, co wczoraj stał Raphael, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
            -Nadie – zaczął łapiąc ją za nadgarstek, aby się zatrzymała. Dziewczyna postarała się, aby jej twarzy wyrażała niechęć. – Dziękuję ci, że się zgodziłaś.
            Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się, skąd on o tym wiedział, ale w końcu doszła do wniosku, że mało ją to interesuje.
            -Już niedługo nie będziesz tak zadowolony. – powiedziała wyrywać rękę z jego uścisku. Ruszyła dalej zostawiając za sobą zaszokowanego chłopaka.

            Raphael Fillon strasznie nie lubił zagadek. A Nadie była jego największą. Postanowił więc dowiedzieć się czegoś na jej temat od osoby, która na pewno wiele wie. Wszedł do obszernego pomszczenia, nie kwapiąc się nawet zapukać. Od razu jednak tego pożałował. Poczuł jak jakąś ogromna, niewidzialna ręka łapie go w pasie i rzuca w stronę dużego lustra. Gdy uderzył w nie głową, przed jego oczami eksplodowały różnokolorowe fajerwerki. Szybko się jednak pozbierał. Wstał wytrzepując z włosów szkoło i spojrzał z wyrzutem na kobietę stojącą po drugiej stronie pomieszczenia.
            Ta wzruszyła tylko ramionami.
            -Nie patrz tak na mnie, śmierdziało Przeklętym, a ja byłam prawie na sto procent pewna, że to ktoś od Tori. – powiedziała niewinnym głosem.
            Raphael spojrzał na nią wielkimi oczami.
            -To Przeklęci Tori tu są? – zapytał zdziwiony.
            -Oczywiście, że tak. Są tu odkąd Danea narodziła się na nowo. Ostatnio sporo ich widuję, niekiedy nawet dość blisko domu Blanchardów.
            -I kiedy chciałaś mi o tym powiedzieć? – zapytał ją z wyrzutem, choć doskonale znał odpowiedź. Zawsze uzyskiwał tą samą.
            -Jestem Odwierną, to nie moja walka – odpowiedziała, na co Raphael westchnął.
            -Powiedz mi… - zaczął, ale kobieta od razu mu przerwała.
            -Wiedziałam, że nie przyszedłeś tu na ploteczki i na herbatkę. Do dalej mów, co cię gryzie Shaney.
            Raphael skrzywił się słysząc swoje prawdziwe imię. Nie przepadał za nim, przypominało mu bowiem o życiu, które już stracił.
            -Czemu Nadie nie zachowuje się i nie wygląda dokładnie tak jak Danea?
            Kobieta słysząc to wybuchła śmiechem. Wiedziała, że prędzej, czy później przyjdzie i zada jej to pytanie.
            -A, co ty sobie myślisz, że za każdym razem będzie zachowywała się tak samo? Że będzie rozkładała ci czerwone dywany pod nogami? Nigdy nie będzie zachowywała się tak samo. Jej charakter kształtuje się wraz z jej rozwojem i warunkami, w których przebywa. A co do wyglądu, nie wydaje ci się, że to byłoby głupie, gdy za każdym razem wyglądała dokładnie tak samo jak ta brytyjska księżniczka? Ktoś w końcu by się domyślił, że coś tu nie gra. – zrobiła pauzę, po czym dodała – A co już masz jej dosyć?
            Raphael westchnął. Wolałby, aby zawsze wyglądała tak samo i zachowywała się identycznie, wiedziałby bowiem, co ma z nią zrobić, a nie tak jak w tej chwili, nie wie nic.
            -Czemu akurat odrodziła się w tych czasach? – zapytał, – Bo wiesz, wcześniej byliśmy w XXI wieku, a teraz wylądowaliśmy na tym zadupiu.
            Kobieta spojrzała na niego z politowaniem.
            -A skąd mam wiedzieć, pytaj się o to Daneyę. To ona odpowiada za to, gdzie się przeniesie i kiedy. Wydaje mi się, że pojawiła się w tych czasach, bo bardzo przypominają te, w których żyła.
            Raphaelowi zostało ostatnie pytanie, choć wiedział, że i tak nie uzyska na nie odpowiedzi.
            -Wiesz może, gdzie ukrywa się Tori?
            Tak jak się spodziewał kobieta znów zaśmiała się głośno.
            -A co, nie możecie jej znaleźć? – powiedziała, gdy już się uspokoiła – Powiem ci tylko tyle, że nie szukacie właściwej osoby.
            Gestem dłoni otworzyła drzwi na zewnątrz, dając do rozumienia Raphaelowi, że rozmowa jest już skończona. On postąpił tak jak chciała. Wyszedł.    

28 komentarzy:

  1. Wow. Tylko to w tym momencie umiem wykrztusić!! Rozdział ... ge-nia-lny!! To może dziwne, ale przeżywałam to wszystko razem z Nadią! Świetnie piszesz! Nie mogę wyjść z podziwu! Czekam na NN, mam nadzieję, że pojawi się już wkrótce :)

    przez-burze-wojny.blogspot.com
    (zapraszam, może Ci się spodoba :) )

    PS. Nie obraziłabym się, gdybyś dodawała rozdziały troszkę szybciej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ci za komentarz;) Ja też z chęciom dodawałabym rozdziały częściej, ale mam problem z wujkiem czasem... może gdyby zdobili dzień trwający 48 godzin, to to ^.^
      pozdrawiam;)

      Usuń
  2. Rozdział jest oczywiście przegenialny, wciągający i tak dalej. Tak, bardzo mi się podobał. Masz fajny styl, czyta się przyjemnie. Naprawdę. Aż miło. :)

    Znajduję jednak sporo błędów, głównie jeśli chodzi o zapis dialogów. Wybacz, ze ostatnio Ci ich nie wysłałam, ale mam teraz gonitwę w szkole i dopiero za tydzień będę mogła Ci poprawić oba rozdziały, jeśli oczywiście chcesz.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje za komentarz. oczywiście gdy będziesz miała czas to możesz powysyłać mi te błędy;)
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Czekam na dalszą część ty ...
    W jakim ty momencie przerywasz co?
    Chociaż nie jesteś, aż tak brutalna jak ja ;D

    Pozdrawiam i obiecuję, że w końcu znajdę się u cb ; ***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie Smark, ty się lepiej nie odzywaj! A zresztą to zakończenie wcale nie jest brutalne. zobaczysz w następnych rozdziałach, to dopiero będą ekstremale zakończenia;P
      pozdrawiam

      Usuń
  4. Intrygująco. Gdybym miała takiego cudownego ojczulka, to pewnie bym wyszła z siebie. Chociaż, mój nie jest dużo lepszy. Jestem ciekawa do czego posunie się dziewczyna, żeby zniechęcić tego faceta do siebie. To dopiero będzie niezła gra!
    Mam nadzieję, że ona już więcej nie zrobi sobie krzywdy, bo jeszcze stanie się jakimś mhrocznym emo, a to byłoby złe :c Czekam na ciąg dalszy i zwroty akcji, bo jak na razie wychodzą Ci idealnie <3
    U mnie nowy, na: www.disenchanted-prince.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój się o wszytsko czepia, ale nigdy mnie do niczego nie zmusił, tak jak Nadie. Już nie mogę się doczekać gdy pojawi się rozdział, w którym będzie robiła różne dziwne rzeczy aby ją go od siebie odepchnąć. Powiem tylko, że będzie gorąco;)
      Co do Nadie nie mogę obiecać, że już nie będzie siebie kaleczyc, ale.. w sumie nie ma żadnego ale;p
      Pozdrawiam;D

      Usuń
  5. No to mnie wkopałaś, tym razem nie mam nawet najmniejszych spekulacji co do tego, kim może być Tori w tym wcieleniu... Ale rozszyfruję to prędzej czy później! ;D
    Notka świetna. Serio, zauważyłam jedną czy dwie literówki, ale poza tym jest okay. Przyjemnie się czytało, strasznie się wciągnęłam, a tu już koniec. Zastanawia mnie, z kim Raphael rozmawiał pod koniec notki. Ktoś po jego stronie, ale do cholery, kto?!Racja, nudno by było, gdyby Denea była za każdym razem taka sama, a tak mamy jakąś różnorodność i nasz kochany przeklęty musi za każdym razem przekonać ją do siebie na inny sposób. Kocham te jej sny. Ale tupecik to ona ma i zastanawia mnie, w jaką grę wciągnie swojego "narzeczonego", żeby tylko się go pozbyć. Może być ciekawie. ;D
    Pozdrawiam! xoxo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obiecuję ci, że nie rozszyfrujesz tożsamości Tori az do samego końca! Tym razem nie będzie tak prosto xd
      Wiesz mi z wielką chęcią bym ci powiedziała kim była ta kobieta, ale nie chce psuć niespodzianki;) i wspomnę jeszcze jedną rzecz, ona nie do końca jest po ich stronie...
      Pozdrawiam;D

      Usuń
  6. Się jeszcze pytasz!! Oczywiście, że masz mnie informować!!

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja lubię zagadki i dobry tekst z tymi dywanami ;) Ogólnie fajny miałaś pomysł jeżeli chodzi o podróże w czasie. Wspaniale opisana scena z tym głosem idealnego ja Nadie. I jak widać dziewczyna przeciwstawia się małżeństwu, a zarazem ojcu. Nie dziwię się jej. Do tego to, co się stało z jej ręką... Czekam na następny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uwielbiam zagadki, dlatego też dużo ich tu;)
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. Wcale nie dziwię się takiej reakcji Nadie na wieść o narzeczonym, w końcu ojciec odebrał jej prawo do własnej decyzji w tej kwestii. Trochę przeraziła mnie ta scena z cięciem się, dziewczyna musiała odreagować, ale to na pewno nie był właściwy sposób.
    Z pewnością nieźle da popalić i swojemu ojcu, i narzeczonemu, aż pewnie obu odechce się ślubu :P Dobrze, że dziewczyna przy każdym swoim wcieleniu zachowuje się nieco inaczej, bo to również sprawia, że czytelnik jest jeszcze bardziej zaciekawiony jej postacią i ogólnie postawą. I również zmiana wyglądu jest jak najbardziej uzasadniona. Widzę, że wyjaśniło się również nieco, dlaczego akurat w takim czasie powróciła :>
    "Zaszczyt" narzeczeństwa nie ominął również najlepszej przyjaciółki Nadie i jej brata. Biedna Nadie, tyle wieści jednocześnie, a to jeszcze nie koniec nowin. Kiedy Raphael zdecyduje się jej wyjawić prawdę, wtedy to dopiero będzie zaskoczona :)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bym się wściekła na tatusia gdyby odwalił mi taki numer. Co do tego cięcia, nie chciałam tego dodawać, ale doszlam do wniosku, ze ta scena jest mi potrzebna do tego aby później Nadie przekonała się do Raphaela.
      Jak dowalilam Nadie to dla przyjaciółki też muszę! Niech dwie się męczą;p tylko, ze z nią jest trochę inna historia;)
      Pozdrawiam;D

      Usuń
  9. Rozdział był dość długi, ale niesamowicie szybko go przeczytałam. W końcu musiałam nadrobić zwłokę, zanim weszłam na twój blog. Przydałyby mi się dodatkowe 24h dołączone gratis do mojego zwykłego dnia. O nic więcej nie proszę (w tym momencie xD)
    No, ale jeśli chodzi o treść, to bardzo mi się podobało. Nie wiem jak ty to robisz, ale piszesz niezwykle interesująco i aż żal kończyć czytać.
    Coraz bardziej lubię Nadie. Jej buntowniczość jest wspaniała i imponująca, choć jakoś szczególnie nie dziwię się, że właśnie w ten sposób zareagowała na wieść o decyzji ojca. Biedni ci mężczyźni, którzy narazili się na jej gniew :P No, ale koniec końców sami do tego doprowadzili.
    No nic, czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też potrzebuje 24 godzin więcej do dnia. wtedy bez problemu będę mogła przeczytać wszystkie zaległe książki, napisać szybko nowy rozdział i jeszcze się wyspać *.* to jest znakomity pomysł!
      Oj tak biedni, a najbardziej Raphael. choć później nawet on zostanie wynagrodzony za cały bul, który przeżyje. Oczywiście, nie mówię, ze w tym wcieleniu, ale...
      pozdrawiam;*

      Usuń
  10. Biedna, wszyscy ją okłamują, jeszcze mało co by nieżyła przez te pocięte żyłu. Takie czasy były niefane, tak czy inaczej czekam na nn ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadie na razie tylko się pocięła, do żył może przejdzie później:p

      Usuń
  11. Wróciłam po długiej przerwie, która była niestety konieczna. Miło było przeczytać tak dobry rozdział, który stworzyła twoja wyobraźnia. Czekam na następny z niecierpliwością.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wróciłaś^.^

      Usuń
  12. Co do treści to uważam, że nie ma się do czego przyczepić. Zadbałaś o każdy, nawet najmniejszy detal. Opowiadanie jest przepełnione emocjami, bardzo cieszy mnie fakt, że kończąc rozdział tak naprawdę nie mam pojęcia co czeka mnie w następnym :) Wydaje się (i zapewne tak jest) jakbyś wkładała swoje całe serce w to co piszesz. Z taką lekkością, odrobiną poczucia humoru - wszystko idealnie się prezentuje. Na koniec, koniec? Kurczę myślałam, że ten komentarz wyjdzie trochę dłuższy :D Wracając do tematu życzę Ci dużo weny, bo wiem, że czasami nam gdzieś umyka i trudno ją potem znaleźć. Wierze jednak, że Tobie przybędzie jej ze zdwojoną siłą czego będziemy świadkami w następnym rozdziale <

    Pozdrawiam, Aeri.
    granice-iluzji.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam nową czytelniczkę i dziękuję z całego serca za te słowa. Jest mi na prawdę miło czytając je. Pisząc staram się aby było tu jak najwięcej emocji. Masz też rację wkładam w pisane opowiadań całe serce, choć nie zawsze to widać.
      Pozdrawiam i mam nadzeje,że w późniejszych rozdziałach cię nie zawiode;)

      Usuń
  13. Wybacz, że tak późno komentuje, ale jakoś nie miałam czasu przez te praktyki. Rozdział jest cudowny!Przeraziła mnie scena gdy Nadie się tnie, trochę paskudny sposób jak na odreagowanie. Fajnie, że wyjaśniło się dlaczego jej kolejne wcielenie urodziło się w tych czasach. Hym ciekawe kim teraz będzie Tori i ciekawi mnie również kiedy Nadie pozna prawdę. Nie mogę się już doczekać kolejnego rozdziału ;)

    Pozdrawiam i życzę weny ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem twój ból, też ostatnio mam strasznie mało czasu dla siebie, choć o dziwo zawsze znajdę czas aby coś nabazgrolić xd Co do Nadie wiesz mi też chciałabym już rozdziały, w których o wszystkim wie, ale niestety jeszcze trochę trzeba poczekać.
      Pozdrawiam;D

      Usuń
    2. Też tak czasem mam. Natłok zajęci sprawia, że mam bardzo mało czasu.

      Co do rozdziału... JEST ŚWIETNY!
      Uwielbiam Nadię. Jest taka delikatna i sympatyczna, ale ma też charakterek.
      Nie zazdroszczę je tych sennych koszmarów.

      Rozdział wyszedł przednio. Czytałam go z zapartym tchem. Bardzo mi się podobało. :)

      Pozdrawiam, Naive.
      magic-of-elementals.blogspot.com/

      Usuń
  14. łłoooo super, że dalej piszesz i wróciłaś po przerwie. Bardzo mi się podoba , ale w tych czasach to jeszcze nie było chyba żyletek, może brzytwa byłaby lepsza, a zresztą mniejsza, już nie mogę doczekać się kolejnej notki pozdrawiam i weny życzę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję...eee Gal Anonimie? Fajnie by było gdybym wiedziała kim jesteś xd
      A mnie się tam bardziej żyletki podobają, choć masz rację w tamtych czasach mogło ich jeszcze nie być. Ale kit tam;d
      Pozdrawiam

      Usuń

wykonała Anaya