niedziela, 24 lutego 2013

II. Rozdział 1

„Lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich”
Andrzej Sapkowski

Nadie Blanchard nienawidziła swoich snów. Jedną z przyczyn było to, że w każdym z nich pojawiała się ta sama dziewczyna, jej kopia, tylko sto razy lepsza. Miała wszystkie te cechy, które ona zawsze chciała posiadać. Jedyne, co je łączyło, to rude, lekko kręcone włosy i niebieskie oczy. Jednego i drugiego Nadie nienawidziła, co oczywiście nie oznaczało, że na jej lepszym ja wyglądało to źle. Wręcz przeciwnie, rudy dodawał jej temperamentu, a dzięki oczom można było odczytać większość jej emocji nawet, jeżeli twarz pozostawała nieprzenikniona. Cechą, którą też łączyła je obie, i którą o dziwo lubiła, był sarkazm. Oj tak, to była jedyna cecha, którą lubiła w sobie Nadie, i której nigdy by nie oddała. Oczywiście, na nieszczęście niektórych ludzi, nie wszyscy mieli możliwość posłuchać jej ciętego języka i niewybrednych uwag, nie w czasach, w których żyła. Ci szczęściarze, tacy jak jej brat, czy przyjaciółka mięli niekiedy jej już dosyć.
Drugim powodem, dla którego tak nienawidziła swoich snów to chłopak, który pojawiał się tam razem z jej idealnym ja. Wyglądał dokładnie tak jak ten rycerz, o którym opowiadała jej zawsze na dobranoc Annette, jej opiekunka. Nadie była skłonna nazwać tego chłopaka swoim ideałem. Miał oczy tak zielone, że można było się w nich rozpłynąć, włosy ni to blond, ni to brązowe, lekko przydługawe. A całował tak, że nawet we śnie Nadie zapominała o całym świecie. Właśnie dlatego ich nienawidziła, wiedziała, że chłopak, który się tam pojawia nie istnieje. Wiedziała też, że nigdy nie spotka kogoś takiego w całym swoim życiu. Nienawidziła swojej wyobraźni za to, że stworzyła kogoś tak idealnego.
I znienawidziła jej jeszcze bardziej, gdy po raz kolejny zobaczyła go w nich. Nadie znów znalazła się w ciele swojego idealnego ja. Siedziała na drewnianym krześle przy toaletce, ubrana w białą sukienkę, która robiła jej za koszulę nocną. Przeczesywała włosy szczotką, które były o wiele ładniejsze od tych jej prawdziwych. Były bujne i miękkie w dotyku i zawsze upadały się tam, gdzie powinny. Nie musiała czekać zbyt długo, aby w pokoju pojawił się on, jej ideał. Nawet się nie odwróciła, tylko wpatrywała się w niego poprzez odbicie w lustrze. Na jego twarzy pojawiło się rozbawienie.
-Czemu za każdym razem, gdy tu przychodzę siedzisz przy toaletce i czeszesz sobie włosy?
Zachichotała odkładając szczotkę na miejsce.
-Bo ty zawsze przychodzisz do mnie o tej porze - szepnęła.
Stał przez chwilę w absolutnej ciszy.
-Jak chcesz kochanie, to mogę zacząć przychodzić o wiele wcześniej, ale wątpię, aby twojemu ojcu się to spodobało. - odpowiedział z rozbawieniem.
Przewróciła oczami, ale nic nie odrzekła, wiedziała, że to nie ma sensu, bo on i tak nie odważy się przychodzić wcześniej.
Ni stąd, ni zowąd chłopak pojawił się obok niej. Powoli odgarnął jej włosy z ramion tylko po to, aby pochylić się nad jej uchem.
-Moja mała kochana Danea...
Nadie nie wiedziała, czemu ale właśnie w tym momencie wszystko się rozpłynęło.

            -Panienko…
            Nadie otworzyła szeroko oczy. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła, to zatroskana twarz swojej opiekunki Anette, która zastąpiła jej matkę. Dopiero po chwili zorientowała się, co takiego dzieje się dookoła niej. Leżała po szyję zanurzona w wodzie, w sporej wannie, a na około krzątało się pełno młodych dziewczyn, które co jakiś czas zerkały w jej stronę ciekawie. Dopiero wtedy zorientowała się, co się stało. Zasnęła. Na jej policzki od razu wkradł się szkarłatny rumieniec. Dziwne spojrzenia i szepty szybko się jednak skończyły, gdy obdarowała jedną z młodych dziewczyn zabójczym wzrokiem. Biedaczka odwróciła się od razu, a w jej ślady poszły jej koleżanki.
            Dla Nadie takie rzeczy zdarzały się dość często. Potrafiła zasnąć w dziwnych miejscach i o dziwnych porach. Kolacja u znajomych, środek spektaklu w teatrze – to ostatnio było normą.
            Z zamyślenia wyrwał ją ponaglający wzrok Anette. Wstała dziękując Bogu, że jeszcze się nie wywaliła, bo wtedy to cała służba w jej domu miałaby o czym rozmawiać przez najbliższy tydzień. Opiekunka od razu otuliła ją ręcznikiem, po czym zaczęła szybko i delikatnie wycierać jej ciało z wody. Na chwilę wzrok dziewczyny napotkał duże lustro ustawione naprzeciwko jej. Od razu odwróciła wzrok z niesmakiem. Nienawidziła na siebie patrzeć. Uważała, że jest za brzydka, aby to robić. No, bo oczywiście, co może być ładnego w dziewczynie z nienaturalnie rudymi włosami, zbyt małymi oczami i do tego z za dużymi ustami. Oczywiście to były tylko nieliczne rzeczy, które się w niej nie podobały. Nadie mogłaby wymieniać je w nieskończoność. Jedyną rzeczą, która w jakimś stopniu ją zadowalała, to jej własna figura. Nie była ani za chuda, ani za gruba. Dla niej ta figura była odpowiednia, choć wiedziała, że inni uważają inaczej. Już wiele razy albo sama to usłyszała, albo ktoś jej o tym wspomniał, że większość kobiet z tej całej „śmietanki towarzyskiej” uważają, że jest zbyt gruba, dlatego też nie znalazła sobie jeszcze męża. Po niej jednak te oskarżenia spływały jak po kaczce. Wolała wyglądać tak jak teraz i być samotna, niż być szkieletorem, którego przy każdym mocniejszym podmuchu wiatr spychał na drugi koniec chodnika i wyjść za mąż na jakiegoś snoba, który oprócz niej będzie miał jeszcze dziesięć kochanek. Z resztą to, że nie wychowuje jeszcze bandy rozwydrzonych dzieci, nie jest spowodowane tym, że nikt jej nie chce. Wręcz przeciwnie, spotkała już tylu mężczyzn, którzy ubiegali się o jej rękę, że w sumie nie jest już w stanie ich naliczyć. Ona po prostu żadnego z nich nie chciała. Miała tyle szczęścia, że jej ojciec był na tyle wyrozumiały, że dał jej wolną wolę - ona sama miała zdecydować, którego z mężczyzn będzie chciała poślubić. Wiedziała, że jej ojciec dostaje białej gorączki, gdy kolejnych kandydatów do swojej ręki odsyła z kwitkiem, ale na jej szczęście jeszcze nie dostała od niego żadnej nagany. Wiedziała doskonale, że zawdzięcza to, Remiemu, bo gdyby nie on, to ojciec prawdopodobniej nie miałby do niej tyle cierpliwości. Nadie ostatnio zrozumiała, czemu żaden z mężczyzn się jej nie spodobał, choć przyszło do niej wielu z tej najwyższej półki – żaden z nich nie był jej ideałem ze snu. Gdy ta myśl przeszła jej przez głowę od razu poczuła się głupio. Wiedziała, że obraz tego ideału znajduje się tylko w jej umyśle, a on sam nie istnieje.
            -Panienko robimy wszystko tak jak zawsze? – zapytała Anette.
            Dziewczyna pokiwała energicznie głową. Nie minęła nawet chwila, gdy na jej oczach została zawiązana czerwona chusta. Odkąd sięga pamięcią nienawidziła wybierać dla siebie ciuchów, ani przygotowywać się do różnych uroczystości. Wtedy to jej opiekunka wymyśliła dla niej pewną zabawę. Podczas szycia, przymiarek i nawet ostatecznego ubrania się Nadie miała zawiązywane oczy chustą. Nie widziała stroju do póki nie była całkowicie przygotowana. Gdy była młodsza całość kończyła się tym, że albo jej ojciec, albo brat przychodzili do jej pokoju i udawali, że nie znają dziewczyny, która przed nimi stała. Teraz Nadie robiła to głównie z ciekawości. Lubiła patrzeć na dziewczynę, którą widziała w efekcie końcowym.
            Zadrżała, gdy ciepły ręcznik, który do tej pory oplatał jej ciało i chronił przez zimnem, zniknął. Po tym poczuła, jak Anette i jedna jej pomocnica zabierają się do roboty. Najpierw ubrały ją w cienką halkę, po tym założyły jej ciężką spódnicę. Nadie zorientowała się wtedy, że musi być ona ozdobiona wieloma rzeczami, skoro jej ciężar jest tak odczuwalny. Na samym końcu nastąpiła czynność, której nienawidziła, a mianowicie zawiązanie gorsetu. Wciągnęła brzuch i stała przez chwilę na wdechu, gdy opiekunka za dużą precyzją zaczęła związywać plątaninę jej sznurków. Gdy zabieg dobiegł końca zrozumiała, że tym razem będzie miała jeszcze większe problemy z oddychaniem niż dotychczas. Zastawiała się, co za wariat wymyślił gorset, który był na pewno największą zmorą kobiet żyjących w tych czasach.
            Po tym, Anette posadziła ją na krześle, zdjęła chustę i zaczęła zajmować się włosami. Jej pomocnica za to, zabrała się za jej twarz. Nadie uwielbiała, gdy ktoś bawił się jej włosami, a szczególnie, gdy była to właśnie jej Opiekunka. Choć w sumie tak naprawdę nie lubiła tej części, w której miały być upinane jej włosy – nie lubiła zbyt długo siedzieć w jednym miejscu, a szczególnie wtedy, gdy nie wiedziała, co się dzieje w około niej. Choć mogła otworzyć oczy, to nie chciała tego zrobić, wolała mieć niespodziankę.
            Nie minęła nawet chwila, gdy usłyszała poruszenie w drugiej części pokoju, ciche szepty i jeden dość głośny głos, który poznałaby wszędzie.
            -No proszę, a ty jeszcze nie gotowa? Wiesz, że ojciec przez ostatnie pół godziny zdążył wydeptać ścieżkę w tym swoim nowiuśkim dywanie? Cóż, to i tak lepsze niż to, co zrobił, gdy w końcu namówiłem go, aby usiadł. Miał minę taką, jakby miał właśnie znieść jakieś jajko.
            Nadie sapnęła słysząc ten cały wywód. Tylko jedna osoba miała czelność wchodzić do niej do pokoju, gdy nie jest gotowa i jeszcze prawić jej morały.
            -A ja z wielką chęcią usmażyłabym ci to jajko na kolację, Remi. – powiedziała, po czym spróbowała wyobrazić sobie minę, która zagościła na twarzy przybysza.
            A był nim jej starszy o cztery lata braciszek, Remi Blanchard. Nadie otworzyła lekko oczy, aby na niego spojrzeć, czego od razu pożałowała. Miał taką minę, jakby właśnie knuł coś bardzo wrednego. Choć był jej bratem, to tak naprawdę prawie w ogóle nie byli do siebie podobni. Miał dłuższe brązowe włosy, które nigdy nie chciały się ułożyć. Był wysoki i dobrze zbudowany. Jedyne podobieństwo, które występowało, to ten sam kolor oczu. Błękitny był ich znakiem rozpoznawczym, bo tak naprawdę nikt w rodzinie takich nie miał, prócz ich matki, która umarła zaraz po porodzie Nadie.
            -Wyglądasz całkiem, całkiem Naduś, choć można by było to i owo zmienić. – usłyszała koło swojego ucha.
            Otworzyła gwałtownie oczy, aby spojrzeć na triumfującą twarz swojego brata. W jednym zdaniu zebrał dwie rzeczy, których Nadie naprawdę nie lubiła. Po pierwsze nazwał ją zdrobnieniem, którego sama nienawidziła. Po drugie, choć ona uważała, że nie jest ładna nie znosiła, gdy ktoś inny jej o tym wypomniał.
            -I kto to powiedział? – wysyczała przez zęby – Gdzieś ty stał, gdy rozdawali urodę? Bo raczej wątpię, że po rozum.
            Remi odsunął się od niej pozwalając pokojówce skończyć to, co zaczęła. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech.
            -Po urok osobisty, kochanie - po czym do niej mrugnął.
            Nadie na końcu języka miała już koleją ciętą ripostę, ale przełknęła ją, gdy usłyszała za sobą wściekły syk Anette. Ona strasznie nie lubiła, gdy tak się wykłócali, nawet, jeżeli to wszystko nie było na poważnie. Jeszcze nigdy nie doszło pomiędzy nimi do dłuższej kłótni niż ta, która trwała dwie godziny. I to tylko dlatego, że jej Opiekunka nie pozwoliła mu wchodzić do niej, do pokoju.
            Po chwili usłyszała skrzypnie swojego łóżka, co oznaczało, że Remi ani trochę nie ma zamiaru podporządkować się temu, o co prosi ją Anette.
            -Nie wiem, czy wiesz, ale twój pokój znajduje się po drugiej stronie tego korytarza. Mógłbyś się tam udać?
            Usłyszała prychnięcie, co oznaczało, że jej też nie ma zamiaru posłuchać. Pewnie dodałaby jeszcze coś innego, gdyby nie to, że Anette ogłosiła jej, że wszystko już gotowe. Wstała z krzesła i gdy Opiekunka pozwoliła jej otworzyć oczy, spojrzała prosto w oczy swojego lustrzanego odbicia. Gdyby nie to, że wiedziała, że postać, którą widzi to ona, w życiu by się nie domyśliła. W tym stroju, w tej fryzurze i z tym makijażem, wyglądała prawie tak samo jak jej idealne Ja ze snu, choć tamta miała trochę jaśniejszy odcień rudego. Suknia, w którą ubrała ją Anette specjalnie na tą uroczystość, była piękna. Tak jak się spodziewała spódnica miała dwie warstwy, czarną od spodem i krwistą czerwoną na wierzchu. Na całej długości była ozdobiona czarnymi paskami, które skręcały się i wiły tworząc mistyczne, ale piękne wzory. Gorset był w podobnym odcieniu, znalazło się tam też kilka kokardek, równie czerwonych. Część jej włosów opadała luźno na ramiona, a druga jej połowa była upięta w wysoki kok, co dawało bardzo ładny efekt. Także pokojówka spisała się na medal. Obramowała jej oczy czarna kredką, co dawało efekt, że wydawały się większe i podkreślało ich kolor.
            Pewnie jeszcze przez jakiś czas stała by i wpatrywała się w siebie nie mogąc uwierzyć, że Anette stworzyła z niej postać dziewczyny ze snu, gdyby nie to, że nagle za nią stanął Remi.
            -Czegoś mi tu brakuje – powiedział nachylając się nad jej uchem.
            Nadie odwróciła się gwałtownie, i gdy już chciała zaserwować mu jakąś ripostę, ten podsunął jej od nos aksamitne pudełko. W tym momencie jej twarzy wyrażała wszystkie możliwe emocje. Od zaskoczenia, po dozgonną wdzięczność. Zapominając o tym, co chciała mu przed chwilą powiedzieć, otworzyła pudełko. W doku na miękkich poduszeczkach znalazła coś, co będzie dopełniało jej strój. Na cienkim, złotym łańcuszku wisiał zrobiony z czerwonego kryształu ptak, który wzbijał się do lotu. Opuszkami palców dotknęła go. Nie minęła chwila, gdy Remi zabrał jej pudełko i wyjął łańcuszek. Gestem reki kazał się jej obrócić. Gdy to uczyniła, brat ubrał jej go. Nadie przyjrzała się teraz swojemu odbiciu. Miał racje.
            Odwróciła się do niego i z całej siły przytuliła.
            -Dziękuję.
            Remi zaśmiał się.
            -W końcu osiemnaste urodziny ma się tylko raz w życiu, nie? Idziemy? Bo coś wydaje mi się, że ojciec za chwilę wyśle po ciebie całą swoją służbę.
            Chłopak podał jej swoje ramię. Nadie przyjęła je z szerokim uśmiechem, po czym razem ruszyli w stronę drzwi. Podczas drogi tymi długimi i krętymi korytarzami zauważyła, że jej brat, choć teoretycznie nie miał powodu, non stop się uśmiechał.
            Nadie spojrzała na niego podejrzliwie.
            -Czyżbyś wymyślił dla mnie coś wrednego, co czeka na mnie w salonie?
            Remi najpierw spojrzał na nią podnosząc brew, co oznaczało, że nie bardzo wie, o co jej chodzi. Dopiero po chwili wybuchnął śmiechem.
            -Oczywiście, wylałem olej na schodach, abyś się przewróciła!
            Przez chwilę zastanawiała się, czy on na serio, czy sobie tylko z niej jaja robi. Oczywiście, gdy zobaczyła jego minę od razu zrozumiała, że sobie z niej żartuje, za co dostał kuksańca w bok.
            -A na serio, to???
            Posłał jej tajemnicze spojrzenie.
            -Wierz mi, coś, co powali cię z nóg.
            Nadia nie ciągnęła go dalej za język, bo wiedziała, że to jest bez sensu. Jak się uprze, to i tak nic jej nie powie. Po chwili dotarli do dużych schodów, które prowadziły do salonu, w których siedzieli jej goście. Oczywiście nie siedzieli, bo to było coś podobnego do balu, ale mniej wystawnego i na mniejszą liczbę gości.
Gdy jeden z najbliższych pomocników jej ojca zobaczył zbliżające się rodzeństwo Blanchard odetchnął z ulgą. Stanął u szczytu schodów i gdy podeszli do nich zawołał tym swoim donośnym głosem:
            -Remi i Nadie Blanchardowie, gospodarze dzisiejszego przyjęcia.
            Dziewczyna poczuła dumę. Z racje tego, że ich ojciec strasznie nie lubi przebywać na takich spotkaniach, to w rolach gospodarzy występowały jego dzieci. Zawsze był to tylko Remi, z racji tego, że był starszy. Pierwszy raz dodali do tego też imię Nadie.
            Choć na sali było gwarno, to ludzie, jakby sterowani jakąś maszyną, odwrócili się w stronę schodów, aby posłuchać to, co będzie miał za chwilę do powiedzenia Remi. Dziewczyna cieszyła się, że to nie jej przypadała ta rola, gdyż prędzej by tam w ogóle nie przyszła, niż cokolwiek ogłosiła.
            W sumie to Nadie jakoś nie chciało się tego słuchać. Tak jak zawsze musiał podziękować wszystkim gościom za przybycie, po tym wspomniał o powodzie tego spotkania, a mianowicie urodzinach siostry. Wznieśli też toast, życzył gościom miłej zabawy i koniec. Ucieszyła się, gdy to wszystko już się zakończyło, bo myślała, że nogi w końcu odmówią jej posłuszeństwa. Oczywiście nie mogła publicznie tego pokazywać, bo od razu najbardziej wpływowe kobiety wzięłyby ją na języki. Dlatego też cierpiąc stała przez ten cały czas z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Z wielką ulgą przyjęła to, że mogła wraz z bratem zejść w końcu po tych schodach. Wiedziała, że czekała teraz ją najgorsza cześć tej uroczystości, a mianowicie wszyscy, jak stado bydła, będą przepychać się do niej, aby złożyć życzenia i wspomnieć o prezencie, który jej przynieśli.
            Tak jak się spodziewała najpierw obok niej pojawiły się wszystkie matki, które miały niezamężnych synów i chciały wydać ich za kogoś z bogatej rodziny. Nadie znosiła to z pokorą, posłusznie odpowiadała na wszystkie pytania, choć gdy widziała niektóre osoby, to żołądek podchodził jej do gardła. Po tym podchodziła do niej cała ta reszta, która albo przyszła tu z powodu braku pomysłu na inną rozrywkę, bądź po to, aby mieć o czym później rozmawiać.
            Tak więc, gdy ten tłum w końcu opuścił Nadie, minęła dobra godzina. Od razu dopadała jednego z kelnerów, aby wziąć z jego tacy kieliszek – gardło wyschło jej na wiór od tych wszystkich miłych słówek, którymi musiała obdarować innych. Dopiero po tym zaczęła poszukiwania osoby, której jeszcze dziś nie widziała, a bardzo jej zależało na tym, aby ją spotkać. Gdy w tłumie ludzi wypatrzyła ją, od razu ruszyła w tamtą stronę. Oczywiście nie udało się jej podejść, ale za to wywołała na jej twarzy szeroki uśmiech.
            -Nadie kochana! – wykrzyknęła oczywiście na tyle cicho, aby nikt dookoła nich tego nie usłyszał, gdy ruda już do niej podeszła.
            Była to jej o rok młodsza, najlepsza przyjaciółka, Josephine Cartier. Dziś, tak jak zresztą zawsze, wyglądała prześlicznie. Nadie zazdrościła jej wszystkiego. Długich, lekko kręconych, blond włosów, jasnobłękitnych dużych oczu i okalających je długich, czarnych rzęs. Jedyne co jej się w niej nie podobało, to jej figura, według Nadie była za chuda, ale oczywiście według Śmietanki była idealna.
            Nadie rozejrzała się dookoła niej, jakby szukała kogoś, kto ostatnimi czasy nie odstępuje jej na krok.
            -Nie ma Alice? – zapytała z nadzieją.
            Nadie strasznie jej nie lubiła, choć była kuzynką Josephine. Dziewczyna nigdy nic jej nie zrobiła, w ogóle rzadko się odzywała, nawet jeżeli była wraz z kuzynką u niej, albo na odwrót. Blanchardówna wiedziała o niej tylko tyle, co opowiedziała jej przyjaciółka. Wiedziała, że dwa lata temu, gdy ta miała czternaście lat i mieszkała jeszcze w Londynie, jej rodzice zginęli. Sama, Josephine dokładnie nie wiedziała w jaki sposób, a Alice raczej nie chciała się tym chwalić. Z racji tego, że jej najbliższą rodziną byli właśnie Cartiertowie, to dziewczyna musiała się przeprowadzić do Francji.
            Dziewczyna westchnęła słysząc jej minę.
            -Nie, nie ma jej, została w domu. Sama wiesz doskonale, że nie lubi takich spotkań. – powiedziała, po czym jeszcze dodała: - Ja nie wiem, czemu ty jej tak nie lubisz…
            Nadie wzruszyła ramionami. Sama nie wiedziała czemu i nie chciała w to wnikać.
            Josephine chciała dodać coś jeszcze, ale jej wzrok napotkał coś ciekawszego nad przyjaciółką. Już tak miała, gdy coś przyciągnęło jej uwagę, wyłączała się całkowicie, zapominając o tym, co wcześniej mówiła, bądź robiła. Nadie odwróciła się dyskretnie, aby zobaczyć, co tak przyciągnęło jej uwagę. Syknęła głośno, co przywróciło pannie Cartier rozum. Spojrzała na nią podejrzliwie.
            -Znów pokłóciłaś się z Remim?
            Oczywiście dziewczyna nie rozumiała tych ich „kłótni dla zabawy”, co oznaczało, że każdą odbierała jako prawdziwą.
            Nadie przewróciła oczami.
            -Taa, obiecał mi olej na schodach.
            Pewnie dodałaby coś jeszcze, gdyby nie to, że człowiek, o którym właśnie mówiły, stanął obok nich. Potraktował Nadie jak powietrze, zwrócił się od raz do jej koleżanki, za co siostra posłała mu wściekłe spojrzenie. Oczywiście jak zawsze nic sobie z tego nie zrobił. Ujął tylko, najdelikatniej jak potrafił, rękę Josephine i ucałował ją. Ta od razu zaczerwieniła się. Nadie nie rozumiała jak jej najlepszej przyjaciółce może podobać się jej brat.  Nie zapytała się o to głośno ze względu na ludzi, którzy stali dookoła.
            -Czego ty chcesz tłumoku? – zapytała ściszonym głosem.
            -Ojciec chce się z tobą zobaczyć.
            Przez pierwszą chwilę Nadie ucieszyła się, ale gdy zorientowała się, że wtedy będzie musiała zostawić swoją przyjaciółkę pod skrzydłami tego nieobliczalnego człowieka, nie była już taka szczęśliwa.
            -Och Remi, idź zajmij się innymi gośćmi. – powiedziała przymilnie, wysyłając mu przy okazji ponaglające spojrzenie.
            Ten oczywiście od razu domyślił się, o co jej chodzi, dlatego też uśmiechnął się do niej uroczo.
            -Ależ kochana Naduś, przez cały czas to robię.
            Nadie fuknęła pod nosem coś niezrozumiałego, ale dłużej się nie kłóciła. Remi doigra się później.
            Tak, więc ruszyła w stronę gabinetu ojca. On nigdy nie pojawiał się na takich imprezach. Zawsze tłumaczył im to w ten sposób, że właśnie podczas jakiegoś balu poznał ich matkę. A że ona już nie żyje, takie uroczystości tylko przysparzały mu więcej bólu.
            Zapukała lekko w ciemne drzwi. Rzadko tam wchodziła. Nie lubiła tego miejsca, wprawiało ją w przygnębienie. Miała też zawsze dziwnie przeczucie, że stanie się w nim coś złego. Tak więc, gdy usłyszała pozowanie, weszła do środka. Ojciec siedział na jednej ze swoich miękkich kanap. Gdy zobaczył córkę, wstał.
            -Moje kochane dziecko – powiedział przytulając ją do piersi.
            Nadie poczuła się tak, jakby miała dziesięć lat, a ojciec w jakiś sposób chciał ją pocieszyć. Gdy już ją puścił, przyglądał się jej przez chwilę.
            -Im jesteś starsza, tym bardziej przypominasz matkę. – powiedział, a Nadie przez chwilę widziała na jego twarzy smutek. Rozweselił się jednak, kiedy usłyszał pukanie do drzwi.
            -Kto to? – zapytała zmieszana.
            Ojciec posłał jej tylko lekki uśmiech.
            -Ktoś, kogo chcę abyś poznała.
            Lord Blanchard poprosił głośno o wejście. Gdy drzwi się uchylił, a ten gość wszedł do środka Nadie zapomniała jak się oddycha. Przed nią, we własnej osobie stał jej rycerz na białym koniu, wytwór jej wyobraźni, jej ideał. Wyglądał dokładnie tak samo jak widziała go dziś w swoim śnie. Włosy przycięte, podobnie do Remiego, tylko, że o wiele jaśniejsze. W sumie Nadie nie była w stanie stwierdzić, jaki miały dokładnie odcień. Oczy zielone patrzące na nią z zaciekawieniem. Na jej policzki wkradł się rumieniec, gdy przypomniała sobie wszystkie sny, w których brał udział. Chłopak chyba zauważył jej zmieszanie, bo uśmiechnął się do niej, aby podnieś ją na duchu. To jednak nie pomogło, jej policzki przybrały kolor szkarłatu. Wyglądała dokładnie tak, jak przed chwilą Josephine
            -Nadie, to Raphael Fillion, syn mojego, zmarłego już przyjaciela, Xavera.
            Chłopak podszedł do niej, ujął jej rękę i ucałował, dokładnie tak jak chwilę temu zrobił to jej brat. Podczas tego, jego oczy cały czas obserwowały jej twarz. Nadie do tej pory nie mogła uwierzyć, że istnieje na prawdę.
            -Nadie, Raphael jest twoim przyszłym narzeczonym.
            Słysząc te słowa, których tak naprawdę miała nigdy nie usłyszeć, jej świat się zawalił. Wyrwała rękę z uścisku Raphaela, cofnęła się kilka kroków patrząc z przerażeniem na ojca, mając nadzieję, że się przesłyszała. Jego mina mówiła jednak coś innego.
            Przez głowę Nadie przeszły miliony myśli dotyczące tego, co się teraz stało. Jedna z nich jednak wybijała się na wierzch. „Jak on mógł jej to zrobić?” Obiecał, że nie zmusi jej do małżeństwa. A tu proszę, taka niespodzianka.
            Właśnie, w tym momencie gorset, który został zawiązany trochę za mocno, dał się we znaki. Nadie coraz trudniej wdychało się powietrze do płuc, przez co przed jej oczami zaczęły pojawiać się czarne plamy. Nie wiedziała kiedy straciła równowagę i upadła na ziemię pozbawiona przytomności.
***
No dobra rozdział miał pojawić się dopiero w przyszłym tygodniu, ale gdy zobaczyłam ten piękny szablon zrobiony dla mnie przez Anaye, nie mogłam się powstrzymać, aby go nie dodać teraz. W ogóle jestem zdziwiona,  bo choć wydawało mi się, że nie będę miała czasu go napisać, powstał trzy dni o tym jak opublikowałam ostatni rozdział Księgi I.
Jakie wrażenia? Tak wiem, na początku będzie nudno, bo naszej kochanej Nadie będzie trzeba wytłumaczyć wszystko od nowa. Dopiero po tym ukażą się jakieś wątki paranormalne. No cóż, może już nawet w przyszłym rozdziale^^
Pozdrawiam,

25 komentarzy:

  1. Ale ciekawa zmiana grafiki! :)

    Rozdział jest naprawdę świetnej jakości. Podoba mi się.
    Jest pełen emocji, dynamiczny. Akcja nie wlecze się,jest sporo pięknych opisów. Tak, mogę się nimi zachwycać!

    Do tego jest ta aura tajemniczości. I te sny Nadie. Jejku, mistrzostwo jednym słowem!

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strasznie dziękuję ci za te mile słowa, są na prawdę motywujące^^ takie osłodzenie tego niedzielnego wieczoru.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Przepraszam, że tak krótko,ale nie miałam czasu na rozpisanie się. Dlaczego? Gdyż moja mama kazała mi kończyć ze względu na młodszą siostrę.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    3. Oj tak, znam ten ból, szczególnie ostatnio, gdy mi się laptop zepsuł.

      Usuń
  2. Świetnie Ci to wyszło, zresztą jak zwykle :). Tylko w tych czasach się pogubiłam, najpierw nowe, a teraz te stare czasu. Cofneli się w czasie? Nie wnikam, poprostu czekam na nn ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, cofnęli się w czasie dokładnie do XVIII wieku. Wiem wydaje się to trochę dziwne, ale nie martw się, wyjaśnie to w następnym rozdziale.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Trochę się zdziwiłam, że teraz przeniosłaś główną bohaterką do wcześniejszych czasów, bo byłam pewna, że urodzi się jakoś w czasach za życia swojej poprzedniczki. Ale fajny pomysł z taką podróżą w czasie.
    Odkąd przeczytałam o 'księciu z bajki', który pojawił się w jej śnie, wiedziałam, że niedługo chłopak pojawi się i na jawie. Mimo wszystko ma naprawdę lepszego narzeczonego od innych kandydatów, przecież to jej wyśniony chłopak i sama żałowała, że żaden wcześniejszy kandydat nim nie jest. Chociaż, oczywiście, ojciec zachował się nie fair, skoro najpierw mówi, że nie wybierze jej narzeczonego, a potem to robi.
    Ach, uwielbiam takie sprzeczki między rodzeństwami ^^
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czemu przeszłość, będzie wytłumaczone w następnym rozdziale. Co do Nadie z jednej strony będzie zadowolona, że jej rycerz istnieje, z drugiej zaś będzie wściekła na ojca. No cóż zobaczymy co z tego wyniknie^^
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Rudy kolor lubi Nadię. Nadie lubi sarkazm. Ja lubię sarkazm i Nadię oraz uważam, że czerwone włosy są bajeczne. W sumie mnie też zdarza się ,,odpływać", tak więc główna bohaterka niewątpliwie zaimponowała mi. Wcale nie było nudno. Świetnie wprowadziłaś nas do historii. Ciekawa jestem co teraz będzie z tymi przymusowymi zaręczynami. Nie sądzę, aby to, iż Fillion jest wymarzonym ,,księciem z bajki" głównej bohaterki umniejszało jej przymus do małżeństwa. No cóż... Ciekawie, ciekawie się to wszystko zapowiada. Nawet nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału i proszę o informację o pojawieniu się go :)
    Pozdrawiam i życzę dużo weny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam nową czytelniczke;d jest mi niezmiernie miło czytając ten komentarz. W sumie masz rację, teraz Raphael już nie jest taki idealny jak na początku sądziła Nadie. A co do tych zaręczyn, powiem tylko to, że Nadie za wszelką cenę nie będzie chciała do nich dopuścić.
      Acha i gdzie mam cię powiadamiać - na blogu, czy może lepiej na gg?
      Pozdrawiam;*

      Usuń
    2. Szczerze powiedziawszy jest mi to obojętne, dlatego jak tylko jest Ci wygodniej :) Moje GG to 4061785

      Usuń
    3. Ja preferuje gg, więc tam też będę cię powiadamiała:)

      Usuń
  5. No sioruś postarałaś się. Wybacz mi, że dopiero teraz to przeczytałam, ale jak sama stwierdziłaś "dopadły mnie szpony... czegoś tam" no i jeszcze to przeziębienie. Niema to jak powiększyć sobie weekend o kilka dni.
    Oczywiście szacun za bujną wyobraźnie i dzięki za życzenia.
    Z powarzaniem your little sister :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weś spadaj ;P to jest niesprawiedliwe, że w ogóle mogłaś zachorować. Oczywiście cieszę się, że przeczytałaś, choć myślała, że tego nie zrobisz. ;D

      Usuń
  6. To było wspaniałe!;) Przemieszczanie się w czasie jest świetne. Tak myślałam, że książę ze snu ukarze się również na jawie. Jej ojciec jest trochę nie fair w stosunku co do niej skoro mówi, że nie wybierze jej narzeczonego, a robi co innego choć jak z drugiej strony popatrzeć to chciał raczej dla niej jak najlepiej. No i powinna się bardziej cieszyć niż na niego gniewać, bo w końcu to jej ideał ze snów. Jestem ciekawa co będzie dalej;)
    Pozdrawiam i życzę dużo weny ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to masz racje, Nadie powinna się cieszyć. Powiem jednak, że dziewczyna jest strasznie uparta i nienawidzi jak coś idzie nie po jej myśli, więc... zobaczysz c z tego wyniknie^^
      pozdrawiam

      Usuń
  7. Zostałaś nominowana do Versatile Blogger Award http://lost-the-love.blogspot.com/p/nominacje.html

    OdpowiedzUsuń
  8. Okej, na samym początku, nazwisko ma pan Sapkowski, a nie Sabkowski, ale to literówka, którą warto jednak poprawić ;) Co do samego rozdziału, byłam bardzo miło zaskoczona. Dopiero znalazłam twojego bloga i jak zwykle na początku raczej trudno mnie przekonać co do opowiadania. No, ale udało się. Podoba mi się stosunek dialogów do opisów. Cieszę się, że te pierwsze nie biorą kontroli, bo wtedy to raczej rozmowa z elementami opisu, a to trudno nazwać opowiadaniem. Ogólnie jest bardzo płynnie i plastyczne, z łatwością mogłam wczuć się tekst. Dla mnie wyobraźnia jest niemal wszystkim podczas czytania, dlatego lubię gdy autorzy ją pobudzają, kiedy mogę, tak jak tutaj, na przykład przenosić się w czasie. To naprawdę niezwykła umiejętność. Genialny rozdział, pozdrawiam.
    Zapraszam też na: www.disenchanted-prince.blogspot.com + Dodaję do obserwowanych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję ci za komentarz. Kurcze, że ja tego błędu nie zauważyła. Dziękuję ci że mi o nim wspomniałaś. Zaraz go poprawie. Cieszę się też niezmiernie, że opowiadanie ci się podoba, mam też nadzieję, że w przyszłości cię nie zawiodę.
      Pozdrawiam;D

      Usuń
  9. Zostałaś nominowana do The Versatile Blogger. Szczegóły na mojej stronie http://szareoczypantery.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Rena! No popatrz, jaka ta blogosfera mała! Znalazłam cię! Ciebie i Księżniczkę i Alexis i Iana i... oh, zapomniałam, teraz jest Nadie i Raphael. Już druga część! Ale widzę, że wiele mnie nie ominęło, bo ostatnio zniknęłam właśnie pod koniec pierwszej księgi. W sumie dobrze, nie muszę dużo nadrabiać. Nawet nie wiesz, jak cholernie miło jest zobaczyć stary, znajomy nick gdzieś w odmętach blogosfery, kiedy wraca się po jakimś czasie i masz wrażenie, że wszystkich których znałaś już wykurzyło. A tu proszę! Serio, strasznie się cieszę, że się na ciebie natknęłam.
    Druga księga zapowiada się naprawdę ciekawie. Przede wszystkim inne czasy, bohaterowie... cóż, niby ci sami, a jednak inni. Fakt, na razie na nic paranormalnego liczyć za bardzo nie możemy, a Nadie musi od nowa odkryć kim jest i w ogóle, ale cóż, jakby nie patrząc o to w tym właśnie chodzi. ;)
    Mam wrażenie, że poprawiłaś styl pisania, jest trochę inny, a może mnie wydaje się inny, bo dawno nie czytałam nic twojego. Whatever. Jest lekko, przyjemnie, aż chce się czytać.
    Poza tym masz prześliczny szablon, moja droga ;)
    Pozdrawiam! xoxo
    your-turn-to-die.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thalia! ja też się cieszę, że cie widzę. Jak widać te świat jest mały;) też miałam takie wrażenie, gdy jakiś czas temu wróciłam, aby dalej pisać to opowiadanie, ale jak widzę wszyscy wracają na stare śmieci xD
      ja strasznie ubolewam nad tym, że nie ma tych wątków paranormalnych, bo tyle chciałabym wam jeszcze przez nie pokazać, ze aż głowa mała (szczególnie innych Przeklętych^^) ale muszę jeszcze z tym poczekać.
      A co do mojego stylu, może się zmienił może nie, sama w sumie nie wiem^^
      jeszcze raz mówię, cieszę się, że cię widzę i dzięki za komentarz;)
      pozdrawiam;*

      Usuń
    2. Dziękuję ci bardzo za komentarz u mnie. Umieściłam cię w linkach. Ja tam się okropnie cieszę, ze wróciłam do blogowania. Tęskniłam za tym, chociaż ostatnio zarzekałam się, że już nie wrócę. No ale whatever.
      Na wątki paranormalne pewnie przyjdzie jeszcze czas. A ja będę na nie cierpliwie czekać. ;)

      Usuń
  11. Dobra możesz mnie udusić lub zakopać żywcem za kolejną zwłokę. Nie mam nic przeciwko :D Moja wena nie jest absolutnie proporcjonalna do ilości wolnego czasu. Im więcej mogę go poświęcić na pisanie czy czytanie, tym mniej mi się chce. A gdy mam sprawdzian na sprawdzianem, wtedy nie widzę nic ciekawszego i aż mnie skręca, aby przeczytać coś nowego lub napisać nowy rozdział. Gdzie tu logika?
    No, ale dobra. W każdym razie rozdział przeczytałam i stwierdzam, że był genialny ^^
    Ta podróż w czasie, jaką nam zaserwowałaś było czymś niesamowitym i niebywale pomysłowym. Inna rzeczywistość, inni choć tak naprawdę ci sami bohaterowie... Fajnie to wypadło. Natomiast dalsza część zapowiada się jeszcze ciekawiej. Wcale nie uważam, żeby było nudno. To okrywanie swojej tożsamości przez Nadie jest interesujące i fajnie je jeszcze raz prześledzić.
    Szablon faktycznie prześliczny!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zrobię tego, ponieważ ktoś musi skończyć twoje opowiadania! a zresztą nie mam zamiaru mieć na karku innych czytelników ;p w sumie to cię rozumiem. Ja gdy mam się uczyć WOSu nawet sufit jest ciekawszy od książki, a nie wspominając tu o nowych rozdziałach na blogach^^
      Dziękuję ci za te miłe słowa. Oczywiście w tej Księdze o swojej tożsamości dowie się w trochę inny sposób niż w poprzedniej, ale uważam, że będzie to tak samo ciekawe jak ostatnio.
      Pozdrawiam

      Usuń

wykonała Anaya